Nagląca potrzeba 1

 

– Tamto lato też było tak upalne – powiedział siedzący obok mnie facet. Odwróciłem głowę, by spojrzeć mu w oczy. Po wyrazie twarzy zazwyczaj można rozpoznać, kto gada z sensem, a kto nie. Ten człowiek był jakiś taki zrezygnowany, a jego wzrok uciekał gdzieś za horyzont, daleko poza atrakcje Dorocznego Święta Plonów. 

W ręce trzymał butelkę z piwem, którą uniósł, gdy nasz wzrok wreszcie się spotkał. 

 

– Za tych, co na morzu? – nieśmiało zaproponował toast. 

– Może być – uśmiechnąłem się. – Im szczęścia nigdy za wiele. Nasze butelki brzdęknęły jedna o drugą. W milczeniu przepiliśmy kilka łyków zimnego napoju. 

– Z miasta? – zagadnął. 

– Tak. Żona stąd pochodzi i często wpadamy tu rodzinnie. 

– A ja stąd… 

Milczałem. Facet odsunął nieco książkę, która leżała obok jego uda i rozparł się na skleconej na szybko długiej ławie, która miała ułatwiać biesiadowanie zgromadzonym na Święcie. Po dłuższej chwili wyciągnął rękę i powiedział: 

– Nazywam się Stanisław Potęga, dla znajomych Staszek. 

– Miło mi, jestem Zbigniew Toast – odwzajemniłem uścisk. – Ale wbrew nazwisku moje życie nie jest ferią niekończących się zabaw i fajerwerków. 

– Wiadomo – uśmiechnął się mężczyzna i spuścił głowę. Po chwili zaczął swoją opowieść.

– Tamtego lata o świcie poszedłem się potoknąć w jeziorze. Sezon żniwny był w pełni, więc młóciliśmy do późna w noc, posiłkując się zapalonymi reflektorami w traktorze. I z tego pośpiechu człowiek nawet nie wracał do domu na noc, tylko rzucał płachtę na snopki i tak kimał parę godzin, pozostałych do świtu. Następnego dnia zabiłem też kobietę… 

 

Dobra Cobra przedstawia opowieść ze wszech miar dramatyczną, gdzie występują wielkie mikro i makro zagrożenia, które tradycyjnie spotykają bohaterów, a ci tradycyjnie są zmuszeni za wszelką cenę je przemóc, a nawet pokonać przy użyciu wszelkich dostępnych pod ręką sił, aby przeżyć i móc dalej godnie żyć, pt. 

Nagląca potrzeba

Część 1

Biada temu, kto wyrusza i nie powraca.

Oskar Miłosz

 

   Doroczne Święto Plonów było tradycyjną, huczną imprezą, na której prezentowano   gospodarskie zwierzęta i ich umiejętności. Ale święto było także miejscem wymiany wiedzy, pokazania nowinek z województwa jak i zakomunikowania planów gminy na nadchodzący okres. Na ludycznym festynie wprowadzano na rynek nowe odmiany roślin i środki, służące do ich ochrony. A nade wszystko Święto Plonów było spędem towarzyskim, bo nie ma nic piękniejszego, niż zobaczyć na żywo znajomych z odległych zakątków gminy. 

Setki ludzi spacerowało w tę i z powrotem, trzymając w ręku nieodłączną watę cukrową czy kolorowe lody, sprzedawane wprost z ciężarówki – chłodni. Sportowa strzelnica kusiła śmiałków wygranymi, a gromady piszczących dziewcząt, popychane przez chłopców, kręciły się wokoło na karuzeli. A to wszystko odbywało się przy soczystych dźwiękach strażackiej orkiestry.  

– Zabił pan kobietę? – spytałem. 

– Tak to przynajmniej wyglądało – ni to potwierdził, ni zaprzeczył pan Staszek. – Nazywała się Zofia Ślapeta, była gminnym rachmistrzem i  węszącą wszędzie kontrolerką. Przybywała zawsze w najbardziej nieoczekiwanych momentach, a traf chciał, że poprzedniego wieczoru przyjechała na kontrolę do nas. Każdy się jej bał, bo intensywnie tropiła śladów jakiejkolwiek niegospodarności, kradzieży czy oznak zwyczajnego obijania się. Gdy przybyła, Spierdalaj już sobie poszedł do domu…

– Spierdalaj? 

– Tak nazywał się wioskowy głupek, który nie skończył żadnych szkół, ale garnął się do każdej roboty. Nie miał rodziny, nie miał też żadnych oporów, by wpadać do kogoś bez zapowiedzi. Ludzie dawali mu coś z obiadu czy kolacji, bo był sam jak palec i wiódł naprawdę marny żywot w walącej się chacie, odziedziczonej po dziadkach. 

– A skąd się wzięła ta jego ksywka? 

– Nie miał daru do wykonywania powierzonych mu prac i był dość namolny w tym łażeniu po ludziach. Więc co pewien czas go przeganiano, krzycząc: – Spierdalaj! I tak mu zostało. Latami usługiwał do mszy i nawet nosił krzyż na czele pogrzebów, ale z powodu skarg parafian proboszcz wywalił go z roboty, bo nikt nie życzył sobie widzieć nad grobem ciągle uśmiechającego się głupka. 

– A był głupkiem? 

– To nie jego wina, że coś tam mu po pijaku tatuś nie dorobił w głowie. Ale może to też po części wina Helki, która dała się napompować i urodziła dzieciaka, bo może miała jakiś feler w genach… W każdym razie Ślapeta zaglądała wtedy w każde miejsce, pilnie notując każde moje słowo. Pytała, ile procent ziarna się marnuje, czy mamy właściwe zużycie worków i sznurka i czy nie robimy przepałów paliwa. Gdy po godzinie przesłuchań żądała wpuszczenia do wnętrza młockarni, nie oponowałem. Może miała nadzieję znaleźć tam jakąś tajną dziurę, przez którą zboże wysypywało się z maszyny, a może dobrze ukrytą beczkę z kradzioną ropą? Kto ją wie, co wtedy myślała, ale wszedłem tam za nią. Było ciemno i mało miejsca, więc siedzieliśmy prawie jak przysłowiowe śledzie w beczce. Ślapeta zapaliła latarkę i coś tam próbowała węszyć, ale gdy zaczęła się kręcić i przypadkiem dotknęła się mnie tyłkiem, zareagowałem tak,  jakby na moim miejscu zareagował każdy mężczyzna. Uniosłem jej spódnicę i chwyciłem za pośladki, na co ona natychmiast zaczęła kopać i wić się, by uwolnić z pułapki zagrożone ciało. Przez pewien czas trwała taka wściekła szamotanina, ale gdy wreszcie założyłem jej ojca – od razu się uspokoiła i po pomrukach wiedziałem, że nawet jej się to spodobało. Bo mówią, że księgowy lubi grube… sumy. 

Chyba nie byłem gotowy na słuchanie aż tak intymnych wynurzeń. 

– Ta pani też nade wszystko inne uwielbiała coś mięsistego między nogami… – ciągnął pan Staszek. – Nie wiedziałem tylko, co nastąpi rankiem, bo przecież była oficjalnym urzędnikiem z gminy, czyli pośrednio jakimś moim szefem. Próbując określić ją na wzór rodzinnych koligacji to mogła być kimś w rodzaju stryja przełożonego. 

Pociągnęliśmy po łyku piwa. 

– Maszynę uruchomił mój głupi pomocnik, od niedawna pracujący na bazie jako facet od  wszystkiego. Płukałem akurat w rzece twarz z mydlin, gdy nagle usłyszałem pracującą na polu młockarnię. Rzuciłem się pędem w stronę maszyny, krzycząc: – Spierdalaj! – i z całych sił odepchnąłem cymbała, który akurat wystawiał twarz do słońca i drapał się pod pachą. 

– Ale co? – zdziwił się baran. – Włączyłem maszynę, co by ją przewiać przed robotą. 

W wielkim pośpiechu doskoczyłem do wyłącznika prądu i przesunąłem wajchę w dół. Ale było już za późno. Ze zgrozą wpatrywaliśmy się we dwóch w powoli spływającą z młockarni ciemnoczerwoną krew.

 

3 

   Akurat trwało święcenie zwierząt gospodarskich, gdy siedzący obok mnie pan Staszek  nieśpiesznie kontynuował opowieść. 

– Eugeniusz Jahyba –  który podówczas zarządzał referatem ochrony roślin w gminie Oświeca – był człowiekiem z powołania, a nie z partyjnego rozdania. Dbał o państwowy majątek, jak o swój. Kilka lat po wypadku Ślapety, jak sprawa się zabliźniła, wziął mnie na stronę i głosem nieznoszącym sprzeciwu delegował na wyprawę, objętą tajemnicą

– Tajemnicą? 

– Pojawiło się realne zagrożenie, bo wykluł się nowy szkodnik, taka nowoczesna forma mega stonki. Żarło toto wszystko, co popadło i ogołacało pola z plonów w zastraszającym tempie. Więc pan Jahyba powiedział, że może tylko taki jeden dawny specyfik by coś na to pomógł, bo nowoczesne środki ochrony roślin nie dawały rady wobec tej plagi. No, ale jego produkcję wstrzymano wystarczająco dawno temu, żeby go można go było teraz zdobyć drogą zakupu. I wobec niemocy nowoczesności wystąpiła nagląca potrzeba, żeby spróbować raz jeszcze sięgnąć po dawne zdobycze socjalizmu. 

– I co było dalej? 

– Pan Jahyba przypomniał mi tragiczny wypadek z młockarnią i zagroził, że jak pisnę choć słowo o tej akcji, na którą mnie wysyła, to ponownie skieruje sprawę do sądu, a tam nie będą się ze mną patyczkować tak, jak poprzednio. Na pożegnanie wręczył mi mapę, na której wskazał cel; dawno zapomniany magazyn, położony na krańcu gminy. 

– W dwa dni później zebrano nas w pustej hali po dawnym pegeerze. Na środku stały trzy stare wojskowe ciężarówki – z pakami szczelnie okrytymi brezentową plandeką –  a obok nich pięciu facetów, z których jednym był… Spierdalaj. 

– Ten głupek? – spytałem. 

– Zadałem to samo pytanie panu Jahybie. – Trudno jest znaleźć straceńców do tej misji, więc chłopak też musi jechać – powiedział. – Ale to, panie Staszku, zawsze jeden pomocnik więcej, bo przecież trzeba będzie załadować ten ciężki towar, a może po drodze przytrafi się jakaś guma, samochód zagrzebie się w błocie, czy nastąpi jakaś inna awaria. 

– I tak ruszyliśmy na tę wyprawę. Wyprawę, której nie zapomnę do końca życia.

 

4

   Nieoczekiwanie nadciągnęły silne deszcze. Jechaliśmy razem, powoli przekraczając coraz bardziej wezbrane rzeki i strumienie. Pięliśmy się w górę, by po kilku kilometrach zjeżdżać w dół w coraz większym błocie. Nasz region ma krajobraz iście pagórkowaty, mówili na to w szkole, że to… – pan Stanisław szukał przez chwilę odpowiedniego słowa – O, już mam: krajobraz morenowy. 

Staraliśmy się jechać wzgórzami, bo wtedy było mniejsze ryzyko ugrzęźnięcia. Wszędzie jedno wielkie bezludzie, jak na Księżycu. To kraina, w której nikt nie żyje. No, prawie nikt, bo w zagubionych przez Boga i ludzi osadach zamieszkiwały – poukrywane wśród zieleni – małe społeczności. Teraz – jeśli jeszcze nie powyjeżdżali za robotą po świecie – żyją pewnie głownie z zasiłków, bo rolnictwo w tych rejonach już wymarło i nikomu niczego nie opłaca się hodować ani uprawiać. Od tego mamy przecież Chińczyków… i sklepy. 

Po czterech dniach powolnej jazdy dojechaliśmy na miejsce. Trzeba było łopatą rozwalić solidny łańcuch na stalowych drzwiach magazynu, który – mimo upływu lat – trzymał się nadzwyczaj dobrze. Gdy weszliśmy do wnętrza, naszym oczom ukazały się stosy środka, po który przyjechaliśmy. 

– A co to był za środek? – chciałem wiedzieć. 

– Jak on się miał nazywać… zaraz, mam tu gdzieś zapisaną jego nazwę… – pan Potęga   ostrożnie odstawił butelkę na okalający plac betonowy murek i przez chwilę wpatrywał się intensywnie w niebo. – O, chyba jakoś tak: Dichlo… feny…lotrichlo…ro.… 

– To w ogóle jest coś takiego? 

 

5

   Pokazy strażackie wprawiały zebraną na Święcie Plonów publiczność w dobry nastrój. Kolejne konkurencje oglądano z zainteresowaniem, okrzykami dopingując swoich ulubieńców. 

– I co było dalej, panie Staszku? – dociekałem. 

– Po załadowaniu całego towaru zaczęliśmy się kłócić, którędy powinniśmy wracać, bo poziom wód był coraz wyższy. Czy było jechać na skróty wzdłuż rzeki, czy raczej wzgórzami, przez co droga się wydłuży, ale uniknie się zdradliwego błota. Wreszcie postanowiliśmy wracać tą samą drogą, niejako po śladach, które oczywiście dawno zmyły coraz większe ulewy. Ale musieliśmy zacząć zdrowo zasuwać, żeby jak najszybciej wyjechać z tego zdradliwego, coraz bardziej grząskiego terenu. 

   Dobrze, że nie pojechaliśmy dołem, bo tam woda już wyraźnie wylała i przebicie się tamtędy byłoby możliwe chyba dopiero za parę miesięcy. Łudziliśmy się, że zdążymy przekroczyć rzekę przed kulminacyjną falą, która już się zbliżała do mostu, a o której coraz bardziej przestrzegano w radiu. 

Gdy brnęliśmy z błocie trzeci dzień z rzędu, w nasze szeregi wkradła się zgorzel zwątpienia. Jeden z chłopaków zaczął dramatyzować, ze im dłużej będziemy się stykać się z gównem, które przewozimy, tym większe szanse, że nabawimy się jakiejś pochemicznej choroby. Do przodu pchała nas więc nie tylko wiara, że w domu czekają nas zaszczyty i nagrody, jakie przed wyjazdem obiecywał pan Jahyba. 

Powrót był jednak napiętrzony coraz większymi trudnościami. Kolejna potężna nawałnica z piorunami całkowicie posypała naszą solidarność. Każdy chciał wrócić jak najszybciej do domu. Jedni próbowali uciekać ciężarówką na pobliskie wzgórza, ale koła kręciły się w błocie i przez to posuwali się do przodu bardzo powoli. Drudzy ruszyli w dół w stronę rzeki, licząc na łut szczęścia, który pozwoli im szybko dotrzeć do mostu, nim krytycznie podniesie się poziom wody i przeprawa będzie już niemożliwa.

– Ale przecież Niemcy podczas drugiej wojny postawili wał, który miał strzec mostu i okolicznych upraw – powiedziałem. – Wiem to od rodziny. 

– Niemiec postawił wał, chcąc zabezpieczyć nowo zdobyte ziemie – przytaknął pan Potęga. – Jednak zachowywał też rozlewiska. Nasze późniejsze rządy też regulowały  rzeki, tyle, że było to robione bez pomyślunku – na ilość, a nie na jakość. I to wszystko spowodowało, że wysoka woda nie rozlewała się już w naturalnych rozlewiskach, które zagospodarowano, a szła wielką masą w nowym, prostym jak strzała korycie. I bardzo często z tego powodu wylewała, bo było jej za dużo. Jak tamtego lata…   

 

6

– Stać! – krzyknął nagle Spiedalaj. – Nie ma co za nimi jechać. 

– Dlaczego?

– W dole wszędzie stoi woda i wszystko jest już i tak nieprzejezdne. 

Byliśmy naprawdę porządnie zmęczeni, minęły przecież już trzy dni tej uciążliwej przeprawy, spędzone praktycznie bez snu. Puściłem więc gadanie chłopaka mimo uszu, próbując szybko wymyślić, którędy jechać dalej. 

– Chyba będzie lepiej, jak wrócimy do tamtego sosnowego zagajnika – zasugerował  Spierdalaj. – Jest położony na piaszczystym terenie, a w piaszczyste podłoże zawsze wsiąknie woda. 

Wyrzucałem losowi, że też musiałem na swojej drodze napotkać tego głupka. Najpierw sprawa ze Ślapetą, a teraz to. Nie miałem jednak pomysłu, którędy jechać, a argument Spiedalaja wydawał się być sensowny. Skierowałem ciężarówkę we wskazane miejsce, a  spod kół samochodu wytryskiwały coraz większe pióropusze wody.

   Nad ranem zrobiło się dość chłodno, ale nie aż tak, jak w przysłowiowej psiarni. Drżąc z zimna zajrzałem na pakę. Na szczęście nie było śladów, by brezent gdzieś przeciekał, a towar wyglądał na suchy. Przecież musieliśmy dowieźć jak najwięcej tego dawno nie używanego środka, by móc zlikwidować straszną plagę mega stonki i uratować pola naszej gminy przed nowym szkodnikiem.  

Ale gdy się trochę bardziej rozjaśniło, mogłem powiedzieć tylko jedno:

– O, kurdwa. 

Okazało się, że niechcący dotarliśmy do… Przeklętego Wzgórza. 

– Przeklętego Wzgórza? – wykrzyknąłem szczerze zdziwiony, a oszroniona butelka piwa omal nie wypadła mi z dłoni. Kilku najbliżej siedzących festynowych gapiów spojrzało na mnie z ukosa.

– To takie miejsce w ogóle istnieje? – spytałem już nieco ciszej. – Coś tam starsi ludzie niechętnie o tym gadają, ale… 

– Ono istnieje… – potwierdził pan Staszek, po czym pociągnął duży łyk coraz cieplejszego browara. – Spierdalaj od razu wpadł w histerię i krzyknął w panice: – Aaaa! Ja nie chcę umierać! – po czym rzucił się przed siebie w gęstą mgłę. 

 

7

   Mój rozmówca wziął kolejny łyk piwa i – nie zważając na rozpoczętą właśnie na scenie uroczystą przemowę wójta gminy – ciągnął przerwaną opowieść. 

– Stać! – drogę zastąpił mi młody człowiek z wyraźnymi śladami pryszczy na twarzy, świadczącymi o ciągle trwającej walce z trądzikiem młodzieńczym.  – A gdzie to pan się udaje? 

– Niejako przy okazji… to znaczy: w delegacji… przejeżdżaliśmy… to znaczy: przejeżdżałem tędy… – mieszałem się w zeznaniach. 

– Wstęp do Kobiecej Doliny jest zabroniony!  

– Kobiecej Doliny? – przerwałem panu Staszkowi. 

– Tak ją nazwał ten chłopak. Ja też w tamtym momencie nie wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć. Proszę mi wierzyć: Przeklęte Wzgórze naprawdę było ostatnim  miejscem, które chciałem kiedykolwiek odwiedzić.  

– Jestem Jacek Mamujć – przedstawił się młodzieniec. – Strażnik Kobiet w Kobiecej Dolinie. Zebrane tu kobiety odsiadują detencję za swoje przewinienia – dodał. – Każda, która choć raz poszła na bok z facetem, automatycznie staje się zagrożeniem dla ustalonego z góry odwiecznego porządku moralnego. Albowiem – jak po raz pierwszy napisano przeszło sto lat temu z okładem: Kiedy kobieta straci cnotę, nie można już na niej polegać. 

– Nigdy nie słyszałem o takim powiedzeniu. Mówiono nam, że to przeklęte wioski.  

– Kto wam tak mówił ?

– Sołtys po robocie, księża, siostry zakonne.. a raz to nawet w tej sprawie zabrał głos wiejski nauczyciel. 

– Wiejski nauczyciel? – zdziwił się Mamujć z dziwnym błyskiem w oku. 

– Ta Kobieca Dolina to dosyć nowatorski program – Strażnik Kobiet ciągnął swój wywód. – Wziął się z oddolnej potrzeby odnowy religijnej. Przewodnim tekstem jest werset z Proroków, który mówi – ni mniej, ni więcej – ostrzega nas głosem wielkiego i przenikliwego wieszcza Jezajasza. 

– A co tam jest napisane? 

– Znam te słowa na pamięć, więc bez problemu je przytoczę: Ponieważ się wzbiły w pychę córki i chodzą z wyciągniętą szyją, rzucając spojrzenia i pobrzękując  bransoletkami, zawieszonymi u zgięcia dłoni. I ponieważ ubierają cienką, seksowną bieliznę i stringi, zesłane na pokuszenie wszystkich mężczyzn mojego ludu. I ponieważ oddają się każdemu, kto tylko ma jakąś władzę lub majętności… Przeto usunie Pan ich wonności, kupowane w drogich perfumeriach, stopi ich pierścionki z błyszczącymi kamieniami i cyrkonią, spali ich prześwitujące ubiory, potarga ich misternie ułożone fryzury i zedrze sztuczne powieki oraz wysokie obcasy ich modnych butów. 

– To bardzo… religijne założenie – powiedziałem. 

– I jakże prawdziwe! – wykrzyknął Strażnik Kobiet. – Bo niewielu wie, że każda babka, która kiedykolwiek poszła na lewiznę, umiera o wiele wcześniej, niż te, które na te lewiznę nie chadzały. 

– Tak? A gdzie są teraz takie, które nie chadzają? – spytałem go, ale jakoś nie dążył do kontynuowania tematu. Zamiast tego pochwalił stosowane przez siebie rozwiązania siłowe: 

– I dlatego odganiam stąd każdego faceta, mając do dyspozycji najnowsze osiągnięcia nowoczesnej techniki: chińską pałę laserową na grube baterie R20, która dzięki pojemnym kondensatorom potrafi solidnie kopnąć prądem, jak się wdusi o ten tu przycisk. Mam także rybacki radar, wykrywający intruza nawet w najbardziej mętnej wodzie, a co za tym idzie i w największej mgle. Natura obdarzyła mnie dobrym słuchem, który mam dobry z tego powodu, że nie pijam alkoholu etylowego i że za młodu ćwiczyłem grę na pianinie, bo tak chciała mamusia. Posiadam też intuicję, brewiarz proroczy, uścisk dłoni naszej Królowej i nawet błogosławieństwo księdza dobrodzieja…  

– Przecież to jakiś jeden wielki obłęd! – przerwałem mu. 

– Dla pana może tak. A może… pan też jest cudzołożnikiem? – spytał Strażnik Kobiet, nagle truchlejąc z przerażenia.   

– Myślę, że jestem… normalny – powiedziałem. – Znaczy: cnotliwy. 

– Uff, to dobrze – ucieszył się. – Pan tu zabłądził w jakiś nieznany mi sposób… może dlatego, że jest mgła? I co raz leje deszcz? I wiatr pcha pył znad Sahary, tak, że nic nie widać.

– To tu o tej porze roku dolatuje piach aż z Afryki? 

– Eee… jak bardzo wieje z południa, to nawet dolatuje – zmieszał się Strażnik. – O dziwo nawet w czasie deszczu tu dolatuje… – dokończył ponuro. 

 

8

   Sam już nie wiedziałem, czy pan Staszek mówi prawdę, czy też może zmyśla. Ale nie powiem, jego opowiadanie mnie wciągnęło. Przeprosiłem na chwilę, wyskoczyłem za potrzebą do przewoźnego kibelka z tworzywa sztucznego i kupiłem dwa kolejne piwa, przyglądając się kątem oka finałowi loterii fantowej, odbywającemu się na głównej scenie Święta Plonów. W tym momencie zaciekawienie publiczności sięgało zenitu. Bo nie ma niczego lepszego, jak dostać coś za darmo. Choć nie wiadomo, jaki to byłby badziew, to ludzie i tak zawsze będą chcieli to dostać. Bo jest za darmoszkę. 

Pan Potęga podziękował za przyniesionego browara, upił kilka łyków, po czym kontynuował swoją coraz bardziej nieprawdopodobną opowieść.

– W tym momencie rzuciłem wzrokiem ponad ramię Strażnika, przenosząc wzrok na dziedziniec przeklętej wioski. I ujrzałem tam cud, który – jak mi się wydawało – był bliższy opisom ewangelicznym przyszłego miasta świętych, niż czemukolwiek innemu, o czym słyszałem lub widziałem do tej pory. Choć trzeba tu dodać, że w Czechach na jednej z gór otworzyli bar bez obsługi i każdy gość dobrowolnie zostawiał pieniądze za to, co zjadł lub wypił, bo na drzewie był przybity cennik. U nas by się to nigdy nie przyjęło, bo w naszym kraju okazja zawsze czyni złodzieja. 

Oto przed moimi oczami kwitł orientalny sad, pełen wschodnich owoców, każdy wolny skrawek ziemi przykrywały bujne kwiaty i soczyście zielona trawa z rolki, a w korytach – rozchodzących się od tego raju na ziemi na cztery strony świata – płynęły z bulgotem: mleko, miód, wino i…  cola. Było zupełnie tak, jak na farmie Neverland Michaela Jacksona, gdzie z fontanny przez cała dobę tryskała Pepsi. 

Z pozawieszanych na drzewach głośników dobiegały najnowsze przeboje radiowe, a wokoło tańczyły najpiękniejsze dziewczęta, jakie kiedykolwiek widziałem. 

– Czyli nie mam szans podejść tam bliżej? – spytałem, patrząc kątem oka na srogie oblicze Strażnika Kobiet.  

– E, e – pokiwał przecząco głową. – One do końca swych dni muszą siedzieć odizolowane od świata, aby ich zgubna sromota nie przeskoczyła na inne, bo…

Wtedy znienacka kopnąłem chłopaka w jaja. 

– Wohszwilze! – jęknął boleśnie, mdlejąc.

– Wochschwiltze? – zdziwiłem się, poprawiając w myślach zapis, którego użył. –  A co to znaczy:  wochschwiltze? 

– Nie Wochschwiltze, a wohschwilze… – prostował coraz słabszym głosem Strażnik Kobiet, dla którego – jak się wydawało – porządek był wartością nadrzędną. 

 

9

   Powoli ominąłem leżącego nieprzytomnie młodzieńca, po czym ostrożnie wszedłem na plac i usiadłem przy fontannie, nabierając w dłonie nieco płynącej z niej coli. Miała dużo gazu, więc musieli mieć tu gdzieś w okolicy całkiem wydajne źródło tego napoju. Wyglądało też na to, że moje przybycie nie zostało zauważone. Piękne dziewczęta nadal tańczyły w zapamiętaniu, wyginając ciała i naprężając tym samym muślinowy materiał swych drogich sukien, co uwydatniało i tak już dobrze zarysowane sterczące sutki i soczyste wzgórki. 

Na dodatek zza chmur wychynęło słońce, dodając temu – i tak już abstrakcyjnemu miejscu – jeszcze większego uroku. Ukryty za skałą, uważnie obserwowałem kąpiące się w jeziorze nagie babki.  

   Znienacka i niespodziewanie – w czasie podziwiania nieziemskich widoków – zostałem przez nie okrążony i schwytany. 

– Ja nie jestem żadnym podglądaczem! – krzyczałem w obronie. – Ani tym bardziej fetyszystą! Chyba panie nie sądzą, że przebyłem długą drogę, aby prymitywnie samozaspokajać się przy widoku waszych wspaniałych ciał. Zapewniam, że to byłaby profanacja i zajęcie niegodne mężczyzny. Jestem tu niejako przypadkowo… to znaczy: w delegacji. 

Jednak próby tłumaczenia tylko zaostrzyły sytuację, bo kobiety natychmiast się wyprężyły  i ze srogimi obliczami poprowadziły mnie w stronę tajemniczego drewnianego dworku.

 

10

   Zamknięto mnie w jakiejś komórce bez światła, ale przystawiłem ucho do ściany i mogłem wyraźnie usłyszeć każde zdanie, wypowiedziane w drugim pokoju. 

– Wielka Luello, co zrobimy z tym facetem? – spytały kobiety. 

– Łołachie ha wałych – odpowiedział niewyraźnie głos kobiecy, co mogło znaczyć chyba coś w rodzaju: – Zostawcie nas samych – bo babki natychmiast wyszły z pomieszczenia. 

Później nastąpiła długa chwila ciszy, po czym rozległo się pukanie do drzwi.

– Wełf – rzuciła Luella i do pomieszczenia posuwistym krokiem wszedł kolejny interesant. 

– Pojawił się nagle jakiś podróżny, więc zgodnie z umową wstawiałem mu ciemnotę niby o tym miejscu, że to padół zesłania i obszar przeklęty przez niebiosa – usłyszałem uniesiony głos Strażnika Kobiet. – Ale ten facio się jakoś nic nie przestraszył, a co więcej: chyba wcale nie boi się legendy o Przeklętym Wzgórzu, rozsiewanej po wsiach przy pomocy opłacanych przez nas sołtysów, księży, siostry zakonne. Przybyły oświadczył też, że nauczyciel też tak mówi, choć my go przecież wcale nie opłacamy w tej sprawie. Więc dlaczego? – zastanawiał się przez chwilę Mamujć. – No, w każdym razie już go miałem zdzielić na amen kondensatorową pałą, gdy ten – bez żadnego ostrzeżenia i zarazem podstępnie – kopnął mnie prosto w krocze. 

– Ła be łiłeło si opnął? – spytała kobieta.

Strażnik niechybnie rozumiał jej język, bo zaraz odpowiedział: 

– Oczywiście na wypadek, gdyby jednak był jednym z nas, w chwili największego upokorzeniu podałem mu nasze hasło, oczekując odzewu…  ale zamiast niego, przyjezdny zaczął się czepiać niemieckiego słownictwa. 

– Ało łeła wobić? 

– Też nie wiem, co teraz robić.

 

11

   Po chwili do pomieszczenia, w którym przebywałem, weszła babka w wieku około czterdziestu lat, z pięknie zarysowaną szyją, idealnym makijażem i w rozciętej sukni, spod której wystawała obłędna noga, widać, że godzinami ćwiczona na siłowni. Ukradkiem obciągnęła suknię, która pewnie uwięzła między jej nieco tłustymi pośladkami, po czym przemówiła: 

– E… jem łueła – powiedziała w chwilę poźniej, Po czym szybko wyjęła duży notatnik i nakreśliła ołówkiem dużymi literami: JESTEM LUELLA, NACZELNICZKA TEGO MIEJSCA.  

Popatrzyłem na jej zaciętą twarz. Dopiero wtedy zrozumiałem, że cierpiała najstraszliwszą mękę, jaka kiedykolwiek może spaść na kobietę – była niemową i w związku z tym nie mogła wyrzucać z siebie niczym nieskrępowanego potoku gadania, składającego się z wielu milionów słów dziennie. 

– Co tu się właściwie dzieje? – spytałem, przeciągając głoski po to, by być dobrze  zrozumianym przez niemowę. 

– Te kobiety są opętane Świętym ogniem – pisała cierpliwie Luella, co raz zerkając na mnie. – To zbiorowa histeria, podobna do tej, która wydarzyła się z początku szesnastego wieku w Salzburgu. Ludzie masowo wychodzili wtedy na ulicę, by tańczyć. A po całym dniu pląsania zasypiali, by następnego dnia rozpoczynać tany od nowa. 

– A co to właściwie jest ten… Święty ogień? 

– Nikt nie potrafił wytłumaczyć tego zjawiska. Kościół mówił, że to opętanie, ale przychylam się do teorii, że może to być zwykłe zatrucie zbożowym sporyszem. Przecież my same wypiekamy tu chleb i mogło się zdarzyć, że zmielona przez nas mąka była nieoddzielona od tego pasożytniczego grzyba, atakującego kłosy zbóż. 

– Zatrucie sporyszem w dwudziestym wieku? – wyraziłem zdziwienie. – W wieku wielkiego pochodu chemizacji i oprysków? 

– To może się przytrafić w każdych czasach – odpisała ołówkiem. – Kto wie, czy ojciec Pio, święta Faustyna i Joanna d’ Arc też nie byli oczadzeni tym świństwem, które wywołuje niemal boską ekstazę. Bo gdyby Joanny d’Arc nie prowadziła jakaś tajemnicza siła, to czy parłaby naprzód tak niezłomnie? 

 

12

– Czy ta pańska służbowa podróż to ściema na potrzebę omamienia tego głupola Majmujcia? – spytała Luella, pisząc na kartce. 

– Nie, to jak najbardziej realna sprawa. Wysłano nas z gminy w tajnej misji dotarcia do odległego, zapomnianego magazynu, by przywieźć stamtąd… ten… Dichlo… lotrichlo… feny……ro.…

– Narkotyk!? – wykrzyknęła nagle śmiertelnie przerażona Luella. 

To jedno słowo niespodziewanie – i w sposób co najmniej cudowny – nagle przywróciło jej mowę. 

– Ja z powrotem monologuję – krzyknęła z radości. – Nareszcie mogę znów gadać! Hurra!  – Zaczęła skakać i wesoło tańczyć. 

Zatrzymała się dopiero po dłuższej chwili.  

– Nie jestem wariatką – uprzedziła, unosząc jednocześnie palec wskazujący do góry. – Tylko znów potrafię mówić! Mówienie wróciło! Przez te lata nie zapomniałam języka w gębie! Jestem przeszczęśliwa! 

– A te tańczące babki wcale nie są zatrute jakimś Świętym ogniem, prawda?  

Umilkła. Po czym wzięła głęboki oddech:

– Karty na stół. Jest pan dilerem?

– Nie. 

– Ktoś jest panu winien pieniądze? 

– Nie. 

– To… co pana tu przyniosło?

– Jak już mówiłem jestem wysłannikiem z gminy, mam przywieźć …ten no… Dichlo… lotrichlo… Proszę chwilę poczekać, mam to gdzieś zapisane. O… tu jest: dichlorodifenylotrichloroetan. 

– A co to jest ten… dichloro… coś tam? – Luella zrobiła głupią minę.

 

13

– Co to jest ten… dichloro… coś tam? – spytałem pana Potęgę, odrywając wzrok od ceremonii otwarcia boiska szkolnego. 

– Chemiczna nazwa tego świństwa to: dichlorodifenylotrichloroetan. W języku handlowym nazywają to: azotoks. 

– Azotoks? – zbaraniałem. – Przecież to strasznie szkodliwa, zabroniona substancja. Kto wie, może nawet bardziej zjadliwa, niż azbest. W znanej czeskiej piosence Joźin z baźin wykończyli nim na śmierć bagiennego potwora. Żona jest stąd i w młodości razem z rodzicami rozsypywała to paskudztwo po ziemniaczanych krzaczkach. Rzekomo azotoks miał likwidować stonkę, ale z tego, co wiem, to działał jakoś nie za specjalnie. Za to odkładał się w organizmach ludzi, w glebie i nawet na biegunie. I być może z tego powodu moja żona Justynka jest alergiczką. 

– Może i tak jest – zgodził się pan Staszek. – Jak zwykle zdania są podzielone. Ale wtedy się go używało na potęgę, a przecież gdyby nie był skuteczny, to by się go nie sypało. 

Nie mogłem zaprzeczyć jego prostej argumentacji. 

 

C.d.nastąpi w drugiej części opowiadania. 

Dobra Cobra

Styczeń 2022

 

Vector image by VectorStock / Robot