Dwudziestominutówka 1

 

Zapewne wielu z was się zastanawia, jak przeżyć w obecnych czasach. Rosnące ceny czynszu, wody, gazu, prądu i wywozu śmieci sprawią, że na samą myśl o opłaceniu tego wszystkiego człowiekowi występują mroczki przed oczami i robi mu się słabo. Na dodatek dwa najniezbędniejsze urządzenia: pralka i lodówka ciągną najwiecej prądu, więc najbliższa ekonomiczna przepierka bielizny może czekać dopiero wiosną. W potoku. Jeśli oczywiście zdąży do tego czasu rozmarznąć. A do tego czasu człowiek jest zmuszony becelować za energię coraz to wyższe sumy. 

Trzeba także jeść, aby zapewnić organizmowi dodatni bilans energetyczny, czyli żeby najzwyczajniej mieć siłę i było ciepło na ciele, a w związku z tym na duszy też. Co – z powodu galopujących cen – niesie za sobą kolejne nieprzewidzianie kwotowo wydatki. 

Aby więc przeżyć obecne trudne czasy należy się uprzednio dobrze przygotować. 

Na początek należy zakupić brystol, o który też coraz ciężej, gdyż prawie wszystkie sklepy branży papierniczej już dawno poupadały i teraz potrzebne rzeczy trzeba mozolnie wynajdywać i zdobywać w internecie. Walcząc przy tym ze złośliwymi wirusami komputerowymi, wszystko obserwującymi plikami cookie, spamem, reklamami i oszustami, którzy tylko czyhają na każdy twój ciężko zarobiony grosz. 

Klej, nożyczki, taśma przezroczysta, gruba nić, sznurek i odpowiedni projekt zapewnią nam niezawodnie sukces. 

Przygotowane w domowym zaciszu części ostrożnie pakujemy do torby i wyruszamy w tak zwany teren. Po znalezieniu tego, czego szukamy, przebieramy się bez hałasu w tekturowy uniform i ostrożnie zbliżamy się do bocianiego sejmiku. Przy pomocy fortelu wzbudzamy zaufanie  stada, wkładając w kartonowy dziób wcześniej złowioną żabę. Przychylne spojrzenia bocianic są dobrym znakiem na przyszłość. 

A potem w odpowiednim momencie odrywamy się od ziemi i fruniemy z ptakami prosto w kierunku ciepłych krajów. 

 

Dobra Cobra – niesiona falami literackiego natchnienia – prezentuje opowieść znad krawędzi, której akcja rozgrywa się w niedalekiej przyszłości, gdzie ludzkość jest coraz bardziej wykorzystywana i oszukiwana przy pomocy argumentów ekologicznych przez wielkie religie, bogaczy, reklamę, ponadnarodowe koncerny, big pharmę oraz codziennie ogłupiana przez internet, telewizję a także sztuczną inteligencję i influencerów, którzy podobno pokazują, jak naprawdę żyć. W niniejszej opowieści czytelnik z pewnością odnajdzie niezawodny przepis na zwycięstwo nad tymi wszystkimi przeciwnościami losu oraz odpowie sobie na najczęściej zadawane w dzisiejszych czasach pytanie: jak żyć, pt

Dwudziestominutówka

Cz. 1

Nawet najpiękniejsza małpa w oczach niemałp jest tylko małpą

 

2

   Jednak człowiek nie jest predestynowany do fruwania na dalekie dystanse. Mimo uprzedniego treningu fizycznego, wzmacniającego ciało, byłem wykończony kilkugodzinnym ciągłym machaniem rękami praktycznie bez żadnej przerwy. Na dodatek cieplejsze warstwy atmosfery zaczęły powodować powolną erozję kleju i taśmy samoprzylepnej. Liczyłem, że zalecę ze stadem z dwieście kilometrów dalej, ale po kilku godzinach podążania za nim zacząłem wyraźnie zostawać w tyle za ptakami. Aby jakoś zminimalizować realne zagrożenie życia rozpocząłem powolne zniżanie. W ostatnim etapie schodzenia w dół nieoczekiwanie uległo złamaniu moje lewe skrzydło, a na dodatek zaczepiłem boleśnie kroczem o sprężystą brzozę samosiejkę – przekleństwo naszego Narodu – by w chwilę później przywalić głową w solidnie wbetonowaną peronową ławkę.  

Gdy ból minął i zdołałem stanąć o własnych siłach, zza zakrętu nadjechał pociąg osobowy, ciągnięty przez staroświecki dymiący parowóz. Zerwałem z siebie resztę ptasiego wyposażenia, rzuciłem do rowu i z nadzieją wskoczyłem do zwalniającego bieg wagonu. Bociany zrobiły na niebie jeszcze jedną rundkę, opiekuńczo zaklekotały dziobami i widząc, że wszystko ze mną okej, poleciały dalej ku ciepłym krajom.  

– O, znalazł się nasz zaginiony dewizowy współtowarzysz podróży – krzyknęła  rozentuzjazmowana dziewczyna. Na głowie miała czapkę przewodnika z logiem firmy turystycznej. 

Gorzej być naprawdę nie mogło. Chciałem jak najszybciej dotrzeć do pewnego miejsca w Pyisku, a tu los podkładał pod nogi same przeszkody. 

3

– Podróż pociągiem to bardzo dobra sprawa dla zmysłów – powiedział znienacka starszy jegomość z bródką, siedzący przy oknie. 

Gdyby posklejane akcesoria papiernicze wytrzymały jeszcze parę godzin, dzięki sprzyjającym wiatrom mogłem zalecieć o wiele dalej. A tak musiałem tkwić w pociągu, na dodatek uznany jako jakiś odnaleziony turysta. 

– Pozwolą państwo, że się przestawię: Jestem Ametyst Wólkan, profesor mniemanologii klinicznej, uczonym, mającym na swoim koncie wiele osiągnięć naukowych, zarówno krajowych jak i zagranicznych… – ciągnął nieskromnie – oraz prywatnych. Muszą bowiem państwo widzieć, że w wolnych od zajęć zawodowych chwilach trenuję z wielkim sukcesem biegi. Posiadam w swojej kolekcji wiele pucharów i medali, z których najcenniejsze to złoto z Dziewiątym Biegu Wtórników w Jarzębowie oraz potrójna platyna w Czternastych Siemiatyckich Potyczkach Biegowych. Prywatnie mam dwoje mądrych i wykształconych dzieci oraz piękną żonę, która jest skrzypaczką w London Symphony Orchestra, ansamblu założonym w tysiąc dziewięćset czwartym roku – skończył, unosząc palec wskazujący do góry. 

Kolejny pech chciał, że siedziałem obok niego, a więc byłem niejako naturalnym partnerem do rozmowy. A ja najzwyczajniej chciałem bez rozgłosu dotrzeć na miejsce, do którego zmierzałem. 

– Pociąg to najczystsza forma podróżowania – oświadczył uczony, wpatrując się we mnie.  – W samolocie niechętnie widzi się rozmawiającego współpasażera, bo każdy skrywa w sobie jakąś międzynarodową tajemnicę. Spacerującego pasażera też się tam niechętnie widzi, bo przeszkadza w rozwożeniu jedzenia i sprzedawaniu produktów przez stewardessy. Ponadto ten wszechobecny, zimny szum… i czasem te występujące trwożliwe turbulencje… – otarł pot z czoła. Widać niejeden raz przeżył podniebną przygodę. 

– W autobusie niby jest lepiej – jednak głośny szum silnika, smród spalin i wyboje stopują skuteczną konwersację, która na dodatek ograniczona jest li tylko do najbliżej siedzącej osoby. A w pociągu, wsłuchując się w pięknie analogowy stukot kół jak i posapywanie parowej lokomotywy, możemy oddawać się rozmowie ze wszystkimi współpasażerami. Co niniejszym właśnie czynimy. Nieprawdaż? – zakończył, znów zwracając się w moją stronę. 

Wywołany do tablicy mogłem tylko przytaknąć towarzysko:

– Prawdaż. 

   Nigdy nie przepadałem za takimi przemądrzałymi pajacami. Ponadto za wszelką cenę pragnąłem być niewidoczny dla otoczenia, a tu takie buty. Musiałem coś wymyślić, żeby ulotnić się z tego zbyt towarzyskiego przedziału. 

– Atmosferze towarzyskiej w pociągu blisko jest do kozetki psychoanalityka lub konfesjonału – ciągnął dalej zadufany w sobie profesor Ametyst Wólkan. – Kontakt ze współpasażerami jest na dodatek zmysłowo bliski, co zachęca do obgadania tej bliskości. Pozwoli więc pan, że go spytam – zwrócił się do mnie. – Skąd pan przybywa i gdzie podróżuje? 

– Nietrudno zgadnąć – odparłem, świadomie nie nawiązując do pierwszej części pytania: – Podróżuję tam, gdzie chyba wszyscy współpasażerowie…  

– W pociągu snujemy zwierzenia najłatwiej ze wszystkich środków transportu – wtrącił Wólkan dobrotliwie mentorskim tonem, wyciągając z kieszeni marynarki plastikowe pudełeczko. – Wezmę teraz tabletkę jedną na koncentrację. Jej formuła skutecznie skupia mnie na słuchaniu –  oznajmił, przełykając ślinę. 

Przymknął oczy w oczekiwaniu na ciąg dalszy mej – zapewne interesującej dla wszystkich podróżujących – opowieści. Poczułem się jak we wcześniej wspomnianym konfesjonale. Wszystkie głowy od razu skręciły się moją stronę. 

Tylko tego jeszcze brakowało. Ukłoniłem się grzecznie z samousprawiedliwieniem: 

– Muszę wyjść do toalety. 

4

   Rodzyn Lucheć był sumiennym leśniczym, wykonującym polecenia, płynące bezpośrednio z biura ministra środowiska. Za to miał płacone i tego się trzymał. Nie był  ani ładnym, ani brzydkim facetem, nie był niski, ani wysoki, ani gruby, ani chudy – ot, zwykły przeciętniak. Może jedynie trochę zwalisty. Jednak dzięki przeciętności bardzo łatwo mógł się ukryć w tłumie,  zatopić w tle lub pozostać niezauważonym na konferencjach. A dzięki temu był jeszcze bardziej niebezpieczny, niż na takiego wyglądał. Bo mógł podsłuchiwać, o czym szemrze w kuluarach leśna brać. 

   Akcja Zadrzewianie Kraju 2050 polegała na jak największej nasadzie sadzonek, tak, aby za kilkanaście lat większość terenów kraju była jedną ekologiczną oazą, w której niemożliwe już będzie podróżowanie asfaltem. Co stanie się dumą młodocianych aktywistów ekologicznych, którzy w zadowoleniu z osiągniętych celów może już nie będą oblewać farbą, albo zupą największych artystycznych dokonań ludzkości.  Ba, być może już nikt nigdy więcej nie usłyszy o onegdaj wielotysięcznych miastach – ani tym bardziej o ich sławnych, międzynarodowych lotniskach, z których niejednokrotnie odlatywały setki samolotów na dobę. Niebawem wszystko zarośnie puszczą. Ale to miało dopiero nastąpić. 

Naturalnie, aby osiągnąć cel akcji Zadrzewianie Kraju 2050 – nakreślony śmiałą ręką twardej ślepoekologicznej większości w rządzie – należy włożyć wiele trudu i wyrzeczeń, a także cofnąć kraj w rozwoju o jakieś sto lat, ale w przyszłości rośliny i zwierzęta nam za to podobno odpłacą. Ponadto wreszcie znikną z planety tak znienawidzone przez ekologów samochody spalinowe. Zostaną ostatecznie wchłonięte przez rdzę i listowie. A życie stanie się prostsze i… tańsze.  W dużym uproszczeniu: jak będziesz umierał, to żadne pogotowie już po ciebie nie przyjedzie. Bo nie będzie miało jak, wobec bezmiaru lasów, puszcz, zagajników i ruczajów. A niejako przy okazji szpitale i budżet centralny zaoszczędzą na niepozwalaniu umierającym umierać, których obecnie muszą ratować za wszelką cenę, choć najwyraźniej nastał już na nich czas odejścia z tego łez padołu. 

Po osiagnięciu celów Zadrzewiania Kraju 2050 ludzie wreszcie zaczną żyć zgodnie z zegarem przyrody: będą pracować, gdy słońce stanie na horyzoncie, a kłaść się spać, gdy zajdzie i wszystko okryje nieprzenikniony mrok, czasem rozświetlony marnym blaskiem księżyca. Dostarczanie prądu będzie niemożliwością, w związku z tym upadną znienawidzone przez Zielonych elektrownie na węgiel, gaz i nawet te atomowe, bo staną się prostu będą niepotrzebne. A powietrze wreszcie będzie czyste, jak łza noworodka przed okresem średniowiecznego oziębienia, a więc także przed epidemią filoksery. Które to oziębienie być może przyjdzie ponownie, naturalnie jak będzie chciało, bo człowiek wie jedno wielkie nic o ziemskim klimacie. 

  Leśniczy Rodzyn Lucheć nie zważał na żadne przeszkody środowiskowe. Kazano mu zalesiać, to zalesiał. I miał w tym duże wyniki. Niegdyś wielosettysięczne Pyisko obecnie stawało się oazą zieloności, śpiewu ptactwa i… coż: zacofania na miarę wieków średnich. 

Utrudzony pracownik służby leśnej spojrzał w stronę doliny, którą wolno przecinał pociąg pasażerski, ciągnięty przez parową lokomotywę. Uśmiechnął się na widok naturalnie dymiącego komina W tym momencie zadzwonił jego służbowy telefon. 

– Słucham? – rzucił do słuchawki. 

– Mówi Dietetyk. Jest jedna sprawa, w której może mi pan pomóc. Otóż… 

   Po zakończeniu rozmowy Rodzyn sprawnie spakował do podróżnego chlebaka własnoręcznie wyrabiane pieczywo, dżem i ser, do butelki nalał wody z krystalicznie czystej rzeczki, dobrze zawiązał terenowe buty, a w dłoń chwycił niezawodną siekierę. Do najbliższego przystanku kolejowego nie miał wcale tak daleko. 

5

   Gdy siedziałem w wagonie restauracyjnym, delektując się turkotem stalowych kół pociągu i popijając herbatę, zaczepiła mnie anglojęzyczna kobieta:

– Mówisz po angielsku? – spytała bez ogródek. 

– Tak – odparłem. Po akcencie nieomylnie rozpoznałem osobę przybyłą z ostoi demokracji – Stanów Zjednoczonych. Wszystkie babki są tam bardzo bezpośrednie, praktyczne i bezpruderyjne. Na trzeciej randce musi być seks, albo kończą znajomość. 

– Przepraszam, ale czy może jesteś tym, kim myślę?

– Nie.  

– Wiedziałam, że to niemożliwe. 

– Ale zawsze dobrze jest spytać – uspokoiłem ją na tyle, na ile w tak nietypowej sytuacji mogłem. – Wtedy człowiek już wie.

– Pewnie. 

– Bo nadzieja to dobra rzecz. 

Zawahała się. Stojąc profilem nerwowo przesunęła dłońmi po długich włosach, wsadzonych z tyłu pod pasek przepasający sukienkę, a później luźno zwisających do zgięcia nóg pod kolanami. 

Było około trzynastej, w Ameryce zwanej 1 p.m. i kobieta na pewno miała już za sobą trochę turystycznej emocji od czasu śniadania. Pewnie uważnie wyglądała przez okno i robiła dużo zdjęć do wstawienia na społecznościówki. W sumie to po to ludzie przyjeżdżają na wakacje, aby zobaczyć coś nietypowego i sławnego zarazem. Pachniała jakimiś dobrymi perfumami, może kupionymi na lotnisku. Tam zawsze człowiek czuje chęć nagrodzenia siebie jakimś drobnym kosmetykiem lub bezcłową flaszką lepszej wódy.  

Podróżowała sama? Czyli odważna dziewczyna – choć gdy kobieta choć trochę się pilnuje, nie łazi po miejscach podejrzanych, jada w nieco lepszych restauracjach, nie daje się zaczepiać lokalnym facetom i siedzi w hotelu po zachodzie słońca – to nie jest to jakimś wielkim wyzwaniem. W Stanach Zjednoczonych powiadają, że gdy dziewczyna opanuje jazdę z manualną skrzynią biegów, da sobie radę w życiu. Widocznie ona ją już opanowała. 

Gdyby była z facetem lub jakąś psiapsiułką, pilnowali by siebie niczym papużki nierozłączki. A tak musiała chadzać sama. 

   Odeszła. Nie zasmuciło mnie to wcale, nie szukałem wcale okazji do poznawania ludzi. Miałem misję do wypełnienia. Dopiłem podwójne espresso, wyjąłem z kieszeni spodni zwitek egipskich pieniędzy, zakupionych uprzednio w kantorze i położyłem jeden z banknotów na kawiarnianym stoliku. 

Co niespodziewanie wywołało duże poruszenie wśród zebranych w wagonie. 

– Nie mam panu jak wydać reszty – jęknęła kelnerka, pilnując skwierczącej na patelni jajecznicy i jednocześnie wytrzeszczając oczy na walutę, jakby ta była zaczarowaną. 

– Nie trzeba – odparłem z uśmiechem. – Reszta jest dla pani.  

– Ludzie! – jęknęła sprzedawczyni głosem, jaki kobiety potrafią wydać jedynie podczas wspaniałego zbliżenia cielesnego. – Za resztę tych egipskich pieniędzy zbuduję sobie ze dwa domy niskoenergetyczne z najnowszym pakietem dodatków ekologicznych, dom letniskowy, kupię trzy Lexusy i jeszcze spokojnie zostanie mi na mały penthouse ze stu pięćdziesięcio metrowym tarasem, położony na ostatnim piętrze w samym centrum miasta! 

Widać, że od dawna miała to wszystko dokładnie przemyślane. Byłem pewien, że oto jestem świadkiem jakiejś tragicznej w skutkach finansowej omyłki. Za wszelką cenę nie chciałem zwracać na siebie uwagi, a tu los co raz rzucał pod nogi takie kłody. Najpierw ten pieprznięty profesor, a teraz to. Kurde. 

Wróciłem do przedziału. 

6

– Obok naszej willi dwa lata temu pobudował się jakiś nowobogacki – ciągnął profesor Ametyst Wólkan. – I od razu wprowadził w sąsiedzkie życie konkury, kto lepszy i kto ma czego więcej. Na początku wyciął dwa piękne, stare drzewa, które stanowiły ozdobę okolicy. Pózniej postawił – nie pasujący do otoczenia jak pięść do oka – wielką chałupę z kolumnami, zasłaniając tym samym promienie słoneczne niejednemu pobudowanemu domowi w okolicy. I zaraz ogrodził tę swoją ordynarną chawirę wysokim, ceglanym murem, przez który nikt nie mógł niczego zobaczyć. Nie, żebyśmy byli wścibskimi sąsiadami… – dodał szybko. – W regularnych odstępach czasu – najczęściej w weekendy – zjawiali się jego krzykliwi znajomi, którzy potrafili po pijaku puszczać głośną muzykę i drzeć gęby aż do świtu, przy okazji wypuszczając w niebo tysiące fajerwerków, które płoszyły i stresowały zaspane ptactwo jak i zwierzynę. 

Profesor popatrzył po twarzach słuchających go podróżnych. Opowieści z bogatego świata zawsze interesowały biedniejszą część społeczeństwa. 

– Sąsiad zaraz kupił sobie i żonie kilka najdroższych aut niemieckiej marki, którą tak bardzo wielbią nasi rodacy, a która w Stanach Zjednoczonych jest co najwyżej kupowana studentom, bo tam wcale nie ma tego zadziwiającego nimbu wyjątkowości, jak u nas. Mogliśmy więc obserwować, jak  duży suv, sportowa wersja M, podrasowana sportowym tłumikiem limuzyna na zakupy, rekreacyjny model z odkrywanym dachem i długa luksusowa limuzyna, zaczynają przemierzać w tę i powrotem uliczki naszego cichego osiedla.

Westchnął ciężko i dalej kontynuował swoją opowieść. 

– Obraził tym moje luksusowe auto, gdyż na naszym osiedlu panuje hierarchia: zamożniejsi posiadają nobliwe auta, mniejsze modele stoją na podjazdach mniej bogatych i z szacunku zawsze przepuszczają większe samochody bogatszych. A ten sąsiad nowo – kutasina, bo przecież nie można inaczej określić takiego osobnika, od razu ten porządek zaburzył. Mało, że wybrał krzykliwy projekt domu – z nadmiarem łuków oraz marmurów – to od razu wepchał się w lokalną społeczną hierarchię, zaburzając tym samym jej rytm. Nikt ze starych mieszkańców osiedla się z nim nie zaprzyjaźnił, ale ani on, ani jego żona – zapewne dawna tancerka w klubie go-go – też za nami nie przepadali. Nie było mówienia dzień dobry, ani uśmiechów czy machania ręką zza szyby. 

Do przedziału zajrzał nieco zwalisty facet. Obrzucił podróżnych spojrzeniem i szybko wycofał się na korytarz. 

– Przyszła zima, a z nią Święta. Nowobogacki oświetlił dom dziką ferią oczojebnych, ciągle migających stroboskopowych chińskich światełek. W okolicy od razu zrobiło się jasno, jak w centrum jakiegoś dużego miasta. Doprawdy trudno było zasnąć od tego ciągłego migotania i wielkiej jasności, otaczającej naszą dolinę. Ku mojemu wielkiemu niedowierzaniu obserwowałem, jak sąsiedzi podjęli konkury. Liczniki energii elektrycznej od razu zaczęły szybciej zliczać zużycie prądu, a ślad węglowy,  zostawiany przez nasze osiedle, był coraz większy. 

Profesor pogłaskał swoją krótką bródkę. 

– Zdenerwowany tym wszystkim – co może być uznane za usprawiedliwienie mego postępku – także uległem niezdrowej rywalizacji i na stoisku przy drodze zakupiłem parkę świecących na jasno niebiesko jeleni. Następnego dnia ten nowobogacki osioł miał już w ogródku całe ich stadko. Na to ja zakupiłem jeszcze większą gromadkę, co wywołało sąsiedzką lawinę i istny szał zakupów ogrodowego oświetlenia. W ciągu kilku dni wykupiliśmy wszystkie oczojebne ozdoby świąteczne, które były do dostania w całym powiecie. Wielkie hordy świecących zwierząt, liczące po kilkadziesiąt sztuk na jedno podwórko, waliły blaskiem przy każdym domu. 

Ametyst Wólkan nerwowo poruszył nogami:

– My tu gadu, gadu, a trzeba iść się przewietrzyć. Przepraszam państwa – ukłonił głowę i wyszedł z przedziału. 

 

W kiblu czekał na niego zdecydowany na wszystko nieco zwalisty Rodzyn Lucheć. 

   Kiedy leśniczy zaczynał służbę w czerwonych beretach, zrzucił ze skały dowódcę batalionu, gdy ten na krawędzi skały pokazywał mu, jak się nie bać wysokości. 

– Widzisz, kurwa, szeregowy? – pokrzykiwał oficer, balansując nad przepaścią. – W taki sposób, kurwa, człowiek nie boi się wysokości. Może powinieneś zmienić przydział w WKU i zostać, kurwa, kucharzem, a nie komandosem?

Poniżony Lucheć podszedł od tyłu i pchnął go lekko, naprawdę leciutko. Niezauważalnie. I wtedy dowódca przekroczył granicę równowagi i poleciał w dół. Okazało się, że przełożony był twardzielem: nawet nie krzyknął podczas niezbyt długiego lotu. 

W podobny sposób zamierzał wydobyć prawdę z ust tego profesora: zagrozić, że wypchnie go przez okno wagonu, jeśli nie przyzna otwarcie, co propaguje wbrew zaleceniom rządu Molocha, czyli Unii Europejskiej.  

– Teraz wezmę tabletkę, abym mógł zaprzyjaźnić się z tobą – jęknął przerażony Ametyst Wólkan. 

W tym momencie puściła przerdzewiała podłoga wagonu i mężczyżni polecieli w dół drogą, którą zazwyczaj kibel opuszczały ekskrementy. 

7

   Na pierwszej stacji z wszechogarniającej zieloności, powstałej z zaczynu akcji Zadrzewianie Kraju 2050, na peron wyskoczył sprytny sprzedawca naręczny i od razu zaczął zachwalać swój podejrzany towar: 

– Proszę państwa, oto gałązki ze Świętego Krzewu. Dobre na wszystko: zgagę, choroby dermatologiczne, skaleczenia, hemoroidy… 

   Leśniczy Rodzyn Lucheć z niedowierzaniem patrzył na rozgrywającą się przed jego oczami scenę. Otrzymał telefonicznie wyraźne polecenie służbowe i musiał je bezwzględnie wykonać. A w czasie próby wydobycia prawdy z ust profesora postoju pociągu od razu pojawiło się zupełnie niepotrzebne opóźnienie. Mężczyźni polecieli na kamienie, trzymające torowisko. Na szczęście pociąg już hamował i leśniczy wyszedł bez szwanku z tego wypadku. Gdy masował potłuczone ramię skonstatował, że uczony zniknął gdzieś bez śladu. 

 

– Niech pan nie opowiada nam tu bajek – przerwała sprzedawcy bezpośredniemu jedna ze sceptycznie nastawionych utytych turystek. – My som światli ludzie i dobrze wiemy… 

– Jak najbardziej rozumiem pani uprzedzenie  i związany z tym sceptycyzm – przerwał jej lasokrążca. – Domeną człowieka nowoczesnego jest bowiem nie wierzyć w nic, naturalnie oprócz siły pieniądza. Lecz na Ziemi dzieją się rzeczy, o których dotąd nie śniło się nawet prorokom w najtwardszych snach. Otóż gałązka Świętego Krzewu przynosi ulgę w każdej chorobie. O, widzę, że pan się niedawno skaleczył – wyciągnął palec do jednego z wycieczkowiczów.  

– Istotnie, zadrapałem się wczoraj w łazience. 

– Czy wobec tego mogę przyłożyło do pańskiej rany gałązkę, którą tu dystrybuuję? 

Mężczyzna spojrzał na sprzedawcę spod czoła: 

– W sumie… – zawiesił głos – co mi szkodzi. Ani mi nie pomoże, ani tym bardziej nie zaszkodzi… 

– Zdziwi się pan – mruknął handlarz i szybko dotknął gałązką widocznej rany. Po jej odjęciu po zadrapaniu nie było ani śladu.

Wycieczkowicze, otaczający mężczyzn kordonem, wydali okrzyk zdumienia. Krąg zainteresowanych natychmiast uległ zacieśnieniu.

– A ja mogę spróbować? – dopytywała niedawno sceptyczna wobec produktu turystka. – Mam te no… przekwitającą chorobę kobiecą i mię kurewskie – to jest: sakramenckie – poty oblewają co raz i już normalnie zwariować można od tego wszystkiego. 

– Lekarze pani nie pomogli? 

– A gówno! Tylko forsę od człowieka biorą i obiecują gruszki na wierzbie. A te drogie medykamenty gówno dają. 

– Jak zwykle – mruknął sprzedawca bezpośredni. – Dobrze, niech pani patrzy, co się będzie działo – powiedział uroczyście i przytknął gałązkę Świetego krzewu do brzucha kobiety. Ta od razu upadła zemdlona na ziemię. 

– Proszę jej pomóc – poprosił zgromadzonych. – Zaraz się ocknie, a wtedy… 

Po chwili kobieta, przy wydatnej pomocy pomocnych rąk turystów, stanęła na nogach. 

– O, ja cie… Chyba… chyba jestem zdrowa. Ludzie, ten człowiek mnie..  uzdrowił za pomocą gałązki ze Świętego Krzewu! Osz kurważ, matulu, ja jestem zdrowa! Zdrowa!!!

Zgromadzeni podróżni wyciągali pieniądze, bo każdego coś tam łupało, a to tu, a to tam, i każdemu coś zawsze, lub od czasu do czasu, dolegało. Taka atrakcja człowieczego życia. 

8

   W hotelowym, dobrze zaopatrzonym barze, ładna hostessa wpatrywała się we mnie swymi dużymi, maślanymi oczami. Dziewczyny zawsze pragną zahaczyć się o kogoś ładnego, jeszcze lepiej majętnego, kto sprawi, że ich młodość wystrzeli w rankingach zasobności w dobra wszelakie, które zawsze są wyznacznikiem statusu i pozycji społecznej. Takiemu dziewczęta o wiele chętniej rodzą potomstwo. 

–  Tydzień temu był u nas na wycieczce objazdowej taki jeden facecik spod Łodzi, który ubiegłej zimy w Himalajach odbierał z buddyjskim mnichem poród Yeti – plotła, sącząc przez słomkę kolejnego kolorowego drinka. – A w zeszłym miesiącu pewien uczony wyznał mi w zaufaniu, że jego zespół niedawno ożywił martwe od tygodnia niemowlę. Co budzi duże nadzieje na przyszłość i powolny upadek branży cmentarnej. 

– Bardzo ciekawe rzeczy pani tu opowiada – mruknąłem.  

– A wie pan, że wszystkie teksty piosenek rockowych pisze szatan? – zapaliła się dziewczyna. – Wiem o tym, bo pewien słynny muzyk objazdowy wyznał mi to w ostatnie wakacje, gdy nad ranem sadził mnie od… 

Po chwili zaczerwieniła się na policzkach i zaczęła przeraźliwie kaszleć. Szybko pobiegła do baru i duszkiem wychyliła szklankę podanej przez obsługę wody. Korzystając z okazji zapłaciłem za drinka i szybko poszedłem do swojego pokoju. Egipski banknot znów wywołał wielkie poruszenie wsród hotelowej obsługi. 

Później w nocy kilka razy słyszałem coraz bardziej natarczywe pukanie do moich drzwi, ale nie otwierałem. Człowiek chce podróżować niezauważonym, a tu same kłody pod nogi. 

9 

   Warto wstać o świcie, żeby zobaczyć, jak w krzakach parzą się Japończycy. To podobno duża lokalna atrakcja turystyczna, naturalnie dla dorosłych, bo już nawet Bułgarzy nie robią tego ze swoimi żonami. Nikt dokładnie nie wie, dlaczego Japończycy dokonują zbliżeń to akurat o wschodzie słońca, ani tym bardziej skąd przedstawiciele kraju Kwitnącej Wiśni wzięli się w okolicach Pyiska. Lokalna legenda powiada, że na Dalekim Wschodzie ludzie podobno uprawiają seks tylko o świcie. Ale czy to prawda? 

W każdym razie właśnie to robili. Co akurat w tym momencie obchodziło mnie tyle, ile zeszłoroczny śnieg, gdyż próbowałem cichaczem oddalić się z hotelu, w którym zakwaterowano wycieczkę. Szczęśliwie tłumek przyjezdnych nagrywał telefonami tę cielesną atrakcję turystyczną i nie był moją osobą wcale zainteresowany. 

Z magazynku z czystą pościelą zwędziłem białą koszulę i wyszedłem z budynku tylnym wyjściem pożarowym. W sprawie mojej osoby było stanowczo za dużo rozgłosu, wszystko przez te cholerne egipskie pieniądze. Nadal byłem przekonany, że z jakiegoś nieznanego mi powodu ci wszyscy ludzie źle obliczali wczorajszy kurs północnoafrykańskiej waluty. 

Naturalnie wyruszając z bocianami w stronę Egiptu nie liczyłem na dotarcie do samego Nilu. Na dwunasto znakowym kalkulatorze obliczyłem jednak, że na częściach z brystolu powinienem zdołać spokojnie dotrzeć w okolice Pyiska, które było celem mojej podróży. 

Nie wziąłem jednak pod uwagę mocy ciepła, które w locie rozkleiło spoiwa papierowego kostiumu. I naturalnie słabości taśmy klejącej, produkowanej w Chinach. 

 

   Pyisko – miasto – legenda, oaza uciekinierów, nieudaczników, bezrobotnych, neo hipisów, fanów społeczeństw utopijnych, samotników i wszelkiej maści cwaniaczków, liczących na żer na innych. Oraz tych mających na bakier z unijnym prawodawstwem. Ale podobno największa część populacji tych terenów to zwykli ludzie z ekologicznym zacięciem, którzy mieli już dość życia w kieracie co raz zmieniających się rządów. 

Unia Europejska bez szczegółowej kontroli nie wpuszczała nikogo na tereny okalające Pyisko. Zasieki, drut kolczasty, pułapki i wzmożone kontrole graniczne miały gwarantować skuteczne utrzymanie strefy zamkniętej. Ale czegoż innego można się było spodziewać od policyjno-religijnego tworu, który za swoje logo obrał znak maryjny: gwiazdy na tle niebieskiego nieba. Euroentuzjaści i niewierzący jeszcze kiedyś pożałują swoich głosów wyborczych, oddanych na Unię. 

Na szczęście myśl z Brukseli, przecinając kilka granic po drodze, nie wytrzymywała praktycyzmu naszego Narodu. Rodacy – nauczeni kombinowania podczas kolejnych historycznych najazdów, wojen i kilku okupacji –  świetnie dawali sobie radę i w tych uciążliwych warunkach, przedostając się bez większych przeszkód zieloną granicą pomiędzy krajem, a strefą zamkniętą wokół Pyiska. W podobny sposób podczas stanu wojennego przekraczali lasami granice sąsiednich powiatów i województw. 

Nie wiedziałem, bo i skąd, że kilka minut po opuszczeniu hotelowego pokoju ktoś wywalił jego drzwi siekierą. 

10

   Zenek Pytliczek – wybitny budowniczy konstrukcji stalowych oraz wnuk dziadka, którego zwano ojcem polskiego spawalnictwa, też brał udział w wycieczce do Pyiska. Po cichu sprzyjał wszelkiej maści ekologom – podoba mu się ich bezkompromisowość i dawanie po dupie bogatym, którzy mają forsę, trzymają władzę i stanowią prawo. 

– A ja, proń ciebie, zajmuję się znajdowaniem skarbów, które kryje ziemia – rzekł do leśniczego Rodzyna Ciutki, przysiadając się doń, gdy tylko pociąg ruszył w dalszą drogę. – Chadzam sobie całe dnie z detektorem metali, co jest bardzo zdrowym fizycznie zajęciem. I, proń ciebie, znajduję skarby. 

– Łałałe? – zdziwił się leśniczy Lucheć, który od maleństwa mógł być przecież niemową. Naturalnie udawał, trenując kolejną sztukę kamuflażu i gubienia śladów w tłumie. Lub zachowywał się, niczym jedna z bohaterek opowiadania Nagląca potrzeba, które ostatnio przeczytał w internecie i coś mu z niego zostało w głowie.

– Otóż tak, proń ciebie. Nasza obczyzna nie jest łaskawa dla poszukiwaczy skarbów ziemi. Twierdzi, że do niej należą wszystkie, co jest ukryte w ziemi. Inne państwa inaczej to rozwiązały, a u nas jak zwykle rabunek i grabież obywatela na każdym kroku. Więc, proń ciebie, przyjedżam sobie tutaj, do Zielonej Oazy, gdzie mogę sobie bez problemu przywłaszczyć wszystko, co tylko wykopię. 

– Loto, dameny… platy? – dociekał zaintrygowany leśniczy. 

– E, tak dobrze to nie jest, proń ciebie. Złoto, diamenty i platyna to w przyszłości. Zazwyczaj są to raczej plastikowe przedmioty. Ostatnio, proń ciebie, wykopałem całą kolonię markowych lalek. Były w stanie niemalże perfekcyjnym, zwanym przez koneserów wszystko mówiącym słowem: mint condition. Sprzedałem je za duży szmal na portalu dla hobbystów. Co nie dziwi: głównie kupowali je faceci. Teraz, proń ciebie, jest pełno farbowanych lisów wszędzie i ze świecą szukać ludzi moralnie uczciwych wobec siebie w temacie płci – westchnął. – Ale pośród poszukiwaczy krąży legenda, że założyciel Klasztoru Bosych Józków, którego zwiedzanie mamy w planie wycieczki, gdzieś zakopał pozostałą  część swojej fortuny, a kto ją znajdzie, zostanie bajecznie bogaty do końca swych dni. Co czasem.w takich wpadkach nie trwa długo, bo człowiek ma tendencję do szybkiego staczania się, gdy ma ku temu okazję i możliwości. 

Pytliczek wziął głęboki wdech i kontynuował swoją coraz bardziej interesującą wypowiedź. 

– Naszym ideałem, ideałem poszukiwaczy i kopaczy, jest, proń ciebie, Baltazar Sumisiński, zwany też Sumem – który był historykiem z zawodu, a z zamiłowania wielbicielem wiejskiego folkloru przełomu 20. i 21. wieku. Przekopując pewnego dnia działkę, położoną na terenach Zielonego Ładu, w celu zniszczenia kolonii uciążliwego perzu, Sum niespodziewania wyciągnął z ziemi dotąd nie znany obraz Leonarda da Vinci, przedstawiający siostrę Giocondy, czyli dobrze każdemu znanej Mony Lizy. 

– Łałałe u y żeniu – zgodził się Rodzyn. 

Leśniczy cieszył się w duchu, że nabrał swego rozmówcę, bo ten najwyraźniej uwierzył, że leśniczy jest niemową. 

11

  Difrojda Beszke była kobietą posągową, mającą powodzenie w pracy zawodowej, lecz nie mającą szczęścia w miłości. Od okresu nastoletniego była bezpośrednio angażowana w wiele biznesowych przedsięwzięć. A to prowadziła szkolny sklepik, a to sprzedawała oranżadę przed domem lub prowadziła lekcje ekonomii dla absolutnie początkujących. Później wygrywała kolejne lokalne konkursy piękności, by na koniec objąć wiele intratnych stanowisk. Wiadomo: śliczna  dziewczyna, to i szefowie dawali jej chętnie coraz to wyższe stanowiska zawodowe, w zamian żądając tak niewiele.

Po latach – rozczarowana porządkiem świata – rzuciła to wszystko w cholerę i została inwentorką inteligentnej toalety oraz wynalazczynią morlińskiej pozycji hippicznej. Do upadku wynalazku inteligentnej toalety przyczyniły się niewydajne chińskie procesory, które w chwilach większego natężenia ruchu zaczęły dawać mylne sygnały. Siku było brane za kupę, a rzygi za potrzebę przemycia twarzy.

A pozycja hippiczna została wyśmiana w internecie, media zaś uznały ją jako zbyt erotyczną i zarazem nieetyczną – w związku z tym nienadającą się do pokazywania w telewizyjnych transmisjach, nadawanych przed dwudziestą drugą. 

Po tym niepowodzeniu kobieta otworzyła BeszkeTours, firmę turystyczną, oferująca zaciekawionym ekologiczne wycieczki do Strefy Zielonej. I do jej głównej atrakcji – ruin legendarnego Pyiska. Miasta pobudowanego w końcówce lat pięćdziesiątych z solidnej cegły i betonu. 

W kolejce do pojazdu Beszke Tours – skrzyżowania amfibii z czołgiem i wojskowym samochodem ciężarowym Star 266 – w Amerykance, której kogoś przypominałem, niezawodnie rozpoznałem Joan Wypito (Łajpajto) – pisarkę-amatorkę, ale też sławną blogerkę. Kobietę nie posiadającą talentu beletrystycznego, nie piszącą dobrym stylem, z brakami zmysłu sceny, poczucia dramatu, nie mającą nic do powiedzenia, a na dodatek bez gustu czy poczucia komizmu własnej sztuki. Ale była Amerykanką, do tego z USA – według opinii wielu najlepszego kraju na świecie. Wobec tego czuła się predestynowaną do pełnienia roli ambasadorki prostej amerykańskiej kultury za granicą. 

Ale dlaczego mnie śledziła? A może tylko tak mi się wydawało. Może misja, w której byłem, zaczęła kreślić w mojej głowie coraz bardziej nieprawdopodobne scenariusze? 

Pojazd Beszke Tours wyruszył dokładnie według rozkładu o godzinie szóstej rano. 

12

– To dobrze, że słyszałeś o tym zdarzeniu, proń ciebie – Pytliczek pochwalił Rodzyna Luchecia – Widzisz, ja cię rozumiem bez potrzeby pisania na kratkach tego, co chcesz wypowiedzieć. Może mam dar słyszenia niesłyszących i rozumienia niemówiących? – zastanowił się… – Więc wracając… Na miejscu znaleziska niegdyś pobudowano skromną obórkę dla zwierząt, w której właściciel obrazu – nie zdający sobie sprawy z jego wagi – powiesił go na ścianie, aby, proń ciebie, krówkom było raźniej. Naturalnie rząd zaraz odebrał uczciwemu znalazcy arcydzieło, bo u nas wszystko, co w ziemi, to należy do państwa. W innych krajach jest, jak wspominałem, inaczej. No i ten obraz okazał się oryginałem, a znana nam dotąd Mona Liza tylko marną przygrywką do namalowania dzieła. 

– Li a ehj mola łałoś – zawyrokował leśniczy. 

– Dokładnie: nic na to nie możemy poradzić. Nawet gdyby głosować (który to akt tak zwanej demokracji napawa mnie wielkim obrzydzeniem) na inne ugrupowanie polityczne, to też by to przecież nic nie dało. Bo te polityczne kurwy tylko stroszą piórka przed wyborami, a później robią to samo, co ich poprzednicy. I zapewne następcy. No, ale zawsze znajdują się zwolennicy każdej władzy… Tak ze trzydzieści procent społeczeństwa,  więc życie sobie tak trwa. 

Te słowa w jakiś sposób uradowały rozmówcę leśniczego, bo uśmiechnął się szeroko.  

– Naturalnie Baltazar, znalazca zaginionego obrazu, proń ciebie, miał swoje pięć minut sławy, ciągany przez wszystkie stacje telewizyjne na kolejne wywiady. Jednak po pewnym czasie z przekory zaczął przed kamerami bardziej akcentować problem perzu na łąkach i jego zgubny wpływ na ogrodowe trawniki, niż wiekopomne odkrycie, które było przecież – jak wiele innych rzeczy w życiu – dziełem przypadku. 

– Łołumiae – cmoknął z ukontentowaniem Rodzyn. 

– Cieszę się, że wszystko jest dla ciebie zrozumiałe. Bo to zawsze zaszczyt i radość rozmawiać z osobą inteligentną.

Rodzyn Lucheć ucieszył się jak głupi z pochwały, otrzymanej od tego mężczyzny. 

– Cho se ną – podstępnie zaprosił Zenka Pytliczka na wycieczkę. Miał go bowiem już po dziurki w nosie. 

– Naturalnie, że pójdę z tobą – oparł tamten, wcale nie podejrzewając podstępu. 

– Tym le tobe z soą – poprosił leśniczy. 

– Naturalnie, że wezmę ze sobą mój bagaż. Dla bezpieczeństwa, żeby ktoś mi go nie buchnął. 

Gdy weszli w głębszy las Rodzyn kopnął w jaja Pytliczka tak mocno, że ten zemdlał na poczekaniu.

W autobusie Lucheć napisał na podanej przez przewodnika kartce, że jego współpasażer postanowił podróżować dalej na własną rękę. I że prosił, by dalej jechać bez niego. Niepotrzebny był mu w kółko gadający facecik, który zwracał na nich uwagę. A on musiał jak najszybciej dotrzeć do miejsca, którego nazwę wymieniono w rozkazie, podanym przez telefon.  

13

    Nastał czas Zielonej Pornografii, w której podczas produkcji kobiety nie były już bite, podduszane, wiązane, ładowane dużymi przyrodzeniami w buzię, pupę i inne otwory, zobligowane do łykania spermy i przymuszane do fikuśnych pozycji w nie mających końca aktach cielesnych. W których partnerowali im osiłkowie, posiadający wyrzeźbione na pakerni torsy i potwornie długie kutasy, a także zwierzęta. 

Odtąd babki zaczęły być traktowane w pornosach jak królowe, i obowiązkowo ubrane w bieliznę z lat sześćdziesiątych, o co rygorystycznie dbał silny i prężny Związek Pracownic Seksualnych. Panie nie musiały się już godzić na te wszystkie wymyślne męskie fantazje, w czym wybitnie pomagały im osoby, zatrudniane jako konsultanci scen zbliżenia. Co naturalnie w dość krótkim czasie sprawiło, że czysta pornografia stała się coraz mniej ciekawą dla potrzebujących i uzależnionych od niej mężczyzn. Którzy z powodu braku laku zmuszeni byli szukać fantazji zastępczych. Co nie zawsze wychodziło im na dobre. 

Zaczęto produkować coraz więcej pornografii degradującej, w której kobieta, mężczyzna oraz ta trzecia płeć – niezdecydowana, (która pojawiła się stosunkowo niedawno, i która mówiła o sobie z końcówką: – łom: byłom, wziełom, kupiłom, lub: byłum, wzięłum, kupiłum) – odgrywali coraz częściej tylko podrzędną rolę. 

   Podobnie było z papierosami: ogólnoświatowy zakaz ich palenia sprawił, że większość palaczy oraz fanów jarania wziewnego, odwróciła się od zarządzeń rządów świata – oraz  oferowanych płynów do podgrzewania na gorąco, próbujących zastąpić fajki – i zaczęła na własną rękę hodować tak pożądane liście tytoniu. Co naturalnie zaraz stało się karalne i wielu amatorów palenia dla politycznej poprawności zamknięto w więzieniach na długie lata. Za kraty zaczęli też trafiać zbieracze, którzy w  kolekcjach posiadali nieotwierane, pięknie zdobione herbami paczki papierosów z dawnych lat. 

– Hop, hop, sasa sasa! – zaczął na postoju pokrzykiwać animator kultury, próbując zmusić wycieczkowiczów Beszke Tours do jakiejś formy fizycznej aktywności. Nie miałem na to najmniejszej ochoty.  

   Liście na drzewach lekko szumiały, a lico muskał ciepły wiaterek.  Z bagażem na plecach ruszyłem w górę strumienia. Według moich wyliczeń właśnie w tej okolicy powinienem zacząć szukać drogo do celu mej podróży. Okoliczne kamienie dodawały miejscu atmosfery wyjątkowości. Woda wesoło pluskała, ptactwo śpiewało na gałęziach. Aż się chciało znów żyć. Od początku podróży doskonale wiedziałem, gdzie chcę dotrzeć i co zdobyć. 

Nagle na mojej drodze napotkałem Paśnik dla Gejów – bardzo rzadkie źródełko z bardzo zimną wodą, w której w drewnianym korytku chłodziły się butelki szampana, świeże owoce morza oraz delikatne płaty łososia. Dopiero co upieczone bagietki stały równo w rustykalnym koszu, wyłożonym lawendą, sąsiadując z gorącym kawiorem, chilijskim różowym winem i akumulatorową maszyną do przygotowywania frappuccino. 

Sięgając po te delicje poczułem się trochę świętokradcą. Pocieszyłem się myślą, że do tej głuszy osobnicy homoseksualni wpadają zapewne bardzo rzadko. Albo i nawet rzadziej.  Więc kto mnie rozpozna, że nie jestem gejem i nie mam prawa do wystawnego śniadania?  Zwłaszcza, ze akurat byłem głodnym.  

14

   Okaziciel z Radomia, prywatnie Penderyn Mamiński, niegdyś pracownik w firmie Tworzywa Sztuczne Dynks, Plastik and Bracia Sp. z o.o., położonej w dawnym obszarze przemysłowym na obrzeżach Pyiska. Penderyn był dobrze zbudowanym ekshibicjonistą, który paradując po parku miejskim odsłaniał wybranym nastolatkom swoje tęgie przyrodzenie, na którego widok młode dziewczątka płoszyły się i uciekały z piskiem, co z kolei jarało Okaziciela niewspółmiernie i sprawiało mu największe spełnienie oraz satysfakcję. Spełnienie, jakiego nigdy nie dała mu żadna kobieta. 

Pierwsza polucja spotkała młodego Penderyna w kinie na jednym z japońskich filmów o potworze Godzilla. Nigdy nie zapomniał tego swoistego młodzieńczego uczucia rozkoszy w dole brzucha, pomieszanego ze strachem i winą, bo przecież na ejakulacji mógł go nakryć kontroler biletów. Gdy tylko Godzilla zaczynała ryczeć, a basowe głośniki przenosiły jej niskie pomruki po całym kinie, Mamiński za żadne skarby świata nie mógł powstrzymać kolejnego młodzieńczego uniesienia. 

Okaziciel był depozytariuszem tajemnej wiedzy o kobietach – bezbłędnie rozpoznawał ich wnętrza po sposobie chodu. Wystarczyło chwilę poobserwować i już wiedział, która jest jaka. Nieśmiała, dziewica, szukająca faceta, klempa czy chcąca się tylko popierdolić – czytał je, niczym otwarty album ze sztuką. 

Pewnego razu namówił ówczesną żonę na uczestnictwo w zjeździe miłośników seksu grupowego. Jednak ślubna od razu zaczęła histeryzować, że nie będzie dawała dupy byle komu po ciemaku, po czym spakowała manatki i pierwszym pociągiem wróciła do domu zagniewana. 

   Po tym dramatycznym wydarzeniu Penderyn Mamiński zafascynował się modą na podrabiane wakacje, gdzie przybywający wczasowicze przebierają się za swoich ulubionych bohaterów i w ten sposób spędzają urlopy. Zachowują się, jak ich bohaterowie, jedzą jak bohaterowie i śpią jak bohaterowie. Mają także takie same preferencje seksualne, jak ich bohaterowie, i gadają takie same głupoty, jak filmowi bohaterowie. 

Jednym słowem: szczyt lokalnego Hollywoodu dla ubogich. I jednocześnie wielka tandeta, ale cóż zrobić, skoro tabuny nie podorastanych do dorosłości trzydziestoletnich chłopców wolała tego typu zabawy, zamiast budować i zmieniać świat na lepszy.  

A że przy okazji można było się poekshibicjonizować… Choć samo ekshibicjonizowanie już nie było tak emocjonujące, jak lata temu, kiedy go to kręciło jakoś bardziej.  

15

   Podczas zajadania kawioru, popijanego różowym szampanem, schłodzonym w wodzie z krystalicznie czystego potoku, przed Paśnikiem dla Gejów stanął jego obrońca oraz sponsor w jednej osobie: Penderyn Mamiński. 

– Najpierw dowaliła nas inflacja, później do rządów wrócili chwalcy wspólnej waluty, która przy ciśnieniu wielkiego biznesu została wprowadzona i ceny w ciągu niecałego roku poszybowały w górę drugie tyle – zaczął powitalną przemowę. – Czyli sto procent. Chleb kosztował 9 zł, teraz 20, flaszka wódki 30 zł, a teraz 80. Szampan 280, teraz… Ech… Niech nam żyją chwalcy wspólnej waluty! – dokończył prześmiewczo. 

Nagrodziłem jego przemówienie oklaskami. 

– No, wreszcie jakaś osoba homonormatywna – ucieszył się Penderyn. – Nawet nie zdaje pan sobie sprawy, ile czekania kosztowała mnie ta właśnie chwila!  

Po policzkach mężczyzny spłynęły łzy, gdy nadzwyczaj mocno ściskał mi dłoń wilgotnymi palcami. 

– Może jeszcze trufli? – zapytał z wielką troską, po czym nie czekając na moją odpowiedź wyjął z dziupli pełną ich torbę i nałożył do miseczki solidną porcję. 

– Proszę się częstować! – zachęcił. 

Musiałem w takim momencie coś powiedzieć, nakazywała to grzeczność i szacunek dla karmiciela. 

– Życie mi pan ratuje, panie… 

– Dla przyjaciół jestem Penduś – przerwał mi rozemocjonowany Mamiński. – A po posiłku może zechce pan wziąć prysznic? – spytał, mrugając okiem. Zbudowałem sanitariat, gdzie woda płynie w wydrążonych pniach drzew… 

Dzięki temu mogłem oddać się upragnionej ablucji, nieuchwytnemu marzeniu każdego  kierowcy wielkiej dalekobieżnej ciężarówki, przebywającego tygodniami w trasie. 

Jednak mimo najlepszych akcesoriów kąpielowych od Gucciego nie czułem się komfortowo.Gdzieś tam z tyłu głowy uparta myśl nie dawała spokoju: Penderyn na pewno mnie podgląda. 

16

   Netfal Piguła – wiele lat temu niespodziewanie wygrał krajowe wybory i został demokratycznie wybranym prezydentem Narodu. Jego spisany po pijaku program polityczny brzmiał: nowa beemka dla każdego obywatela.  

Nie sprostał wypełnieniu ogłoszonego programu wyborczego, bo linie produkcyjne mają swoje ograniczone moce produkcyjne, ale co się przez te pięć lat nachapał z kolegami, to było jego. Miał proste założenie: lepiej brać dla siebie i kolegów więcej mniejszych robótek (stanowisk w radach nadzorczych, spółkach skarbu Państwa) niż większych ( jak ministerstwa czy dyrektorowanie) i być wtedy wystawionym na świeczniku, który Kraj niechybnie kiedyś rozliczy. A tak było spokojnie, sympatycznie i miło. A niejako przy okazji dało się nawet wyruchać tę czy inną lokalną kobietę, bo one zawsze są łase na władzę i pójdą za władczym mężczyzną nawet do piekła. Bo one tak już mają.  

Za zarobioną u koryta forsę Netfal zakupił dużo ziemi w granicach Pyiska. Bo raz, że była akurat tania, i dwa: kiedyś skończy się dyktat Zielonych i miasto na powrót podniesie się z rujnującej go zieleni. A wtedy…. 

   Na razie trzeba było cierpliwie czekać na zmiany, które to czekanie nie było jakieś uciążliwe. Piguła wraz z kolegami spędzał ten czas balując, łowiąc rybki, wpatrując się godzinami w niebo i bzykając coraz to nowe turystki, które przybywały stadami na odludzie, gdzie mieszkali. Netfal trwał więc niejako w błogosławionym stanie nirwany, którego nic nie mogło przerwać. 

– Wodzu! – wykrzyknął leśniczy Rodzyn Lucheć na powitanie swego dawnego prezydenta. 

– Pachołku! – odpowiedział mu Piguła z właściwym sobie poczuciem humoru. – Kuwancka, cóż to cię do mnie sprowadza, mój dawny ochroniarzu? 

– Z uwielbieniem wspominam czasy, gdy byłeś wodzem Narodu… 

– Było, minęło – machnął ręką Netfal. – Nie ma co wspominać. Ale cośmy nakradli i wydupcyli to nasze. 

– Ale właśnie, że jest co wspominać! – zapalił się leśniczy. – Twój program polityczny był – jak na owe czasy  –  rewelacyjny… 

– Ale się, kurwancka, wyłożył… 

– To prawda, ale dlatego się wyłożył, że nie miał podstaw ekonomicznych.  

– He, he – zaśmiał się eks prezydent. – Wszak chodziło w tym tylko o szybki skok na kasę… – A przy okazji legitymizację, daną przez społeczeństwo. 

– Legitymizację, srację – mruknął leśniczy. – Jednak tak na serio byłem z kolegami ochroniarzami dość zdziwionym, że wtedy wygraliśmy tamte wybory. 

– Bo hasło wyborcze było genialne!  Choć nie udało się go spełnić…  

– Ale, kurwancka, co się wtedy nachapaliśmy, to nasze – odpowiedział entuzjastycznie Lucheć i wyciągnął z rękawa kurtki ciepłą flaszkę wódy. 

– O, kurwancka, a więc jest jakaś poważna sprawa do załatwienia – ściszył głos Piguła, a ręka mu zadrżała.

17

   Nie palę papierosów, a tym bardziej fajki, ale tym razem zostałem poczęstowany najbardziej aromatycznym tytoniem, jaki miałem okazję powąchać w życiu. Więc wyciągnąłem rękę po podany mi wrzosiec z gruszy i zaciągnąłem się dymem. Palenie przypomina młodość, gdy pokazywałem dorosłość kolegom i popalałem w tajemnicy przed nauczycielami w kiblu podczas przerw. Jest łącznikiem tego, co minęło i nigdy już nie wróci. 

Paląc wracam myślami do całkiem niedawnych szkolnych czasów, w których wszyscy byliśmy młodzi i szczęśliwi. Naturalnie teraz tak to wspominam, ale wtedy występowały nieprawdopodobnie uciążliwe problemy wieku młodzieńczego: czy on lub ona mnie zechce. Bo mimo zaawansowania edukacji nikt nas wtedy nie nauczył, jak przemówić do dziewczyny. A kiedy się do niej przemówi, co jej powiedzieć potem, jak ją w końcu pożegnać i jak zaprosić na przyszły raz. I wreszcie: jak jej wyznać miłość i jak dać tej miłości szansę. 

Strasznie gnębiło mnie dorastanie i poszukiwanie własnej drogi. I jeszcze ta głupia ciągła walka w imię wyimaginowanej niezależności. Oraz pragnienie jak najszybszego wydoroślenia, zupełnie niepotrzebne, jeśli patrzy się na te kwestie z punktu widzenia osoby dorosłej, czyli wiekowo nieco starszej.

   Powtórnie zaciągnąłem się dymem, a Penderyn nieśmiało położył wilgotną dłoń na moim kolanie. Kiedyś przy paleniu kręciło mi się w głowie, teraz pozostał jedynie niesmak w ustach. Obecne amatorskie uprawy tytoniu, nie pochodzącego z Wirginii, nie sięgały jakością i smakowi papierosom z dawnych czasów. Tak przynajmniej wyczytałem w internecie. Kiedyś nikicjana była mocna i strasznie druzgotała czerep. Gdzie podziały się złote czasy dla palaczy, wraz z dominującą reklamą z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych dwudziestego wieku, w których Amerykańskie kobiety doradzały innym kobietom, że szczęście w przerwie na zakupy przyniesie im jedynie zapalenie papierosa. Winston, Pall Mall, Marlboro, Philip Morris… 

– Swego czasu poślubiłem gruboudą tubylkę, zwaną przez uliczną publiczność: Kobieta-Guma – powiedział Mamiński, wpatrując się swymi oczami gdzieś poza horyzont. – Była to latorośl lokalnego mistrza cyrkowego. Przyjęła mnie pod swój dach i uszczęśliwiła, od razu pozwalając dotykać jej wszystkich skarbów. Odtąd wiodłem życie jak w Madrycie, bo z ciężko zarobionych w szoł biznesie pieniędzy rodzice panny młodej zafundowali nam apartament, wybudowany na otaczających miasto wzgórzach. 

– Żyliście w szczęściu? – spytałem. 

– Bliscy mojej wybranki kultywowali przekazywane ustnie historie ich rodziny. Przodek kobiety-gumy został zrodzony w wyniku gwałtownego przyśpieszenia wylotu płodu w jednym z kościołów, na miejscu którego obecnie miasto pobudowało miejski szalet. Ale wtedy z powodu tego wydarzenia wybuchł wielki skandal. 

– Aż tak? 

– Szybko kilkakrotnie zalężyłem ukochaną, której natura od razu doskonale podpowiedziała, jak być idealną matką. Pomiędzy kolejnymi ulicznymi występami dawała radę wycierać dzieciom obsrane tyłki i zarzygane buzie oraz skarmiać wedle tak zwanych zdrowych reguł zdrowotnościowych, by młode nie dostały szkorbutu. A ja sam miałem przy okazji ugotowane, oprane, a kilka razy w tygodniu umiejętnie spuszczoną parę z lędźwi bez namolnego proszenia, poniżania się czy czekania na okazję.  

Przypuszczałem, że nadchodząca noc może być dość homoseksualna. Czy byłem na to gotowy? 

 

C.d.n. 

Dobra Cobra

Grudzień 2024

 

Image: Freepik.com