Inicjacja

 

Ojciec mój był człowiekiem na wskroś nowoczesnym, być może swoim postępowym myśleniem prześcigał nawet epokę, w której przyszło mu żyć. Gdy tylko zobaczył, że już zacząłem się masturbować – co akurat nie trudno było wyśledzić, gdyż nasienie wylewałem w całym domu, gdzie popadnie: a to w kącie, a to za otomaną, czasem w garażu czy na strychu, gdzie panowały niemal idealne warunki do onanizmu – zadzwonił gdzie trzeba i następnego dnia już jechaliśmy naszym samochodem do apetycznej wdowy Jadwigi Kaliskiej.
Po drodze ojciec wyjaśnił mi mniej więcej na czym polega stosunek mężczyzny z kobietą i że to, co zobaczę, niekoniecznie będzie widokiem budującym, choć takim mogło by się z boku wydawać.

Zaintrygowany, ale i nieco onieśmielony, z lekka drżałem przed moim pierwszym razem. Kobietę, do której się udawaliśmy, znałem z widzenia, podobnie, jak wszystkich innych mieszkańców  naszego miasteczka. Można powiedzieć, że była ładna. Miała proste nogi i zawsze wypiętą pierś o zapierającym dech kształcie, którą nader często przywoływałem na myśl, gdy tylko się samozaspokajałem. Teraz moje erotyczne wyobrażenie miało przejść w rzeczywistość.

Podziwiałem mojego ojca za to, co chciał dla mnie zrobić.

 

Dobra Cobra przedstawia dziś piękną opowieść o inicjacji pt.

 

Inicjacja

 

Maszyny mają to do siebie, że działają tym sprawniej, im mniej istnieją

 

   Zatrzymaliśmy się przed drzwiami pani Kaliskiej. Ojciec poprawił mój kołnierzyk, może trochę zbyt mocno klepnął po plecach i zapukał. Kobieta wyraźnie nas oczekiwała. Od razu otworzyła  drzwi i wciągnęła ojca siłą do mieszkania. Gdy staliśmy już w środku, wyszeptała scenicznie:

– Forsa jest?

– Tak, jak się umówiliśmy – odszeptał tatuś. – Ale dopiero po wykonaniu roboty.

 

Pani Jadwiga zdusiła w sobie niecenzuralne przekleństwo, groźnie obrzuciła ojca wzrokiem i pociągnęła mnie za sobą do drugiego pokoju, szybko zamykając za nami drzwi na klucz. Wnętrze było dość prosto urządzone. Oprócz kilku mebli na środku stało szerokie łóżko przykryte szkarłatnym kocem. Wokół unosił się dziwny, wwiercający się w mózg, kadzidlany zapach, który od tej pory kojarzony był przeze mnie z pożądaniem. 

– Myłeś się? – spytała nerwowo.

– Tak, proszę pani…

– To dobrze – przerwała. – Chodź tu do mnie… mały.

 

Duże napięcie erotyczne pomiędzy nami stało się wręcz nie do zniesienia. Czułem, że spodnie wypycha mi członek, który jak najszybciej chciałby się z nich wydostać. Wdowa posadziła mnie obok siebie i położyła moją ręką na swojej piersi. Mimowolnie zacząłem oblizywać spierzchnięte wargi.

 

Moja partnerka szybko zrzuciła bluzkę i pociągnęła mnie na siebie. Przez chwilę leżałem nieruchomo, nie wiedząc co właściwie powinienem zrobić. Z podniecenia coraz bardziej dygotałem na całym ciele. Poczułem, jak ręce kobiety rozpinają mi spodnie i łagodnie majstrują w pękatej zawartości rozporka. Pani Kaliska położyła mnie na wznak i zniżyła swoją twarz do mojego członka. Poczułem na nim ciepło ust kobiety. Wstrzymałem oddech i chwyciłem mocno jej pierś. W tym momencie natychmiastowy skurcz podbrzusza zgiął mnie niemal w pół. 

 

– Aaa! – pisnęła gwałtownie i wypadła z pokoju.

– Co się stało?  – dociekał mój ojciec

– Spuścił  mi się w usta!

– No i, kurwa, co z tego?

– Jak co z tego? – krzyczała. – Nie taka była umowa!

– To po coś brała do buzi?

– Zawsze biorę mężczyźnie przed stosunkiem! Żeby go oswoić… – histeryzowała.

– No to i teraz wzięłaś!

– Ale on mi się spuścił!

– To po coś brała?

– Bo zawsze biorę, ale mi się nie spuszczają…

– Oj, kurwa! – krzyknął ojciec. – Przecież huj nie granat, gęby nie rozerwie.

 

Podczas ich nerwowej wymiany zdań, dobiegającej z korytarza, próbowałem w jakiś sposób  zetrzeć resztki nasienia z mojej wyjściowej koszuli. Zapiąłem spodnie i w oczekiwaniu rozwiązania sporu, usiadłem na skraju łóżka.

 

– Nie taka była umowa! – upierała się kobieta.

– Miałaś mu dać zapodać, a nie zabawiać się jego ptakiem ustami!

– Ale jak tak wyszło…

– Wyszło! Kurwa!

– To zapłać mi, bo tak czy siak przecież się spuścił.

– O, nie ma mowy! Miał się nauczyć ruchać a nie spuszczać! I to jeszcze prosto do buzi!

– Płać albo wezwę…

– Nie mogę słuchać tych bredni! Kazimierz, wychodzimy!

 

Na te słowa szybko wybiegłem z sypialni pani Kaliskiej.

– Kłamca! Okłamał mnie!

– A taki huj, jak Marioli noga! – krzyknął ojciec na odchodne, zmiął jeden banknot, rzucił go na podłogę i pociągnął mnie za sobą.

 

**

– Wiesz, synu – powiedział, nie odrywając wzroku od jezdni – tak to jest, jak się zadasz z amatorką…

 

Byłem trochę zmieszany, a jednocześnie onieśmielony całą sytuacją. Spuściłem się zbyt wcześnie, ale za to pomacałem jędrne balony Kaliskiej! Fajne były! Takie ruchliwe… I leżałem na niej! 

 

***

  Bajzelmama przyglądała nam się z dobrotliwym uśmiechem. 

– Dam mu Sylwię – orzekła. – To ciepła dziewczyna, wyrozumiała i pełna cierpliwości. Ale muszą panowie chwilkę poczekać…

 

– Napij się ze mną wódki, synu – poprosił ojciec, stawiając przede mną kieliszek czystej i zakąskę. 

– Z babami tak to już jest, że nawet najprostszą sprawę potrafią skomplikować… 

 

Na początku pomyślałem, że mówi o szefowej burdelu, do którego zawitaliśmy po godzinnej jeździe samochodem. Ale nieco później, po wypiciu z ojcem pięćdziesiątki, zakrztuszeniu się i zagryzieniu ogórkiem, pomyślałem, że może jednak mówi o wdowie. Jak to dorosłe życie wydało mi się naraz tak strasznie skomplikowane!

 

*

   Pani Sylwia była piękną kobietą, całkiem podobną do dziewczyn z gazet, w których niemej obecności najczęściej się masturbowałem. Delikatnie wymówiła moje imię i lekko pociągnęła za sobą na piętro. Z zachwytem obserwowałem jej zgrabną pupę i długie nogi.

 

– Dziewczyny lubią miłe słowa – rzekła do mnie, gdy dotarliśmy do jej przytulnego ale nieco zbyt jaskrawo pomalowanego apartamentu. – Powiedz mi coś miłego, proszę.

– Ale ja…

– Umiesz, umiesz.

 

Wziąłem oddech i szybko wyrzuciłem z siebie:

– Jest pani tak piękna!

Natychmiast oblałem się rumieńcem.

 

Uśmiechnęła się i objęła mnie ciepłym, ładnie opalonym ramieniem.

– Powiem ci, co lubią dorosłe dziewczyny, takie jak ja. Lubimy, jak mężczyźni nas adorują, latają za nami, kupują kwiaty i drogie prezenty. Lubimy, jak potrafią nas zabawić, dbać o nas, chronić i zabierać na dalekie wycieczki. To wszystko dopiero przed tobą… 

 

Podziwiałem jej wypielęgnowane dłonie. Podobał mi się zapach tej dziewczyny i jej kształtne, sterczące piersi, ukryte za półprzeźroczystym peniuarem.

– Prawdziwy mężczyzna musi jednak wiedzieć, jak nas pierdolić – w tym momencie chyba przypomniała sobie z kim ma do czynienia, bo zaraz użyła sprostowania: – To jest… chciałam powiedzieć: kochać. Kobiece ciało jest dla mężczyzny świątynią, po której nie każdy z was potrafi się poruszać. Mamy strefy, które lubią być całowane i pieszczone. Dotknij moich piersi. Czy ci się podobają?

 

Co za pytanie! Ostrożnie pogładziłem jej wypukłości, czując się niczym Kopernik, który akurat wpadł na to, żeby wstrzymać Słońce, a ruszyć Ziemię. Od razu poczułem, że jestem w fazie pełnego podniecenia. Dopiero po kilku długich sekundach dotarło do mnie, że nie muszę dziś używać ręki, aby się rozładować, bo pani Sylwia zrobi to ze mną za pomocą kobiecych instrumentów miłosnych. Wreszcie będę wolny! I nauczę się kochać kobietę!

 

Położyłem głowę na jej piersiach i poczułem jakieś wewnętrzne, pierwotne wspomnienie z dnia  narodzin.

 

– A najbardziej lubimy, jak się nas sadzi od tyłu – wyszeptała pani Sylwia, zanurzając rękę w moim rozporku.

 

Struchlałem. Ojciec nic mi o tym nie wspominał!

– Tak, mały – mruczała. – Analnie.

– A… analnie?

– No, w dupę.

– Jak to? – krzyknąłem z przerażeniem.

 

Pani Sylwia uśmiechnęła się ciepło.

– Ach, ty jeszcze taki młody to i nie wiesz, co sprawia kobiecie największą rozkosz.

– Nie sądzę, żeby mój tatuś…

– A co ty, mały, wiesz o swoim tatusiu? 

 

Zatkało mnie. Jak ona mogła tak o nim powiedzieć? I czego ja właściwe nie wiedziałem o moim ojcu? Chodzi do pracy, wraca z pracy, ogląda telewizję…

– No dobrze, już dobrze – szepnęła ugodowo. – Dotknij mnie jeszcze. Proszę…

 

Złapałem ją za piersi i za pupę. W głowie mi zawirowało, skurcz zgiął mnie prawie wpół i spadłem z łóżka. Przymknąłem oczy i pozwoliłem jak najdłużej trwać rozkosznej chwili ejakulacji. Pani Sylwia uśmiechnęła się wyrozumiale. Ściągnęła majtki, położyła się obok mnie i szeroko rozłożyła nogi.

– No, a teraz zobacz moją cipkę, pragnienie wszystkich mężczyzn, i moją chlubę.

 

Patrzyłem, jak wmurowany, w pasztet, który miała tam w dole. Do tej pory myślałem, że kobieca piczka to coś ładniutkiego, cieplutkiego, malutkiego i milutkiego, a tu przed oczami miałem jakieś ohydne fałdy i zaczerwienienia. Zwymiotowałem. Z tego wszystkiego zaniemówiłem też na dobrych kilka dni i nawet dostałem zwolnienie ze szkoły.

 

– Musiała mu pani pokazać to wszystko od razu? – awanturował się ojciec. – Trzeba było dać dupy przy zgaszonym świetle a nie robić pokazu, jak na jakimś fotelu ginekologicznym!

– Czego pan się czepia? I tak by kiedyś zobaczył…

– Zobaczył czy nie zobaczył, to jego sprawa! Jak ja mu teraz to wszystko wyjaśnię? – ojcowskie krzyki docierały do toalety, w której starałem się powycierać do czysta.

 

**

– Napijmy się jeszcze, synu – poprosił ojciec na ulicy. Wyjął metalową piersiówkę, odkręcił korek i podstawił mi pod nos. Do dzisiejszego dnia nie znałem smaku wódki.  Wolałem mniej agresywne napoje. Szczytem rozpasania była dla mnie do tej pory Quick Cola, produkowana przez lokalną wytwórnię wód gazowanych. Przyznam, że od alkoholu dość mocno kręciło mi się już w głowie, ale odmówić rodzicielowi? Przecież za wszelką cenę starał się dziś zrobić ze mnie mężczyznę. 

 

Ruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Naraz ojciec wziął głęboki oddech:

–  Ja w młodości też nie wiedziałem jak ruchać, synu – wyrzucił z siebie. – Nikt mi tego nie chciał, kurde, powiedzieć. A gazet poglądowych, takich jak teraz, to wtedy nie było… – rozżalił się na dobre. – Ani tatuś, ani mamusia, ani wujowie… nie mówiąc o dziadkach – nikt mi nic nie powiedział. Rwałem włosy łonowe z tej wielkiej rozpaczy! – krzyknął, tłumiąc w sobie emocje.

– Ile się nachodziłem i nażebrałem, żeby wreszcie móc umoczyć! Ale żadna nie chciała. O tak, żebyś wiedział. Żadna! 

 

Zauważyłem, że po jego policzkach płyną łzy.

– Dopiero po latach twoja matka ulitowała się nade mną i… – sygnał radiowozu brutalnie przerwał spowiedź ojca w najciekawszym momencie.

 

Pucułowaty milicjant zaglądał do nas przez uchyloną szybę.

– Coś krzywo pan jedzie, panie kierowco.

– Krzywo? – zdziwił się ojciec.

– Proszę wysiąść i okazać dokumenty.

– Pan dmuchnie w balonik.

 

Test wypadł chyba pozytywnie, bo stróż prawa uśmiechnął się triumfalnie:

– Piliśmy – stwierdził.

– Panie władzo, a gdzie tam! – krzyknął oburzony ojciec. 

Tylko ja znałem całą prawdę.

– Co, zostawiła pana żona? Pies zdechł? A może dziadziuś zmarł po południu? Hehehe – kpił stróż prawa.

– I tak pan nie zrozumie…

– Pewnie, pewnie – uśmiechnął się milicjant. – Myśli pan, że ja nie znam tych wszystkich wykrętów kierujących pojazdami mechanicznymi? Już mnie od nich mdli normalnie! To zawsze nie wasza wina, że się napijecie i siadacie za kółkiem, stwarzając przez to realne zagrożenie dla bezpieczeństwa innych użytkowników dróg.

– Nic nie piłem – ojciec szedł w zaparte.

– Tak? To dlaczego alkomat wykazuje u pana stan nietrzeźwości?

– To niemożliwe! Chyba jest popsuty.

– Popsuty. Wie pan, to dziwne. Wczoraj nie był popsuty, a dziś się popsuł. I to akurat przy kontroli pana trzeźwości…

– Popsuty! – krzyknął ojciec wesoło.

 

Zbyt wesoło. Z coraz większym przerażeniem przysłuchiwałem się tej rozmowie. A jak go wsadzą do paki za jazdę po pijanemu? Pójdzie do więzienia!

 

Milicjant zaczerwienił się na twarzy:

– Widzę, że pan wie lepiej, co u mnie popsute, a co nie.

– Uprzejmie proszę, żeby skontrolował pan mojego syna. Zobaczy pan!

– Pan się nie zapomina i nie doradza ramieniowi sprawiedliwości, co ma robić.

– Przepraszam, nie chcę oficera obrażać ani nic. Ale proszę…

 

Zmartwiałem. To już koniec. Wsadzą mnie do pudła razem z ojcem. A tam…

 

– Istotnie – podrapał się w głowę milicjant. – Wychodzi, że pana syn też pijany.

– No widzi pan! Urządzenie jest zepsute, bo jak tak młody człowiek mógłby być pijany, podczas, gdy pilnuje go ja – własny ojciec?

 

Stróż prawa spojrzał na mnie podejrzliwie, od czego zadrżałem od stóp, przez ręce, aż do głowy.

– Ile on ma lat? 

– Jedenaście, panie władzo.

– Rzeczywiście ma dopiero jedenaście lat?

– No tak.

– Pokaż no, synu, legitymację szkolną – poprosił milicjant, schodząc nieco ze służbowego tonu.

– Rzeczywiście… – powiedział po dłuższej chwili. – No… to by wychodziło, że alkomat faktycznie  jest niesprawny.

 

Wpatrywałem się w stróża prawa z wielką uwagą, nie wierząc w to, co się dzieje przed moimi oczami

– Odjeżdżać! – zdecydował milicjant. – I nie smucić mi się tu więcej na drodze powiatowej, bo to zagraża bezpieczeństwu!

 

Na koniec pochylił się przez otwartą szybę i dodał:

– Życie trzeba brać takim, jakie ono jest w istocie, panie kierowco: wesołe i roztańczone.

 

***

   Najpiękniejszą rzeczą, która mi się w dorosłym życiu przytrafiła, był pobór do wojska. Miałem zaszczyt służyć w jednostce przy lotnisku i służbę w armii uważam za najlepszy okres mojego życia. Byliśmy młodzi, naiwni i głupi. Uwierzyłem oficerom, którzy wmawiali, że cały zgniły Zachód jest przeciwko nam. Otarłem się tam o wielki świat i o karabin Kałasznikowa. Z tamtego okresu pochodzi też mój jedyny tatuaż, wydziergany niebieskim atramentem na lewym, tym mniej mechatym, półdupku:

Silny wytrysk, mocne pchnięcie,

Da ci tylko bełt Okęcie.

 

   Unikałem kobiet, po wielkim szoku, doznanym za młodu w powiatowym burdelu. Ale po latach znalazła się baba, panna Niebyćto Rozalia, która zapragnęła zakończyć mój żywot prawiczka. Opierałem się i zapierałem, uciekałem z podstępnych randek, przez nią organizowanych. Gdy przychodziła do domu, chowałem się pod kanapą. Udawałem przed nią niegramotnego kretyna, prostaczka i próbowałem nawet uciąć sobie nogę tępą siekierą – wszystko na nic.

– Może być bez nóg, może być bez rąk, byleby nie był kaleką – powiedziała, po czym szybko dopięła swego i siłą zaciągnęła mnie do ołtarza a dopiero później na pogotowie, celem opatrzenia zranionego uda. Po fakcie z nieutulonego żalu płakałem przez tydzień, ale wszyscy myśleli, że to ze szczęścia. 

 

Gdy przestały lecieć mi łzy, przez rok sypialiśmy oddzielnie, co znosiła jako jeden z moich nielicznych kaprysów. Jednak dłużej nie była w stanie czekać na utratę dziewictwa. Presja psychiczna była zbyt wielka i już nie wyrabiała tego oczekiwania na swój pierwszy raz.. A że przy okazji potrafiła nawet nieźle gotować… 

 

Przedtem postawiłem jednak jeden zdecydowany, nie podlegający dyskusji warunek: kochać będziemy się tylko nocami, obowiązkowo przy zgaszonym świetle. Na początku trochę się dąsała, bo myślała, że to z powodu jej utycia, lecz później zaczęła nawet bardzo cenić sobie harmonię związku, który tworzyliśmy oraz zachowanie jego status quo. Z roku na rok spędzaliśmy coraz więcej wspólnego czasu w łóżku. Gdy zbliżała się do szczytu popiskiwała tak milutko, niczym mała myszka Pik, bohaterka pierwszej wypożyczonej przeze mnie ze szkolnej biblioteki książki.

 

   I wszystko byłoby naprawdę idealnie, gdyby po piętnastu latach żony coś nie podkusiło i nagle nie zapaliła światła w trakcie nocnej zabawy.

 

To był dla niej duży szok, gdy zobaczyła mnie z wielkim wibratorem w garści.

– Ach, ty chamie! Ty skurwysynu! Rżniesz mnie od piętnastu lat wibratorem? – krzyczała na całe gardło. – I do tego w kolorze zielonym? Ty świnio jedna! A ja durna myślałam przez całe życie, że z ciebie taki ogier i że masz tak fantastycznie sprawnego kutasa… – płakała, wylewając wokoło morze rzęsistych łez.

 

Podparłem się na ramieniu i patrząc jej prosto w oczy spokojnie powiedziałem:

– Ja się jakoś z wibratora wytłumaczę… Ale ciekawe, jak ty się wytłumaczysz z trójki dzieci.

 

KoNiEc

 

Dobra Cobra

wrzesień 2013

Opowiadanie taże w wersji do słuchania:

 

Vector image by VectorStock / Gaisonok