I po wszystkim 1

Ach. Ach! Dożyliśmy jakże pięknych czasów, codziennie oglądam telewizję i aż skaczę z radości z niedowierzania. Kościół Właściwy pokonał prawie wszystkich wrogów i niewiernych w Europie. Nie było to nawet takie trudne, jak się tego na początku obawiano. 

Ludzie są dziś bardzo wygodni i same zapowiedzi dotkliwych kar więzienia sprawiły, że miliony zastraszonych katolików, protestantów, prawosławnych i niewierzących od razu przeszły na właściwą stronę. Denuncjowano największych odstępców nowej wiary, zdradzano zatwardziale praktykujących stare wyznania. Żony donosiły na mężów, mężowie na żony, a oni wszyscy na swoje dzieci, które odpłacały rodzicom pięknym za nadobne. A dziadkowie robili to nawet z nawiązką wobec rodzin, a nawet dalszych sąsiadów, bo pozostało im niewiele lat na tym łez padole i trzeba było gorączkowo zacząć myśleć o zasłużeniu na niebo.

 

   Na kontynencie liczba niewierzących spadła prawie do zera. Szczelnie zapełniono wszystkie więzienia, by później wyznaczyć jedną datę wykonania kary śmierci na odstępcach i dewiantach seksualnych. Samo wykonywanie wyroku zajęło prawie dwa miesiące nieprzerwanej rzezi dzień i noc. Niewielu z pozostałych przy życiu odesłano do reedukacyjnych obozów pracy przymusowej, dając im pół roku na zmianę zapatrywań. 

Nieco gorzej miała się sprawa z Anglią, którą od wieków zamieszkiwali dumni potomkowie kościoła narodowego. Dodatkowy atut – wyspiarskie położenie – pomagał bezbożnym w skutecznej ucieczce przez przeznaczeniem. Jednak i tam nastroje były coraz gorsze. Przeludnienie religijnymi uchodźcami wzbudzało coraz większy społeczny protest na zatłoczonych ponad miarę ulicach. Wydawało się, że rozmowy, prowadzone z królową i rządem, zbliżały kraj do ustanowienia jednolitego prawa wyznaniowego na wzór europejski. Bank Światowy przykręcił kurek pieniędzy, uszczelniono granice, w krótkim czasie wprowadzając Wielką Brytanię w okres tak  drastycznej biedy, jakiej do tej pory nie znano w historii nowoczesnego świata. 

Jednak jako Naród Anglicy nie poddali się. W dużej mierze było to niewątpliwą zasługą charyzmatycznego premiera, na wzór Winstona Churchilla, dzięki któremu przetrwali okres Drugiej Wojny Światowej i niemieckie naloty. Dziś zaczęli żyć nadzieją, że przetrwają także najazd Kościoła Właściwego. Nic bardziej mylnego!  Importowane środki do uzdatniania wody pitnej okazały się zmieszane z molekularną trucizną, działającą po okresie dwóch tygodni od jej spożycia. W ciągu zaledwie jednej doby wymarło ponad dziewięćdziesiąt osiem procent ludności, zamieszkującej Wyspy Brytyjskie. W ciągu kilku następnych dni – z powodu braku wody i paszy – w straszliwych cierpieniach zdechł ponad miliard angielskich zwierząt gospodarskich i domowych. 

 

   Cieszyła mnie postawa Ameryki Północnej, która w mig zrozumiała ogólnoświatowy trend i szybko ustanowiła prawa niedzielne, które od czasów pierwszego nieprotestanckiego prezydenta Stanów Zjednoczonych Johna Kennedy’ego przeleżały w Senacie wiele dziesięcioleci. Użyczenie przez ten kraj broni jądrowej napawało mnie dumą, gdyż było podstawą cichego rozwiązania problemu muzułmańskiego. Ocenzurowano wszystkie media, po czym użyto broni masowej zagłady, która brutalnie i szybko spustoszyła tereny, zamieszkałe przez ludność tamtego wyznania. Jednostki, którym w jakiś sposób udało się przeżyć, wytropiono i zgładzono śmiercionośnymi dronami i innymi bezzałogowymi statkami powietrznymi.  

 

   Wyznawców religii Mojżeszowej – profilaktycznie, a także ze względu na niebezpieczne skażenie jądrowe regionu – bez wyjątku przesiedlono na Antarktydę, pozwalając im jednak zachować swoją tożsamość i zasady wiary. Albowiem bano się ich Boga i nie chciano z nim zadzierać. Wszak Stary Testament przynosił wiele dowodów chwały Wszechmogącego Jahwe i dbałości o swój lud. Jedynym problem, przebywających pośród lodu Żydów, były Szabaty potrafiące trwać nawet po pół roku. 

 

   Płakałem ze szczęścia przed ekranem nad pomyślnym zwycięstwem wojny religijnej w Azji, gdzie buddyzm wywiesił białą flagę po ponad rocznych zmaganiach ze śmiercionośnymi atakami morderczego koronawirusa, na którego szczepionkami uodporniono tylko członków Kościoła Właściwego, zamieszkujących tamte tereny. 

   Wirus ten szybko przekroczył granice Australii i Oceanii, dokonując tam niejako naturalnej i niezaplanowanej selekcji chorej tkanki neo – religijnego społeczeństwa. W laboratoriach Kościoła Właściwego nie nadążano z produkcją antidotum, które i tak potrzebne było w pierwszej kolejności w Europie i Stanach Zjednoczonych. W związku z tym w ciągu kilku tygodni zmarło przeszło osiemdziesiąt procent niewiernej populacji, zamieszkującej kraj kangurów. 

   Tradycyjne pogańskie wierzenia bez wyjątku zamieniono w środkowej i południowej Afryce na liturgię jedynie słuszną, płacąc jednogłośnym podporządkowaniem Kościołowi Właściwemu za zakończeniu okresu głodu i chorób w tamtym regionie świata. 

Największą transformację przeżyły państwa Ameryki Centralnej i Południowej. We właściwym czasie nastąpiło ogólne nawrócenie całej ludności tych terenów. 

 

   Nie wiem, skąd u mnie ten ogromny entuzjazm względem nowego porządku świata. Może to dlatego, że jestem neofitą, nawróconym niewierzącym, żyjącym wcześniej bez wiary w Kościół Właściwy. A może po prostu jestem zwykłym konformistą i zamordyzm bardziej pasuje mi jako środek do utrzymania pionu? Bo charakter człowieka jest nadzwyczaj słaby. 

 

Dobra Cobra – w przypływie głosu proroczego, natchnienia i nader skomplikowanego procesu twórczego, w który zaangażowane zostały różne narzędzia elektroniczne jak i zwykłe przybory piśmienne – przedstawia dziś opowieść dramatyczną, a jednocześnie jakże bliską czasom, w których żyjemy, pt.

 

I po wszystkim 1

 

Kiedy w początkach XX wieku na Węgrzech zatrzymano Maruszkę – wykolejacza pociągów – było to wydarzenie sensacyjne i absolutnie wyjątkowe. 

 

*

   Nawet w najtragiczniejszych sytuacjach starałem się znajdować przebłyski dobra i pozytywy zaistniałej sytuacji. Albowiem grałem z życiem w zadowolenie. Poszukiwałem pozytywnych aspektów w każdej napotkanej sytuacji czy osobie. No, bo jesteśmy, niestety, podatni na wpływy, najczęściej przyjmując sposób myślenia tych, którzy nas otaczają. 

 

   Rządzi nami Kościół Właściwy? Jest spokojniej na świecie. Bez tych ciągłych ataków różnej maści ekstremistów. Karą za kradzież jest ucięcie prawej ręki? Rabunki i napady zmalały na świecie o przeszło dziewięćdziesiąt procent, a kilkunastu tysiącom złodziei te ręce dla przykładu odcięto. Nie dawano rady z wypadkami na drogach, powodowanymi przez coraz bardziej lekkomyślnych kierowców? Wprowadzone karę odcięcia prawej nogi i nagle wszyscy zaczęli jeździć tak ostrożne, że niepotrzebna już była policja drogowa. Przez ostatnie dekady trwał upadek rodziny, spowodowany rozluźnieniem sfery obyczajowej? Wprowadzono karę za cudzołóstwo: mężczyzn zaczęto karać ucięciem członka, kobietom odejmowano lewą nogę. 

Co prawda coś tam na to zaczęły kwękać organizacje, broniące praw człowieka, ale jak Jedyny Przywódca Kościoła pokazał im w telewizji faka środkowym palcem, kazał wyłapać połowę ich członków i wtrącić do więzień o wzmożonym rygorze, protesty skończyły się natychmiast, jak nożem uciął. 

 

*

   Gdy tak napawałem się piękną rzeczywistością, a w myślach radowałem niedaleką świetlaną przyszłością, zadzwonił telefon. Był to nieznany numer. Odebrałem rozmowę bez chwili wachania, sądząc, że to zapewne organizatorzy corocznych powiatowych zawodów w robieniu szpagatu. 

– Halo? – usłyszałem w słuchawce nieznany, męski głos. – Czy to pan Arkadiusz Pion? 

– Tak, to ja. 

– Nazywam się Józef Planisze – Niedomaradzki. Dzwonię z rosyjskiego wydziału Kościoła Właściwego. 

– Witam serdecznie!

– Chcielibyśmy pana wysłać na mistrzostwa świata w dubbingu, które odbędą się w Rumunii w czerwcu przyszłego roku. Czy zechciałby pan zacząć czynić do nich przygotowania, może nawet od dziś?

– Ale…

– Zakład pracy został poinformowany, że bierze pan urlop, aby z polecenia władz kościelnych wziąć udział w tej imprezie. Nie będą robić problemów, co więcej – zachowa pan na ten czas pensję i dodatek służbowy. 

– Naprawdę? Ale ja…

– Żadnych ale! – przerwał mi rozmówca. – Biorąc udział w tych zawodach wielkiej rangi międzynarodowej pokaże pan swoje oddanie Kościołowi i udowodni, że jest jego wiernym synem. Ponadto ma pan wprawę w szpagatach, więc nie widzę żadnych przeszkód na doprawdy lekkie przekwalifikowanie się. Tylko musi pan podszkolić to ich branżowe zawołanie: – Synchron albo śmierć! 

 

   Po zakończonej rozmowie aż przysiadłem z wrażenia na oparciu kanapy. Podejrzewałem, że wiedzą wszystko o każdym, a teraz dostałem na to dowód. Nie zostawią neofity w spokoju, przypomną mu odstępstwo i zaangażują do swoich interesów. Jak większość ludzi nie miałem żadnego doświadczenia z dubbingiem, ani pojęcia, jak się to robi i jak można trenować na imprezę o tak wielkiej wadze międzynarodowej. Ale klamka zapadłą, bo przecież Kościołowi Właściwemu się nie odmawia. 

 

* 

   Minęło lat, mokra jesień, lekka zima i połowa później wiosny, gdy nagle znów zadzwoniła moja komórka. 

– Nazywam się Józef Planisze – Niedomaradzki. Dzwonię z rosyjskiego oddziału Kościoła Właściwego. 

– Tak, pamiętam pana. 

– Czy moglibyśmy się spotkać? Oczywiście w dogodnym dla pana czasie i miejscu. 

– Eeee… no tak, naturalnie. Mam czas w najbliższy wtorek o godzinie…

– Jestem pod pańskim domem – przerwał mi rozmówca – proszę założyć buty i do mnie zejść. 

– A jak pana rozpoznam? 

– To ja pana rozpoznam. 

 

Istotnie, rozpoznanie tego mężczyzny przyszło mi z wielką łatwością. Zaraz przy drzwiach wejściowych stała zaparkowana długa, zagraniczna limuzyna w kolorze niebieskiego atramentu. Gdy podszedłem bliżej, drzwi się uchyliły, pokazując w całej okazałości faceta – ubranego w białą koszulę i drogą marynarkę – o oczach jak zachód słońca, o włosach jak wodospad, o nogach jak… 

– Proszę wsiadać – usłyszałem nie znoszącym sprzeciwu tonem. – Zapraszam na miłą przejażdżkę. 

 

Wyjechaliśmy w milczeniu z miasta, a ja ciągle myślałem, co może chcieć ode mnie tym razem ten nienaganny facet z bardzo dobrze zrobionym manicure. Po około czterdziestu minutach jazdy w milczeniu skręciliśmy w boczną, leśną drogę, by po następnych kilku zatrzymać się na małej, leśnej polanie. 

– Uprzejmie proszę zostawić telefon komórkowy w aucie – poprosił Niedomaradzki. 

 

*

   Gdy szliśmy pośród nabierających zieleni drzew, a lekki, ciepły wiatr pieścił nasze twarze, wsłuchiwałem się uważnie, co miał do powiedzenia mój rozmówca: 

– W filmach przyrodniczych Krystyna Czubówna nigdy nie powie, że osioł może boleśnie kopnąć w jaja, jak się zbyt blisko do niego podejdzie. Będzie w kółko opowiadała, jak się odżywia, jaki ma tryb dnia i takie tam dyrdymały. Ale nigdy nie da takiego ostrzeżenia. 

– Yhm – przytaknąłem, bo nie wiedziałem, co w tym momencie mógłbym powiedzieć. 

– I tak samo teraz nikt nawet nie przyzna, że rzeczywistość może wyglądać inaczej, niż wygląda. 

– To znaczy? 

– Nie będę owijał w przysłowiową bawełnę – powiedział Józef Planisze, zatrzymując się pośrodku małej polany. – To, co się dzieje na świecie w ostatnim czasie, woła o pomstę do nieba. Prawa jednostki zostały zdeptane, masz wierzyć w Kościół Właściwy lub ginąć. Czy tak powinno być? 

 

Nie odpowiedziałem. Może to był jakiś podstawiony urzędnik, którego zadaniem było sprawdzenie mojego oddania nowym ideałom? 

– Proszę mi powiedzieć, czy pańskie nawrócenie – zapewne zgodne z chwilą i trendami obecnie obowiązującymi – było szczere? Pytam tak, bo obaj podejrzewamy, że większość neofitów, teraźniejszych chwalców zaistniałego systemu religijnego, oddaje nieszczery hołd Jedynemu  Przywódcy Kościoła Właściwego. 

– To interesujące pytanie…

– Obaj pochodzimy z tej samej miejscowości. Słodki zauralski Jekaterynburg ze swoją piękną rzeką Iset, gdzie w krótkie, acz gorące lata, na łachach piasku wylegiwały się piękne dziewczęta, które w młodości podglądaliśmy z zapałem. Te poukrywane w lasach urokliwe, małe jeziora, gdzie zapuszczaliśmy się, marząc o przyszłości. Wie pan dobrze, że to tam – po przewrocie bolszewickim – zamordowano imperatora Mikołaja Drugiego wraz z rodziną. 

– To pan też jest stamtąd? – ucieszyłem się. 

– Nasze prababki były Polkami, rzuconymi tam przez okrutne wiatry historii. Ale w naszych sercach zawsze byliśmy Polakami, tęskniącymi za naszą dawną Ojczyzną. Nieprawdaż? 

 

Skąd on wiedział o mnie tak dużo? 

– W każdym razie – kontynuował Planisze – obecnie jest dogodny czas, aby zmienić bieg historii. Proszę posłuchać uważnie: tu jest bilet kolejowy do miejscowości Ploeszti w Rumunii, na te osławione mistrzostwa dubbingowe. Tam będą czekały nowe dokumenty i zatankowany pod korek samochód, którym – mimo zamkniętych granic – bez przeszkód dotrze pan do Paryża. 

– I dostanę paszport? – przerwałem mu, nie wierząc szczęściu, które mnie spotkało. 

– Oczywiście. Pokój hotelowy na nowe nazwisko także będzie wynajęty z wyprzedzeniem – kontynuował mój rozmówca. – Gdy już pan się nieco zorientuje w topografii miasta, zjawi się pan o drugiej w nocy pod wieżą Eiffla. Podejdzie pan do północnego filaru i zawoła: Czterdzieści i cztery, siedemdziesiąt dwa. Otworzy się tajne wejście, podąży pan długim korytarzem, pokonując wiele zakrętów. I gdy stanie pan przed solidnymi, złoconymi drzwiami – znów pan powie hasło. Tym razem będzie to zbitka liczb: Czterdzieści i cztery, siedemdziesiąt trzy. 

– Mam to wymawiać po polsku? 

– Dokładnie – ucieszył się Niedomaradzki. 

– Ale… ale w jakim celu? 

– Tam jest ukryty dla Pana… skarb. 

 

*

   Skarb! Prawie w każdej bajce znajdują jakiś skarb, w przenośni lub dosłownie. Bo czy może być piękniejsze słowo na świecie? Mieć taki garniec złota… Nie trzeba wtedy pracować, stać cię na wszystko, spędzasz dnie w najelegantszych hotelach i na najpiękniejszych plażach. I nic cię nie obchodzi. Trzydzieści pięć lat temu byłem raptem dziecięciem w kołysce, niby jeszcze nie mówiłem, a już czułem, ze jestem stworzony do rzeczy wznioślejszych, ekskluzywniejszych, genialniejszych. Do lepszego życia. Mamusia jeszcze mnie w tym przekonaniu utwierdzała, ubierając w eleganckie rajtuzki, w których dumnie zasuwałem do zakładowego przedszkola. Więc może jednak… 

 

   Nie! Czułem, jak kark mi drętwieje i pokrywa się gęsią skórką. To był jakiś bałach, przekręt czy jak to zwać. Rosja nie została dotąd pokonana przez Kościół Właściwy, leżała na zbyt dużym i rozdrobnionym etnicznie terenie. Trudno było tam mówić o jedności w dawniejszych czasach, a tym bardziej teraz. 

– Ale zdobyć skarb można tylko pod warunkiem podpalenia pokoju, w którym się pan znajdzie po sforsowaniu tych solidnych, złoconych drzwi – ciągnął Józef Planisze. 

– A nic złowrogiego nie będzie mi tam groziło? – spytałem naiwnie, chcąc wierzyć w szczere intencje mojego rozmówcy. 

– Naturalnie, że nie. Rozleje pan benzynę, na chwilę schowa się pan w tunelu, a potem… ogień wypali skrytkę i… pańskim oczom ukaże się złoto, ukryte tam jeszcze za czasów rewolucji francuskiej. Bo niedaleko miejsca, gdzie zbudowana wieża Eiffla, stała niegdyś gilotyna, gdzie ścięto króla Ludwika XVI i królową Marię Antoninę. 

– Jakaś dziwna sprawa z tymi mordami – zauważyłem. – U nas w Jekaterynburgu zgładzono rodzinę cara, a tam, gdzie mam się udać, króla i królową Francji. 

– Tylko osoba pochodząca z miasta z tak morderczymi tradycjami może się mierzyć z morderczą tradycją miasta Paryża. – uspokoił mnie Niedomaradzki, po czym rzeczowo przeszedł do zakończenia rozmowy: – Tu ma pan zapałki sztormowe, benzynę musi pan zakupić na miejscu. A oto obiecane bilety i adres, gdzie będzie oczekiwał na pana samochód, którym dojedzie pan na miejsce wyznaczonego przez Kościół zadania. 

– A te mistrzostwa dubbingowe? – spytałem na odchodne. 

– One odbywają się naprawdę, słynne wieczorne dojenie świń morskich w trakcie ich trwania to także prawda. Ale w tym wypadku to był tylko fortel, żeby zainteresować pana i przygotować na o wiele wznioślejsze cele i zadania. 

– Proszę się nie gniewać, ale czy te wszystkie hasła są aby… te, no… niezawodne? 

– Kiedy wszystko już naprawdę zawiedzie, co oczywiście jest mało prawdopodobne  – uderzy pan trzy razy w rynnę. To zawsze niezawodny reset w sytuacjach, gdy coś się zatnie w najidealniejszym z planów. 

 

Tu mówił prawdę. Reset komputera zazwyczaj zawsze przynosi wymierny wynik. 

 

*

   Józef Planisze – Niedomaradzki, czy jak tam się zwał – bo z pewnością nie było to jego prawdziwe nazwisko – odjechał, zostawiając mnie w lesie samego, lecz z „niezawodnymi”  instrukcjami. Dopiero teraz zacząłem naprawdę dygotać na całym ciele. To była jakaś jedna wielka podpucha. Ktoś chciał mojej zguby, zostałem oszukany, wzięty podstępem. I nawet nie pisnąłem! 

Coś mnie tknęło i po raz ostatni włączyłem w telefonie przeglądarkę internetową. Wpisałem: gdzie mieszka najwyższa głowa Kościoła Właściwego. Odpowiedź była wstrząsająca: Wieża Eiffla. No tak, na koniec wyjdzie, że knowam przeciwko ukochanemu Jedynemu Przywódcy religijnemu, podpalając mu siedzibę. I jak mnie złapią to zetną mi za to łeb, utopią czy uduszą – trudno powiedzieć, jaka będzie kara dla niezwykle śmiałego zamachowca. 

 

   Aby zatrzeć ślady lokalizacji zakopałem telefon w darni pod drzewem, uprzednio wyjąwszy z niego baterię, którą wyrzuciłem do płynącego opodal potoku. Nastał koniec mej egzystencji. Ktoś gdzieś stwierdził, że podda mnie testowi, którego i tak nie zdam. Albo co gorsza… jacyś rewolucjoniści z Rosji zapragnęli zmiany władzy na świecie i wybrali mnie na Lee Harveya Oswalda dzisiejszych czasów, który w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym trzecim zamordował w Dallas prezydenta USA Johna Kennedy’ego. A ten pożar wieży Eiffla… ech, marne kłamstwo, spreparowane bym tylko w nie uwierzył i podpalił siedzibę Kościoła. Jak podali hasło, to pewnie będą też pomagierzy, którzy dopilnują, bym wykonał zadanie. 

 

   Przerażony sytuacją zacząłem instynktownie biec przed siebie. Najwyraźniej nie miałem już powrotu do społeczeństwa. Ten Planisze – Niedomaradzki na pewno nie dopuści, abym wyjawił komuś tajemnicę, w którą mnie wprowadził. Będę uważnie śledzony, a gdy tylko się zawaham, lub nie pojadę do Paryża – od razu mnie zgładzą. I to będzie koniec. Coś jak polowanie drapieżnika na potulną sarenkę. Chwila ucieczki, lew skacze i przegryza gardło bezbronnemu zwierzęciu. Dokładnie tak, jak to niejednokrotnie mówiła w filmach przyrodniczych Krystyna Czubówna. 

   Biegłem przed siebie na oślep, a w głowie miałem jedną wielką pustkę. Mój świat właśnie się skończył. W dawnej Japonii to przynajmniej potrafili popełnić rytualne samobójstwo w takich sytuacjach. A co ja mogłem zrobić? Powiesić się? Nie dałbym rady tego uczynić, zbyt kochałem życie i… siebie.  

 

   Niespodziewanie wpadłem w jakąś głęboką dziurę. Z histerycznym krzykiem leciałem w ciemności na łeb, na szyję, przy akompaniamencie wściekle szumiącego mi w uszach pędu wiatru. Czy to był jakiś stary szyb kopalniany? Ale tutaj? Ze strachu cały aż zamarłem, oczekując szybkiego i bolesnego końca. Który jednak dziwnie nie następował. 

Mijały kolejne godziny, a ja spadałem ciągle w dół. Całe życie przebiegło mi przed oczami kilka razy, ale nadal żyłem. Setki pytań kłębiło mi się w głowie. I ani jednej odpowiedzi. 

 

   Czułem się dokładnie, jak w chwili, gdy wiele lat temu prąd morski porwał moją dziewczynę, nurkującą pośród wielokolorowych raf. Tamtego dnia rano powiedziała mi, że będziemy mieli dziecko. Przez następne kilka godzin nie potrafiłem sobie tego wszystkiego wyobrazić. Później już nie musiałem. 

Powróciłem do rzeczywistości, ocierając z oczy nabiegające łzy. Czyli w razie niepowodzenia całej akcji mam uderzyć trzy razy w rynnę. Co za poczucie humoru u tego Planisze – Niedomaradzkiego! Czyżby w takim wypadku kładziono na mnie kreskę? No, tak to wyglądało. Czyli kiła – mogiła, jak to mówią potocznie. Nie było wyjścia. Czy zginę w tej dziurze, czy w Paryżu – jeden wacek. 

 

Wreszcie po długim locie niespodziewanie wpadłem w jakieś krzaki, czy może raczej korzenie. 

 

*

   Dziwna, blada roślinność wyhamowała mój upadek. W czymś na kształt jaskini nie panowały jednak egipskie ciemności. Pierwsze, co usłyszałem zaraz po wylądowaniu, to dobiegający z półmroku znany radiowy przebój: Ra Ra Rasputin. Dziwne. 

Chwilę później z czerni wyłoniła się jakaś babka, poprawiając niepasującą do wilgotnego otoczenia wieczorową suknię i pytając poirytowanym głosem: 

– Wpadłeś podbierać nam cielęce parówki? 

– A… ależ gdzie, proszę pani – zaprzeczyłem. – Prawie umarłem że strachu, jak tu leciałem z siedem godzin. Już myślałem, że po mnie. 

– Kochanie, kto to? – dobiegło męskie wołanie z oddali.

– Właściwie to… zdaje się, że to sprzedawca parówek, jeśli dobrze widzę. 

– Nazywam się Arkadiusz Pion – powiedziałem nieco głośniej, by dobrze być słyszanym – i…

 

W jaskini ktoś stęknął, rozległo się przeciągłe westchnięcie, po czym w rytmie powolnego szurania z cienia wyszedł… pies. Szczerze mówiąc był to mieszaniec, by nie rzec prościej: kundel. Taki pół owczarek, ale mniejszy i bardziej zarośnięty. Nadal stałem wyprostowany, oczekując na jego pana i myśląc gorączkowo, gdzie jestem i jaka będzie reakcja na moje pojawienie się na czyimś prywatnym terenie. 

 

Ta kobieta też mi kogoś przypominała… Kogoś z młodości… ale… kurde, kogo? 

 

 

C. d. N.

 

Dobra Cobra

marzec 2020

 

Vector image by VectorStock / vectorstock