Koniec jest tuż 2

  – Ten skurwysyn, Michał Potop, wstał z grobu! – krzyczał prezydent Paweł Biedyński prosto w twarz swojego zastępcy do spraw operacyjnych. – A przecież otruliśmy kutasa na amen! Sam go dotykałem w kostnicy, był zimny, jak… trup. To niemożliwe. Dlaczego wstał? Kurwa, dlaczego wrócił zza grobu?! I po co? – mruczał pod nosem przerażony.

– Na szczęście morderca Potopa schlał się bezprzykładnie po robocie i wracając do domu upadł na śliskim chodniku, uderzając głową o lód – zwrócił uwagę doradca. – A gdy go rano znaleziono, był już sztywny. Zatem nie mamy się czego bać, bo nikt nie nakabluje.

 – Jak jeszcze Potop żył – ciągnął dalej Piotr Biedyński – to wysłał… To znaczy, przed swoją śmiercią… to jest: przed pierwszą śmiercią – poprawił się. – Więc to wtedy młody Potop zaproponował mnie, biskupowi, a także odszczepieńcom od prawdziwej, katolickiej wiary spotkanie, które miałoby polegać na wspólnym wzięciu kąpieli i wejściu do sauny – jak pisał, kurwa, – a następnie na integracyjnym posiłku. „Niech pokój zapanuje na świecie poprzez to, że lokalni przywódcy sami przez chwilę między sobą wprowadzą pokój i harmonię“. Ble ble ble. Normalnie go wtedy zdrowo pojebało! 

 

Rozdygotany prezydent czytał dalej na głos list Potopa, wyciągnięty z najniższej szuflady biurka:

„Istotnym elementem porozumienia ma być bowiem najpierw wspólne działanie…“. No zobacz, pierdoli na papierze jak potłuczony!

– Ale każdy mieszkaniec może przecież napisać do pana z wnioskami! – zaznaczył piskliwie doradca. 

– Co ten złamas tu dalej pisze? – Biedyński pochylił się nad tekstem, koncentrując się na małych literach i nie zważając na uwagi zastępcy – „… a dopiero potem pojawia się gotowość do porozumienia.“. – A taki huj po moim trupie!

 

Doradca gorączkowo kartkował swoje dokumenty:

 – Faktem jest że światowi przywódcy duchowi juz parę razy próbowali takich spotkań, jednak bez rezultatu. Wydano kasę na podróże, hotele i restauracje, jednak żadnego znaczącego zbliżenia nigdy nie zanotowano.

– No sam widzisz! – grzmiał prezydent miasta. – Jak im się nie udało, to jak by się to miało udać nam? Wyobrażasz sobie świętego biskupa, który zabawia w saunie rozmową tych wszystkich odszczepieńców wiary: protestanckich pastorków, jehowych, tych uśmiechających się w kółko buddystów i zielonych, co to niby mięsa nie tykają, jeżdżą na rowerze i zawsze wsadzają nam kij w tryby wszystkich miejskich inwestycji. Każdy widzi, kurwa, że to przecież nie wyjdzie! – zaczerwienił się na twarzy. – Ponadto ci wszyscy zaproszeni popaprańcy mogliby sprowadzić grzech śmiertelny na nasze katolickie dusze…

– No tak, właśnie miałem powiedzieć, że potem trzeba by też na nowo wyświęcać saunę, co wiązałoby się z dodatkowymi kosztami i spadkiem wizerunku pana prezydenta. 

 

Dobra Cobra przedstawia dramatyczną opowieść o podtekście historycznym, a jednak twardo osadzoną w realiach teraźniejszości, pt.

 

Koniec jest tuż 2

 

Oczami wyobraźni już się widzimy w szeregach ruchu oporu, ale większość z nas by do niego nie należała.

Ridley Scott, producent serialu o Ameryce, zajętej przez nazistów – The Man in the High Castle.

 

14

   Kapitan Lucjan Bołłejko dostał misternie rzeźbioną skrzyneczkę na opustoszałej gdyńskiej plaży, zaraz na samym początku swojej kariery lotniczej. Wręczył mu ją pewien siwy, nieznajomy staruszek, wymuszając wcześniej solenną przysięgę, że do emerytury nie waży się zajrzeć do środka. W zamian nieznajomy obiecał, że jeśli pilot dochowa tajemnicy, zostanie obdarzony szczęściem podczas całej kariery zawodowej. 

Bołłejko z ochotą przystał na te warunki. Był bowiem, podbnie jak większość jego kolegów, osobą przesądną. Zabrał skrzynkę do domu, ostrożnie oczyścił z pozostałego na niej piasku i już miał ją otworzyć, gdy pojawiła się myśl, że może warto wypróbować moc zawartego paktu. 

 

   W tamtych czasach samoloty były o wiele bardziej awaryjne, niż to ma miejsce dzisiaj. Zawód pilota niósł więc ze sobą o wiele większe ryzyko przedwczesnej śmierci. Mieszkańcy okolic Okęcia bezbłędnie potrafili wskazać, gdzie i w którym roku spadła kolejna maszyna, a aleja zbiorowych mogił na cmentarzu powązkowskim zapełniała się w dość szybkim tempie. 

– Losie! I ty, nieznajomy starcze. Uroczyście oświadczam, że nie otworzę skrzynki aż do przejścia na emeryturę, a w zamian będzie mi się szczęściło – wyrzekł Lucjan Bołłejko w ogrodzie rodziców, u których jeszcze wtedy mieszkał. Zrobił to na głos, gdyż tylko ten sposób uznawał za wiążący. 

 

I tak się stało! Nieraz ze zdziwieniem słuchał opowieści kolegów, którzy wpadali w dziury powietrzne, psuły im się silniki w locie, czy nie mogli wylądować z powodu niesprzyjających warunków atmosferycznych. Jego nie spotykały przygody z podejrzanymi pasażerami, przemytem czy po prostu najzwyczajniejszym pod słońcem pechem. Zawsze wszystko mu się udawało. 

A teraz Bołłejko wracał do kraju w swoim ostatnim locie w karierze. 

 

Mimo asysty drugiego pilota i urządzeń automatycznych nie myślał o zaśnięciu, wspominając lata, które tak szybko upłynęły. Dzieciństwo, szkoła, pierwszy lot, poznanie przyszłej żony, kobiety pięknej i uzdolnionej, urodziny ślicznych dzieci, zakup pierwszego samochodu i budowa domu.  

Czy człowiek jest w stanie dokonać w swoim życiu tylko tylu rzeczy wartych uwagi?

 

15

   Bogumił Jerzok spod oka obserwował Patrycję Rząsę, gdy ta zajadała dopiero co kupioną na jednej ze lepszych stacji benzynowych kanapkę. Taka niewinna i naiwna istota była mu potrzebna do wykonania najśmielszego z planów. 

Całe lata spędził na poszukiwaniach, prowadzonych w różnych częściach globu, zanim wreszcie odnalazł trop tajemnicy w ukraińskiej Teodozji. Tam, w położonym u podnóża masywu Tepe – Oba klasztorze mnichów z Kaffy, poznał wreszcie starodawny zapis, którego tak namiętnie poszukiwał. Od tamtego czasu wydarzenia nabrały tempa. Złożył krwawą ofiarę z własnego brata, dzięki czemu  śpowiedziane mu zostało we śnie, jak ma dalej postępować. Kilka konsultacji z czołowymi ekspertami w wąskich dziedzinach wiedzy pomogło w ustaleniu planu działania i zwerbowaniu zdecydowanych na wszystko ludzi. 

 

   Wtem do nozdrzy Bogumiła Jerzoka dotarł lekki zapaszek puszczonego bąka. Dziewczyna podchwyciła jego wzrok i zaczerwieniwszy się, spuściła oczy. 

Patrycja mimowolnie puszczała małe bączki, co było niczym szkodliwym, gdy w najbliższym otoczeniu nikt nie przebywał. Nieco gorzej bywało w towarzystwie. Może to z tej prozaicznej przyczyny nie miała dotąd żadnego poważnego kandydata na męża?

 

Naraz z grającego na stacji benzynowej radia dobiegł ją niski głos didżeja, prowadzącego Konkurs Wszystkowiedzy:

– Kto to jest, proszę państwa: myli się tylko raz. 

– Brudasy – pisnęła cichutko Patrycja, uradowana, że zna odpowiedź na zadane pytanie. 

 

16

– No właśnie! – kontynuował Paweł Biedyński. – To wiązałoby się z poważnym spadkiem popularności. Wyobrażasz sobie, ze tak wszyscy, kurwa, grzecznie siedzimy w tej jebanej saunie, pełnej drzazg, i z uśmiechami na twarzy powoli rozgarniamy rękoma parę? A co, jak któremuś z dostojnych gości mydło spadnie na podłogę i wypnie pośladek zza ręcznika, jak się po nie schyli? Albo – co gorsza – jak któremuś, dajmy na to, wacek stanie? Przecież to takie ludzkie, nie? Polityczna sprawa… Wyobrażasz sobie? Co wtedy? Jak zareagować? Położyć ręcznik na uda, czy go lepiej nie kłaść? Schylić się po mydło, czy nie? A jak gość się obrazi i sam podniesie? A jeśli kilku zaproszonych gości przypadkowo będzie gejami? Jak to sprawdzisz przed? Normalnie się nie da! A jak wtedy się zacznie – nie daj Boże – to ich przytulanie?! Jak się zbierze paru chłopów, podochoconych winkiem, to przecież wszystko jest możliwe. Co wtedy robić? – prezydent wzdrygnął się na samą myśl. – No, co?

 – Ja mam trójkę dzieci, żonę i całą kurwa rodzinę! A tu któryś miałby robić figle migle i wsadzić mi w fińskiej mgle huja w moją katolicką, wyspowiadaną, osobistą, prezydencką i czystą moralnie i religijnie dupę? Niedoczekanie, kurwa, niedoczekanie! – zasapał Biedyński. – No, i jeśli nawet, to co wtedy zrobić? Dać w mordę, czy się uśmiechnąć? Co mówi protokół? – spojrzał na doradcę, który pokornie spuścił głowę.

– Powiem ci co mówi ten jebany, dyplomatyczny, kurwa, protokół! Otóż on, kurwa, nic nie mówi w tej sprawie! – wycedził wolno prezydent. – Może tam w tej jebanej Brukseli, u Ruskich czy w innej popierdolonej Ameryce nie mają takich kłopotów. Może mają od tego specjalnych doradców, prawników albo i jeszcze kogo innego? Huj ich tam wie! Ale u nas w mieście? A jak – co gorsza – któryś z notabli miałby całkiem przypadkiem tego strasznego wirusa HIV? 

– Ja nie chcę umierać młodo! – zastępca pisnął rozpaczliwie.

– Albo – prezydent pobladł na samą myśl. – Albo, gdyby – nie daj Boże – sam biskup doznał erekcji??? 

 

Zapadło grobowe milczenie. Przerażony tą myślą przeżegnał się machinalnie przed wiszącym nad drzwiami krzyżem. Doradca kłusem podbiegł do urzędowej lodówki, wyciągnął butelkę szlachetnej wódki myśliwskiej i rozlał do kieliszków. Wypili bez zakąszania. 

 

17

   Amelia Potop w strugach deszczu nadzorowała pracę dobrze opłaconego grabarza. Dostał stosunkowo proste, a jednocześnie nietypowe zadanie: otworzyć grób jej syna. Mężczyzna upewnił się tylko, że nie będzie musiał dotykać ciała, bał się bowiem działania śmiercionośnego trupiego jadu. W jego fachu każdy doskonale wiedział, że trzeba dwudziestu lat, by trucizna straciła swą moc. 

Grabarz z wielkim trudem odsunął mokrą kamienną płytę i z niedowierzaniem zajrzał w betonowy dół, w którym nie było trumny. Spojrzał na zleceniodawczynię, którą zaczęły wstrząsać dreszcze. Widząc, że kobieta nie reaguje na jakiekolwiek zapytania, ostrożnie odsunął się na alejkę pomiędzy pomnikami, skąd mógł bezpiecznie skierować się do bramy wyjściowej. 

– Nie uwierzyłaś nam – ze smutkiem powiedziała Irma Goldfrapp. 

 

To ocuciło, zamroczoną z powodu długiego trwania w stuporze, Amelię. Czas się dla niej zatrzymał i nie miała pojęcia, ile godzin spędziła wpatrując się w pusty dół. Nie zauważyła odejścia grabarza, zajęta myślami, które gwałtownie napływały i eksplodowały w głowie. A jeśli ją okłamali i stworzyli klona, by wydrzeć od niej wielką tajemnicę dziadka? Gdzie się zatem podziało ciało jej syna? Czy zbezcześcili je, wyrzucając do jakiegoś rowu w głębokim lesie? Albo paląc je, by żaden ślad po nim nie pozostał?

Z wielką niepewnością spojrzała w twarz przybyłej:

– Ja… Ja nic więcej nie wiem. 

– Oszukałaś mnie. Nie wiem w jaki sposób, ale mnie oszukałaś – wycedziła zimno Irma Goldfrapp.

– Ty i ten twój dziadziunio jesteście wprost przesiąknięci tajemnicami. Macie to niejako we krwi. 

 

Kobiety wpatrywały się w siebie przez dłuższą chwilę.

– Nie jesteś już nam potrzebna – stwierdziła Goldfrapp, wyjmując z kieszeni eleganckiego płaszcza paralizator. 

– Powiedz tylko, gdzie znajduje się ciało mojego syna… Błagam!

 

Dwóch mężczyzn wrzuciło ciało Amelii Potop do otwartego grobu. Z zaklejonymi szerokim  plastrem ustami i rozszerzonymi z przerażenia oczami po raz ostatni patrzyła w zasnute chmurami niebo. Po chwili z głuchym łoskotem zamknęła się za nią na zawsze ciężka, kamienna płyta. 

 

18

   Gdy kapitan Lucjan Bołłejko zakończył swój ostatni lot i bezbłędnie podprowadził maszynę do rękawa, rozległy się brawa. Zaciekawiony wyszedł z kokpitu, by z wielkim zadziwieniem napotkać na pokładzie całą dyrekcję  przedsiębiorstwa. Gratulacjom, uściskom i wręczaniu kwiatów nie było końca. Na pokład zaproszono też jego rodzinę, by i ta dzieliła z nim tę szczególną chwilę. 

Wychodząc po raz ostatni z samolotu kapitan Bołłejko poczuł ogarniającą go nostalgię. Tyle lat w powietrzu i zawsze miał szczęście. Drżącą dłonią pogłaskał kadłub maszyny. Kilka łeż pociekło po jego policzku. Tyle lat… Widząc to, żona uścisnęła go z czułością. 

 

   Świętowanie przeniosło się najpierw do pomieszczeń dyrekcji, by potem – już w nieco mniejszym gronie – odwiedzić elegancką restaurację, specjalnie wynajętą na tę uroczystość. Od najlepszych potraw i alkoholi uginały się stoły. Kapitanowi wręczono dyplom pracownika trzydziestolecia, do tego dołączono sutą odprawę oraz drogi szwajcarski zegarek, z wykonanym na tę okazję okolicznościowym grawerunkiem. 

 

   Następnego dnia Bołłejko dochodził do siebie po całonocnej libacji, odpoczywając w swoim wygodnym domu na obrzeżach Warszawy. Troskliwa żona podała mu witaminę C w dużej ilości i minerały, pojąc go dodatkowo izotonikami, mlekiem i herbatą. Dzięki temu w stosunkowo krótkim czasie stanął na nogi, choć zmęczenie, spowodowane trudami wystawnej kolacji, odczuwał jeszcze do wieczora. 

 

Dopiero dwa dni potem przypomniał sobie o szkatułce. Założył kurtkę i powoli wyruszył z domu. 

 

19

– Trzeba go namierzyć i ponownie zamordować! – beznamiętnie stwierdził prezydent miasta, magister Paweł Biedyński. 

Doradca kiwnął głową na znak zgody. Wódka szumiała im w głowach, lecz miała tę wspaniałą właściwość, że idealnie rozświetlała umysły. Pozwalała odrzucić rzeczy mniej ważne od ważniejszych, zwykłe od priorytetowych. A teraz musieli coś zrobić. Na szali znalazły się bowiem losy ich wielkich dochodów ze sprzedaży pamiątek, figurek, zdjęć i plakatów kręgów w zbożu. 

 

   Prezydent miasta zapewnił sobie wyłączne prawa do dystrybucji i sprzedaży souwenirów, powiązanych z odwiedzinami Obcych. Strzegł ich za pomocą odpowiednich licencji, ścigając i karząc każdego, kto czyhał na uszczuplenie jego dochodów. Opornych i tych, którzy śmieli wejść Biedyńskiemu w paradę, spotykały groźby, podpalenia samochodów czy pobicia przez nieznanych sprawców. Winnych nigdy nie znajdowano. Mordercze kontrole urzędu skarbowego zjawiały się niespodziewanie, by niszczyć i puszczać w przysłowiowych skarpetkach każdego, kto odważył się wejść na jego działkę. 

Z mody na kręgi w zbożu miasto czerpało wielkie zyski. Tysiące poszukiwaczy pozaziemskich cywilizacji zostawiało grube miliony złotych, płacąc za noclegi, jedzenie i wszystko to, co jest potrzebne do spędzenia kilku dni w nawiedzanym przez kosmitów terenie. A turyści zagraniczni, zaszokowani tanizną w przeliczeniu na ich walutę, lekką ręką pozwalali sobie nawet na kilkakrotnie większe wydatki. 

 

– Jest jeszcze Magdusia? – wybełkotał magister Biedyński, budząc się nagle z pijackiej drzemki. – Moja sekretarka znaczy. 

– Chhhhh…yba ta…k. 

– To idź i przyślij mi ją tutaj. I to błyskiem. 

 

20

   Wypasiona fura z przyciemnianymi szybami ostrożnie podążała za Michałem Potopem, gdy ten bez celu szedł w stronę nieużytków, otaczających warszawskie lotnisko. Prezydent miasta wraz ze swoim doradcą wytężali wzrok za mężczyzną co raz znikającym za kolejnymi drzewami.

– To dobrze, że skurwysyn idzie na odludne miejsce. Tam go załatwimy bez żadnych świadków.

 

Gdy śledzony znalazł się na nieużytku, porośniętym dość mocno dzikimi sosnami, postanowili działać. Biedyński wyciągnął z przepastnego bagażnika limuzyny kotwicę, zakończoną ostrzonymi hakami i zaczął ostrożnie zbliżać się do Michała Potopa. Tamten w ogóle nie zdawał sobie sprawy z tego, że ktoś za nim szedł. 

 

Naraz gdzieś niedaleko padł strzał. Przed oczami prezydenta pociemniało, a rzeczywistość wyraźnie przystanęła. Poczuł, jakby znalazł się w zwolnionym filmie. Rozejrzał się wokoło, wypuścił z rąk ciężką kotwicę, by zaraz upaść obok niej. W chwilę później wszędzie wyłączono światło.

 

21

– Znowu ci myśliwi – mruknął kapitan Bołłejko, słysząc z oddali strzał.

 

Wyjął ze schowka, wmurowanego na terenie ogródków działkowych pracowników lotnictwa Latawiec, misternie rzeźbioną skrzyneczkę i położył ją ostrożnie na schodkach. Zadumał się przez chwilę nad własnym szczęściem i przysięgą złożoną losowi. Aż do tego dnia przez całe zawodowe życie nie miał najmniejszego nawet wypadku, kolizji czy innej niesprzyjającej okoliczności. Zawsze trafiali się też pasażerowie bez problemów i nikt nigdy nie zmarł podczas jego lotu. A teraz miał wreszcie poznać tajemnicę, którą ukrywała skrzyneczka.

Spróbował otworzyć wieko, ale dość mocno trzymało. Dzięki odpowiednim narzędziom udało się wreszcie zajrzeć do środka. Z niedowierzaniem podniósł do oczu dziwny przedmiot, którego zastosowania w tej chwili nie pojmował. Coraz bardziej zdziwiony wstał z klęczek. 

 

Po chwili dotarło do niego, że odgłos silników odrzutowych jest zdecydowanie zbyt bliski. Podniósł oczy do góry, by z przerażeniem zobaczyć duży samolot w barwach jednej z największych linii kurierskich, pikujący dokładnie na jego daczę. 

 

22

   Doradca prezydenta usłyszał strzał, by po chwili obserwować upadającego na darń pracodawcę. Skulił się przerażony, a reakcja jego kiszek była gwałtowna i jednoznaczna. Zamarł. Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Powoli otworzył drzwi auta i ostrożnie wysunął się na zewnątrz. Do pobliskich zarośli nie miał aż tak daleko. Kobieta w kaszmirowym płaszczu wyszła na polanę i opuściła pistolet. Nie zwracała uwagi na zaparkowane pod lasem auto. Skulony doradca pobiegł truchtem przed siebie. Z jego nogawek na zieloną trawę w wielkich ilościach wypływał kał. 

 

23

   Nagły wybuch gwałtownie zatrząsł ziemią. Irmę Goldfrapp przeciął na pół urwany od samolotu silnik odrzutowy. Gdzieś w oddali zapalił się las.

 

Pod nogi Michała Potopa spadł tajemniczy przedmiot. W tym samym momencie na polanie pojawił się Bogumił Jerzok z Patrycją Rząsą, trzymaną mocno pod rękę.

– Dmij! – krzyknął. – Zadmij we flet!

 

Potop ze zdziwioną miną niepewnie podniósł z ziemi stary przedmiot. 

– Dmij we flet Gilgamesza! – ponaglił go Jerzok. – Dmij ile sił w ten magiczny instrument!

Flet wydał zadziwiająco brudny, świdrujący dźwięk. Po chwili nastała cisza. Wszyscy jakby na coś czekali, jednak to coś wcale nie nadchodziło. 

– Jak to? – wykrzyknął Jerzok. – To… niemożliwe. Rozejrzał się wokoło w poszukiwaniu wyjaśnienia całej sprawy. Oto miał przy sobie dziewicę, flet wydał dźwięk, a mimo to nie wydarzyło się Odwiecznie Zapowiedziane. Dlaczego?

 

W przerażeniu spojrzał w twarz Patrycji Rząsy.

– Ty… – wydusił śmiertelnie przerażony. – Ty…

– Co ja?

– Okłamałaś mnie! W jakiś sposób mnie okłamałaś! Mimo badań i stwierdzenia dziewictwa w szwedzkim Instytucie Cnoty i Zasobów Nordyckich, nie jesteś dziewicą. Ale jak? Kto? Kiedy?

– Co: kiedy?

 

Jerzok myślał głęboko, a jego inteligentny umysł pracował ze zdwojoną siłą. Wreszcie w pewnym momencie zgarbił się i z poczuciem największej życiowej klęski wydusił:

– Luigi, prawda? Ten pomywacz ze statku. 

 

Dziewczyna spąsowiała na twarzy. 

– Tak. Byłam taka samotna tam, na statku. Ten Włoch był pierwszym, który zobaczył moje sutki – wyznała nieśmiało, nie podnosząc oczu. 

Jerzok wziął głeboki oddech.

– Tyle lat przygotowań i wyrzeczeń. A wszystko na marne przez jednego włoskiego pomocnika kucharza. Dlaczego? Dlaczego? Przecież ten koleś pewnie nawet nie zdał egzaminu gotowania w mikrofalówce. 

– Nie planowałam zdrady – wyszeptała dziewczyna. – Samo jakoś tak wyszło. 

 

Przez chwilę trwała cisza, mącona nieco oddalonymi sygnałami straży pożarnej.

– Zdradziłaś! – krzyknął Jerzok i zaczął dusić Patrycję. – Tyle zachodu na nic! Tylko przy pomocy prawdziwej dziewicy mogłem dokonać Wielkiego. A ta, jak gdyby nigdy nic, puściła się w międzyczasie z pierwszym lepszym kucharzyną. Żeby chociaż z jakimś szefem kuchni, to byłoby jeszcze zrozumiałe, bo kobietom zawsze imponują mężczyźni na stanowiskach i z władzą. Ale z takim prostym włoskim nieudacznym wypierdkiem?

– Niech…pan…mnie …puści – wycharczała dziewczyna, próbująć się wyrwać Bogumiłowi.

 

24

– Nic się pan nie zna na miłości – powiedziała Rząsa, masując obolałą szyję. 

– Taaa? Łatwo tak mówić – mruknął Jerzok. – Ja całe dorosłe życie podporządkowałem tylko jednemu celowi: zdobyciu władzy nad światem. Pamiętam, jak gdyby to było dzisiaj, gdy  znalazłem i przeczytałem starożytny traktat ze wskazówkami, jak stać się największym władcą świata. Przez pół życia szukałem tego fletu, a gdy wreszcie znalazłem i nastąpił dzień letniego przesilenia i miałem przy boku dziewicę – okazało się, że ona nie jest już dziewicą! 

 

Zapłakał.

– Po jaką jasną cholerę sprzedawałem z Cyganami metalowe patelnie po podwórkach, by  gromadzić fundusze? I po co jeździłem tym gównianym samochodem, który…

– To wcale nie jest, jak pan je nazywa – gówniane auto – gorąco zaprzeczyła Patrycja. – Mój brat je ma i zapewniam pana, że…

– A co ty wiesz o samochodach, kobieto? – przerwał jej Bogumił. – Wiesz, co to jest prestiż marki i  jakimi autami powinni podróżować dżentelmeni? Gówno tam wiesz. 

 

Po dłuższej chwili Jerzok zaczął chodzić nerwowo po polance. 

– I po co podróżowałem stopem jakimiś gównianymi ciężarówkami, gadałem z nierozgarniętymi szoferakami, którzy opowiadali mi o wiezionych na pace gównianych towarach, skoro ja ukrywałem przy sobie przemycane towary warte setki razy więcej, niż zawartość ich gównianych kontenerów. 

– A co to ma do rzeczy? – spytała Rząsa.

– Ja tam już wiem, co! – rzekł mężczyzna, nagle uświadamiając sobie, że wszyscy, spotykani przez niego ludzie, mieli jakieś ułomności. – A jaką ty masz wadę? – spytał.

– Ja?

– No przecież, że nie ja, nie? 

– Jaką wadę?

– Musisz to wiedzieć, bo jesteś już dorosła. 

 

Dziewczyna milczała, jak zaklęta. Wreszcie wydusiła z siebie:

– To nie jest powód do chluby, że się nie ma brania. Chłopcy szczypali i rwali inne koleżanki, by później miętosić je po rowach, okalających park. Bili się o nie, lizali je i robili z nimi te cielesne fikołki. Nie raz ze łzami w oczach słyszałam pojękiwania w zagajnikach podczas gorących letnich nocy. Zaciążały, wychodziły za mąż, a ja?

– Kurwa, żebym to przewidział na początku…

 

Wydawało się, że Jerzok przekroczył już pewną granicę. Nie zwracał najmniejszej uwagi na otoczenie. 

– Dlaczego w szkole, gdy na pytanie: co się wydarzyło w grudniu w tysiąc trzysta osiemdziesiątym trzecim  roku – jak odpowiedziałem, że było Boże Narodzenie i padał śnieg – dostałem dwóję? – ciągnął coraz bardziej bez sensu.

– Co? – przerażona Patrycja gwałtownie odsunęła się od niego. 

– Przez to wszystko opuściłem się też w goleniu, co jest najważniejszą czynnością w życiu każdego mężczyzny – dokończył, doszczętnie zdruzgotany. – I jak ja teraz wyglądam! – wskazał na nierówno ogolone, wklęsłe policzki. 

– Ale o co właściwie chodzi? – wtrącił nieco mechanicznie Michał Potop, chcąc nie chcąc przysłuchujący się tej całej wymianie zdań. 

 

25

Naraz z lasku wyszedł niczego nieświadomy mężczyzna, z koszykiem na grzyby.

– A pan to kto? – ryknął Jerzok.

– Ja? Ja… jestem ślusarzem – wydukał zbaraniały zbieracz runa leśnego. – I… jestem ślusarzem.

– Ślusarzem? A to nie ty czasem skręcałeś ostatnio bez włączonego kierunkowskazu? – syknął paranoicznie Bogumił i wyciągnął z kieszeni pałkę, obciągniętą skórą. – Już ja ci pokażę, ty skurwysynu ty! 

– Naprawdę jestem tylko zwykłym ślusarzem!!!

 

Gdy mężczyźni zniknęli w zielonej gęstwinie, Patrycja Rząsa popatrzyła na młodego Potopa, który milczał.

– Musi nieśmiały – pomyślała zasmucona. – Znowu nie będę miała brania… Ale może to i dobrze, bo twarz ma jakąś taką dziwnie niesymetryczną. I jakby się przypadkiem przyczepił na serio, to później trudno byłoby go wziąć i odgonić. Ciągle ten cholerny przymus dokonywania wyborów!

 

Michał Potop patrzył przed siebie niewidzącym wzrokiem. Po chwili odpadła mu lewa ręka. Wraz z nią na trawę wypadł legendarny, starożytny flet Gilgamesza. 

– Ani chybi inwalida – przeszło przez myśl Patrycji obserwującej rozpadanie się mężczyzny. Dziewczyna ostrożnie podeszła, podniosła instrument i przez chwilę przyglądała mu się uważnie.

 

– Może jakbym dokonała repasacji błony, to jednak coś by z tego wyszło? – pomyślała. – No, ale to możliwe tylko w Dubaju…  Wsadziła flet do kieszeni kurtki i odkręciwszy się na pięcie poszła w swoją stronę.

 

W lesie, od razu zauważyła powieszonego na gałęzi faceta, który był cały obsrany od pasa w dół. A obok na darni leżących dwóch facetów, przeciętych odłamkiem samolotowego skrzydła.

– Hmm, chyba wrócę do mojego fatyganta, Adriana Suchory – pomyślała. – Może nie był jakiś mądry, podniecający, elokwentny czy bogaty, ale tylko on jeden chyba na mnie troszkę leci. 

 

Zdecydowanie powinna się do niego odezwać, bo już dłuższy czas nie dawał żadnego znaku życia.

 

KoNiEc

 

DoCo

luty 2016

 

Audiobook:

 

Vector image by VectorStock / Robot