Napisz, gdzie Włochy 1

Pacenjusz Mrych był rozdarty wewnętrznie od czasu, gdy niechcący i wielce nieoczekiwanie spłodził dziecko. Od tego momentu trudno mu było spojrzeć w twarze kolegów czy pójść na imprezę do nocnego klubu. A gdy się to tym dowiedział szef – od razu obciął mu premię i nękał go za byle co. 

Pacenjusz odnosił codzienne wrażenie, że z powodu poczęcia nie lubił go szczupły kierowca miejskiego autobusu, który zaczął zamykać mu drzwi przed samym nosem. A jeśli już łaskawie go wpuścił do środka to perfidnie przycinał mu kosztowną kurtkę. Kruchy kioskarz udawał, że już sprzedał  jego ulubiony tytuł prasowy, wysportowany inkasent perfidnie zawyżał rachunki przy odczycie licznika, w delikatesach kierownik o miękkich rysach twarzy przestał sprowadzać jego ulubione produkty, a srogi policjant drogówki w idealnie skrojonym mundurze co i rusz wlepiał mu mandat za niewinność.

 

Albowiem trzeba wiedzieć, że Pacenjusz Mrych był gejem i po zasianiu zarodka w kobiecej macicy środowisko odwróciło się odeń jak jeden mąż. I choć miał całkiem niezłą internetową statystykę – 32/178/60/17 (co oznaczało trzydzieści dwa lata, sto siedemdziesiąt osiem centymetrów wzrostu, sześćdziesiąt kilogramów wagi, a jego penis był długi na siedemnaście centymetrów) – lokalna społeczność homoseksualna natychmiast uznała go za kryptogeja. 

Na dodatek podstępna kobieta, z którą nie wiadomo dlaczego i po co wdał się w romans, skutecznie zapolowała na jego męskie zarodki, wyczuwając w nim zdrowego ojca do spłodzenia potomstwa jak i późniejszego krojenia go na dziecko. Niestety –  zamiast zagubionej koleżanki z pracy – okazała się krzykliwą suką i tą metodą skutecznie egzekwowała swoją wolę. Często napadała Pacenjusza na ulicy i zmuszała go publicznie do zapłaty zaległych alimentów na małego Kazika. Wstyd przed całym miastem murowany!

Imię, które wybrała dla syna, także nie zostało skonsultowane z ojcem, co było dalszą częścią dramatu Mrycha. Kazik, kurde! O sto razy lepsze byłoby: Gejdar. Albo chociaż Brajanek. A tak…

 

Czyż zatem mogło być gorzej?

 

Dobra Cobra przedstawia dziś romantyczną opowieść o dziwnym tytule, która w jakiś sposób mrozi krew w żyłach, w której miłość przeplata się z pożądaniem, groza z niemożliwym, występują zwierzęta i niespotykani na ulicy ludzie, a sprawiedliwość… cóż – nie istnieje. Czyli tak, jak w normalnym życiu, pt.

 

Napisz, gdzie Włochy 1

 

Nigdy nie narzekaj na gust partnerki. W końcu dzięki niemu z nią jesteś.

 

   2

   Pacenjusza Mrycha nie opuścił jedynie stary kolejarz Damian Sok – o twarzy wyciosanej przez życie jak u facetów z telewizyjnych reklam – z którym w przeszłości miał kilka przypadkowych, acz gorących zbliżeń w pokrytej smarami parowej lokomotywie. W ramionach starszego, bardziej doświadczonego mężczyzny, czuł się jak ślepiec, prowadzony jak po sznurku od spełnienia do spełnienia. I nie musiał robić niczego, a jedynie chłonąć pasję i oddanie partnera, co raz przeżywając kolejne uniesienie. Był bowiem gejem pasywnym i brał z rozkoszą i radością to, co inni mu oferowali. A Damian potrafił mu dostarczyć wrażeń za dwóch. Albo i nawet trzech. 

W porównaniu do Damiana Soka, postacie gejowskiego rysownika Touko Laaksonena – zwanego także Tom of Finland – dorastały kolejarzowi może tylko do pięt. Lub nieco wyżej, ale nie za bardzo wysoko, gdyż ex – pracownik kolei przez całe życie dbał o rozwój tężyzny fizycznej i codziennie dźwigał w pocie czoła osie wózków szynowych, drezyn jak i pojedyncze części mniejszych wagonów kolei wąskotorowej. 

 

   Tej nocy wtulony w ramiona kolejarza Pacenjusz leżał na sztucznej skórze misia, a obok w kominku, sprytnie przerobionym ze starego paleniska z lokomotywy, romantycznie trzaskały obejmowane ogniem polana. Sok własnoręcznie wybudował przytulny domek w środku lasu, by o każdej porze dnia czy nocy mieć spokój i móc robić to, na co miał tylko ochotę. Czasem w te okolice zabłądził jakiś zagubiony grzybiarz, który przy okazji chciał się połasić na ruchomości stojące pośrodku dziczy, a czasami ktoś próbował podpalić nieruchomość z czysto polskiej zazdrości, że komuś wiedzie się lepiej, lub najnormalniej chciał narobić szkód. Emerytowany kolejarz przetrącał mu wtedy ręce solidnym łomem i na kopach wypuszczał go z powrotem do lasu. Amatorzy cudzej własności zazwyczaj nie wracali, spędzając miesiące na rehabilitacji, która i tak nie przywracała im stuprocentowej sprawności w połamanych kończynach. 

 

I gdy kochankowie leżeli przytuleni przy ogniu, odpoczywając po niedawnych igraszkach cielesnych, a wokoło unosił się mdławy zapach męskiej miłości, do domu w środku lasu z mrożącym krzykiem w gardle wpadła znienacka rozczochrana baba, a zaraz za nią mały piesek rasy ratlerek. 

Na widok dwóch nagich facetów w objęciach kobieta wydała cichutki pisk i padła zemdlona na progu. Jej sukienka obnażyła dość zgrabne nogi, trochę jakby toczone z jednego kawałka bala drewnianego, odziane w strzępki rajstop, tu i ówdzie podrapane i zakrwawione. Oraz mocno wpite z otłuszczoną pupę majtki w duże czerwone grochy. Sytuacja znaczyła: można brać do woli, czyli normalnie raj i spełnienie marzeń heteryka onanisty. Ale czy także dla geja?

Ratlerek nie przestawał ujadać, gdy nadzy mężczyźni próbowali ułożyć jego trochę ważącą właścicielkę na złoconym szezlongu. 

 

3

   Kobieta ocknęła się jakąś godzinę później, szybko siadając na kanapce i trajkocząc z szybkością karabinu maszynowego:

– Jestem początkującą wegetarianką!

Po czym pośpiesznie sięgnęła po leżącą obok pękatą torebkę, wyciągnęła z niej złotą koronę i błyskawicznie założyła ją na głowę. 

 

Mężczyźni natychmiast ujrzeli w niej królową. To zdecydowanie musiała być królowa, no bo jaka normalna baba chadza na co dzień w takim nakryciu? Porównanie do Tiny Turner było w tym momencie aż nazbyt wyczuwalne. 

– Noszę ją ze względów etycznych – wyjaśniła wpatrzonym w nią mężczyznom jednym tchem. 

– Etycznych? – zdziwił się kolejarz. 

– To szeroka akcja, mająca na celu nagłośnienie świętości żeńskiej pochwy. Bo na przykład homoseksualizm to marsz ku śmierci.

 

Obaj mężczyźni niepewnie spojrzeli po sobie. Widać z powodu zemdlenia, lub wrodzonej głupoty, przybyła nie zdawała sobie sprawy, u kogo tak naprawdę gościła. 

– Przez koronę mówię społeczności, że tylko związek kobiety z mężczyzną jest odpowiedzią na dramatyczne wołania demografów. 

– Ja wbrew sobie zostałem ojcem – powiedział cicho Pacenjusz, wtulając się w partnera. 

– To też niedobrze. Bo brak ojca wpływa niekorzystnie na rozwój dziecka. Ale przynajmniej jest wzrost urodzeń, o co tak dziś zabiega rząd, więc jest to niejako mniejsze zło. 

 

Po dłuższej chwili milczenia, którą wypełniały piosenki Edmunda Fettinga, lecące z telefonu Mrycha, kolejarz wyjął z szafki na wpół opróżnioną butelkę z kolorową etykietą:

– Chlapnijmy coś dla uspokojenia. Mam tu taki jeden grecki alkohol…

Kobieta niespodziewanie dynamicznym krokiem wstała z szezlongu i władczo chwyciła wypielęgnowaną dłonią za szyjkę butelki – co jako sugestywny symbol fallicznego spełnienia zawsze wielce urzekało każdego faceta. Powąchawszy zawartość srogo zmarszczyła brwi :

– Śmierdzi jakoś… Atenami, czy coś. 

 

4

– Nie myślcie panowie, że jestem łatwą kobietą, i że upijając mnie dostaniecie się do moich skarbów! – ostrzegła, zdecydowanie grożąc palcem. 

– A nie myśli pani, że gdybyśmy chcieli się do owych skarbów dostać, to już dawno byśmy to zrobili?

– O… Naprawdę? – przybyła lekko zagryzła dolną wargę. – Zatem jeden zero dla panów! Ja muszę jednak dbać o koronę, by mi jej nikt nie ukradł. To cenny przedmiot, który jest ze złota i ma kamienie szlachetne. Pozwólcie, że się przedstawię: jestem Agata de Zorro.

– Zorro? Jak ten bohater z filmu? – zdziwił się Damian Sok.

– Jaki Zorro? – przerwał Pacenjusz. Był młodym chłopakiem i za jego młodości tego serialu już nie puszczali w telewizji. 

– Ja nazywam się Damian Sok, a to mój… kolega Pacenjusz Mrych. 

– Jakie ładne imię – ucieszyła się kobieta. – Czy też jest wiele znaczącym pseudonimem? 

– Nooo… raczej nie. Tak mam po prostu na imię – odpowiedział szczerze kolejarz. 

– Niecodzienne! Ale takie jakieś… miękkie zarazem. Ale cóż, czasem trudno pojąć intencje naszych rodziców, prawda? Ja zmieniłam nazwisko z Marchewka na de Zorro świadomie, aby moja misja była łatwiej rozpoznawalną. 

– Ma pani misję? 

– Tropię męskie występki. Mam na koncie odnalezienie poszukiwanych przez policję siedmiu wykorzystywaczy, trzynastu bawidamków, czterech kochasiów, którzy odeszli w siną dal, i jednego tęgiego rozpustnika. Wszyscy ci mężczyźni byli znani z oszukiwania kobiet, a ja ich namierzyłam w pojedynkę, spotkałam, omamiłam seksowną bielizną, skrępowałam za pomocą sznurka i oddałam w ręce wymiaru sprawiedliwości. Niestety, obecne antyfeministyczne sądownictwo nie dba o sprawiedliwość i większość z tych osobników została uniewinniona, a co gorsza – wypuszczona na wolność. Wielu z nich zapewne nadal obmacuje zapędzone w ślepy róg bezbronne ofiary, bo panie z natury są skłonne za wiele wybaczać, więc moja misja zaczyna nieco kuleć. Ale żeby nie było: nie ustaję w wysiłkach! 

– To bardzo szlachetna działalność – pochwalił Sok – ale… jeśli mogę spytać, to co panią do nas sprowadza?

 

Kobieta skierowała wzrok na kolejarza, przewiercając go na wylot. 

 

5

– Przybyłam tu, bowiem obecnie jestem na tropie największego rozpustnika w naszym kraju! 

 

Pacenjusz zerknął na swego partnera z obawą pomieszaną z podziwem. 

– Największego rozpustnika? – zaciekawił się Damian, któremu ten tytuł w normalnych okolicznościach może nawet by pochlebiał. 

– A żeby pan wiedział! Osobnik ten czatuje w zaroślach i czai się na kobiety w tym powiecie. By w odpowiednim momencie znienacka wypaść i wykorzystać bezbronną ofiarę. 

– Coś takiego! – jęknął Mrych, łapiąc partnera za palec serdeczny. – Nigdy nie słyszałem o kimś takim. 

– Bo władza skrzętnie ukrywa fakty psujące statystykę. Podobnie było kiedyś w latach siedemdziesiątych z Czarną Wołgą – podróżujący tym rosyjskim autem Niemcy porywali nasze dzieci i wysysali z nich krew. Puste korpusy małoletnich znajdywano później na poboczach dróg w różnych częściach kraju. 

– Ale po co to robili? – dociekał Pacenjusz, gdyż z powodu młodego wieku nie znał tej historii. 

– Bogaci obywatele Republiki Federalnej Niemiec, chorujący na hemofilię, potrzebowali świeżej krwi. I taka już jest ta niemiecka rasa, że zawsze w takich newralgicznych wypadkach ruszają na podboje ościennych narodów. 

– Coś podobnego! Normalnie aż się wierzyć nie chce w to, co pani mówi. 

 

Agata de Zorro wzięła głęboki oddech. 

– Zaczajam się w okolicy na tego osobnika już od przeszło dwóch tygodni i dopiero dziś miałam z nim pierwszy kontakt. To sprytna bestia i muszę panom powiedzieć, że jednocześnie bardzo ostrożna. Wywęszyła mnie i zdołał podstępnie podejść. Dobrze, że mój pies Goguś zawarczał, zwracając uwagę na grożące niebezpieczeństwo. Zaczęłam uciekać, ale bestia mnie dopadła i zaczęła tarmosić. Okazało się, że to taki wielki, włochaty osobnik, mający dużo siły. Byłam bez szans, gdy szybko rozłożył mnie na mchu i gdyby nie Goguś, który ugryzł go w miejsce czułe, niechybnie zostałabym wykorzystana, a świętość mojej pochwy zostałaby nieodwołalnie skalana przez tego potwora! 

– Brzmi to trochę jak jakiś scenariusz filmu grozy. 

– Tak bowiem jest w istocie! To horror, spełnienie i ucieleśnienie niemożliwego, które jednak wbrew oczekiwaniom istnieje.

 

W tym momencie pies nastroszył sierść i zawarczał w sposób dotąd niespotykany. Na dworze rozległo się chrapliwe wycie, a czyjeś ostre pazury przeraźliwie zaskrobały w okno. 

 

6

   Damian Sok skoczył do sieni, podważył jedną z desek i szybko wyjął ze skrytki dobrze naoliwiony karabin z czasów Drugiej Wojny Światowej. Za pasek spodni zatknął zapasowy magazynek i kopiąc w drzwi wejściowe krzyknął:

– Za mną!

 

Wypadli na zewnątrz świecąc wokoło mocnymi latarkami halogenowymi. Pierwszy podjął trop pies Goguś, ruszając ze szczekiem w ciemność, by po chwili wydać żałosny skowyt. Nie namyślając się długo kolejarz puścił w tamtym kierunku serię z automatu. Rozległo się jakieś piekielne wycie, po czym w zasięgu latarki Pacenjusza pojawiła się wielki włochaty stwór, który natychmiast chwycił go pazurami za koszulę. 

– To on! – krzyknęła Agata de Zorro. – Poznaję go! 

 

Damian wycelował broń w szamocących się, ale nie zdecydował się nacisnąć spustu, bo mógłby  ranić swego partnera. Kolejną serię puścił więc w powietrze, co na bestię podziałało w sposób nieprzewidziany. Zostawił skołowanego Mrycha i z całej siły wbił się w kolejarza. Mężczyzna z impetem wpadł do środka domu. 

Agata doskoczyła do gadziny z piskiem i wyciągniętymi do walki paznokciami, bowiem kobiety używają ich czasami w bezpośrednich konfrontacjach jako argumentu ostatecznego. Potwór zaciągnął powietrze w nozdrza i wskoczył na kobietę.

– Moja korona! – jęknęła dramatycznie de Zorro, mocno przyciśnięta przez bestię. Samo leżenie pod kimś potrafiła wytrzymać, gdyż kiedyś chodziła z facetem, który miał dużo kotów i szeptem  obiecywał jej złote góry. Któregoś wieczora wychyliła o jeden kieliszek za dużo i odpowiednio nastrojona uwierzyła w jego bajki. Położyła się wygodnie i rozchylając uda otworzyła drogę do miodu. Kochaś natychmiast na nią wskoczył, a na jego plecy zaraz powłaziły te wszystkie zwierzęta. I musiała ich wszystkich dźwigać na sobie podczas każdego kolejnego zbliżenia. 

 

Kolejarz chwycił niezawodny, stalowy łom i z całej siły uderzył w łeb nieznanego naturze bydlęcia. Korzystając z chwilowej przewagi mężczyzna pociągnął Agatę do wnętrza domu.

– Pacenjuszu! Paaacenjuszu! – zawołał głośno na swego partnera. – Wracaj! 

 

Bestia szybko otrząsnęła włochaty łeb i ruszyła w stronę domu z szeroko rozwartą paszczą. Damian niemal w ostatniej chwili z łoskotem zatrzasnął drzwi przed jej nosem. Gdy tylko opuścił rygle, w futrynę poszło potężne uderzenie, od którego aż zatrzęsło ścianami, z których posypał się biały tynk. 

– Dzwoń po policję! – krzyknął Sok, zawierając żelazne okiennice, by ratować żywych przed bestią nie z tej ziemi. 

– Moja korona, moja korona… – łkała kobieta, niezdolna do wykonania jakiegokolwiek ruchu. 

– Kurwa jego mać! – rzucił Damian z pasją w głosie,  szybko uchylił jedno z okien i wystawił lufę karabinu maszynowego na zewnątrz. Jednak nim zdążył choćby pomyśleć o oddaniu strzału wielka, włochata łapa wyrwała mu broń z ręki. Ostatnim niemal nadludzkim wysiłkiem udało mu się powtórnie zamknąć okiennicę. 

 

7

   Gdy już dobrze dniało – a stojący na parapecie plastikowy kwiatek z ogniwem słonecznym nieodmiennie wyczuł światło, przenikające przez szczelinę okiennicy i podjął trud codziennego machania pomalowanymi na zielono listkami – rozległo się pukanie do drzwi. 

– Kto tam? – spytał zaspanym głosem Damian, gdyż przez cała noc szalał z rozpaczy z powodu zaginięcia Pacenjusza. 

– Odebrałem państwa sygnał o niebezpieczeństwie jak i dramatyczne wołanie o pomoc.

 

Kolejarz ostrożnie uchylił drzwi, za którymi stał jakiś rozczochrany chłopak. 

– A nie bałeś się tak iść przez las?

– Czego tu się bać? – zaśmiał się młodzieniec. – Ptaszki się budzą, zaczyna świecić słoneczko… 

Damian siłą wciągnął przybysza do środka. 

 

– Nie wiem, czy to państwa, ale obok rozwalonego ogrodzenia znalazłem złotą koronę…

– To moja! – krzyknęła ucieszona de Zorro. – Dawaj ją, gnojku! 

– Opowiadaj, jak nas namierzyłeś? – wrócił do tematu kolejarz. 

– No więc… 

– Nie zaczyna się zdania od: więc – zaprotestowała Agata. – Nie uczyli cię, kurde, w szkole?

– No… to – zaczął chłopak, spoglądając ostrożnie na de Zorro – przeglądałem internet i nagle w sieci niespodziewanie pojawił się alert. Tak na chwilę. Byłem właśnie zalogowany jako Samotny_Jezdziec_345, choć chciałem się zarejestrować, jako Samotny_Jezdziec_344, ale ten nick był już wcześniej zajęty…

– Hmmm, to doprawdy bardzo duży dramat – mruknął kolejarz pod nosem. – Ale co było dalej?

– Więc… eee, znaczy: no… No więc prowadziłem akurat nocną obserwację stada waleni,  pływającego po Oceanie Spokojnym dla Światowego Funduszu na rzecz Przyrody – organizacji, która ratuje zwierzęta na całym świecie. Mój dyżur przypadał akurat od trzeciej do szóstej rano, ale trochę przysypiałem, co jest niedobre, bo wtedy ktoś może akurat na takiego walenia napaść, bezkarnie go złowić, odebrać mu ikrę, zedrzeć skórę, poćwiartować… 

– Fantazja cię nie opuszcza, chłopcze – przerwała mu Agata. 

– Bo to wszystko prawda! – zaperzył się młodzieniec. – Nawet nie zdaje sobie pani sprawy, z jak poważnymi zadaniami musi mierzyć się codziennie WWF! No i wtedy właśnie, dosłownie jakby znikąd, pojawiło się państwa wezwanie na switchboardzie, podłączonym do sieci. 

– Zaraz, zaraz. Ale my przecież próbowaliśmy wzywać pomoc przez komórkę. A ty mówisz, że odebrałeś je przez internet? 

– Może było włączone wi-fi? 

– Nie mam tu wifi. 

– LTE? 

– Jaki LTE, skoro tu jest środek lasu i telefony nie mają zasięgu? 

– To może jakieś inne łącza odebrały wasz sygnał 5G? 

 

– Sugerujesz, że wszyscy jesteśmy obserwowani? – zaryzykował śmiałą teorię  Damian Sok. – Jak, nie przymierzając, te walenie? 

– Doskonale zdaję sobie sprawę, że istnieją teorie spiskowe, które o tym mówią – odpowiedział bez żadnego zająknięcia chłopak. – Ale nie mają one niczego wspólnego z rzeczywistością. Nasz system w Światowym Funduszu jest skalibrowany wyłącznie do obserwacji i ochrony wymierających gatunków. 

– Skoro daje się go ustawić na śledzenie zwierząt, to przecież na pewno da się przy jego pomocy prowadzić także obserwację ludzi. 

– To niemożliwe. Byłoby to bowiem pogwałcenie podstawowego prawa do wolności jednostki. 

– Nie takie prawa już gwałcono – powiedział kolejarz. – A jak ciebie ta cała wasza organizacja sprawdza, czy jesteś na dyżurze?

– No, poprzez sieć…

– A widzisz! 

– Nic nigdy nie widzę, bo to przecież są tylko przyrodnicze działania, a nie jakieś podglądanie…

– Właśnie o tym mówię.

– To dylematy dorosłych – zakończyła temat de Zorro. – Na przykład personalizacja reklam sprawia, że ja osobiście cierpię katusze, dostając w kółko oferty od producentów coraz śmielszej bielizny erotycznej, która jest mi do niczego nie potrzebna. A na dodatek z powodu skąpości po jej noszeniu zawsze dostawałam kataru. 

 

8

   Gdy Damian Sok wyszedł do ubikacji, Agata spytała chłopaka, jak ma na imię. 

– Damian – odpowiedział Samotny_Jezdziec_345. 

– Damian? A to heca! Żeby w dobrocobrowej historii dwaj bohaterowie mieli to samo imię?! – kobieta zaniosła się śmiechem. –  A masz jakąś dziewczynę?

– Nie. 

– I nie chcesz mieć? Z tego powodu współpracujesz z ekologami?

– To nie jest takie łatwe, proszę pani, bo teraz wszystkie dziewczyny masowo się rozbierają na portalach społecznościowych i lecą na facetów z fejmem i z kasą. Na przykład Monika z naszej klasy poleciała na youtubera, który nagrywa filmiki z poradami, jak sadzić rośliny w ogrodzie. Miałem kiedyś koleżankę, którą lubiłem, ale od czasu, gdy zaczęła wypuszczać na Insta coraz bardziej roznegliżowane zdjęcia, że niby przymierza coraz to nowe ubrania, ale przy tym jakoś zawsze zapominała zakładać stanik. Wspomnienie jej sterczących spod materiału sutków, które przed sesją fotograficzną zapewne pocierała lodem, prześladuje mnie w koszmarach do dnia dzisiejszego. Dlatego próbuję znaleźć ukojenie w ekologii. 

 

– To smutne – powiedziała Agata nieco głośniej, próbując tym słowem zagłuszyć przeciągły pierd, dochodzący z ubikacji, bardzo podobny do wściekłych odgłosów, jakie wydaje rzeka Zambezi na kolejnych stopniach betonowych zapór. 

– Widzę, że pani też ma problem, bo która normalna kobieta nosi koronę? 

– Królowe noszą. 

– A pani jest królową? – spytał zafascynowany młodzieniec z ciekawością. 

– Poniekąd… Ale wracając do tematu, o którym rozmawiamy: nie czujesz się w życiu jakoś… samotny?

– Raz pani od edukacji seksualnej spytała nas na lekcji, co nam najbardziej przeszkadza podczas seksu. I jeden kolega powiedział niby w żarcie, że najbardziej to brak drugiej osoby. I to jest prawda, bo dziewczyny są teraz takie… dziwne. 

– Może głupieją z tego szczęścia, że mają w telefonach dostęp do sieci – rzucił kolejarz Sok, wychodząc szybko z miejsca odosobnienia, w którym właśnie spuścił wodę. – Bowiem kobicie do szczęścia potrzeba zainteresowania oraz czasu na przeglądanie ofert sklepów z butami. 

– A czy pan, panie Damianie, ma może jakiś problem z kobietami? – zaatakowała Agata. 

– Ależ nie, skądże! Po prostu staram się ich unikać… i tyle. 

 

W tym momencie Samotny_Jezdziec_345 inaczej spojrzał na tę parę ludzi. Bowiem do tej pory myśląc w sposób naturalistyczny sądził, że są mężem i żoną. A tak chyba nie było. Po chwili jego myśli uciekły jednak do Narady the Amazing, której wyczyny z zapartym tchem subskrybował w internecie. Ta dziewczyna potrafiła żonglować naraz dwustoma obręczami hula – hop, ustanawiając w tej dyscyplinie aż dwanaście rekordów świata Guinnessa. A na dodatek też była ekolożką. 

 

9

   Przerażony Damian Sok odważył się ostrożnie wychylić zza drzwi Porykiwanie bestii już dawno ustało, choć wokoło nadal unosiły się strzępy mgły, co nie zachęcało do dalszej eksploracji okolicy. Na szczęście słońce szybko rozpraszało wilgoć i mrok. Jak zwykle elegancki kolejarz stanął na progu domu z nagim torsem, prezentując plecy poznaczone szeroką szramą, którą kiedyś zrobiło  mu koło wagonu, przycinające skórę do szyny. Od tej pory już wiedział, że z koleją nie ma żartów, a po suto zakrapianych balangach lepiej wracać rowami, niż wzdłuż toru. 

Przypadkowo poznani tej nocy ludzie wzięli się pod ręce i pognali przez las do miasteczka. 

 

Otwarte drzwi komisariatu policji zapraszały do środka. Znudzony plutonowy siedział za biurkiem i uważnie wpatrywał się w ekranik telefoniku. Po usłyszeniu mrożącej krew w żyłach opowieści ziewnął lekko, po czym w poczuciu winy przysłonił usta. Dopiero po chwili w jego oczach pojawiło się autentyczne przerażenie. 

– Poprzedniej nocy ukradziono nam patrolowego psa – wytłumaczył zebranym niechęć do organizacji pościgu. – Taki pies słyszy więcej, niż homo-sapiens, i potrafi skoczyć na złoczyńcę w odpowiednim momencie, by obronić właściciela. 

– Ale napadła nas jakaś bestia! – krzyknął kolejarz z bezsilności. – Na dodatek porwała mojego kolegę. 

– Jak najbardziej rozumiem zaistniałą sytuację jak i jej powagę. Mamy… to jest… – zawiesił na chwilę głos – Możemy spisać zeznanie, zgłosimy zaginięcie, ale muszę państwu powiedzieć, że od pewnego czasu strach obleciał całe miasteczko, a my mamy zakaz zabierania głosu w tej sprawie. 

– A więc przyznaje pan, że coś jest na rzeczy! 

– Nie mogę dodać w tej sprawie niczego więcej. Jednak chcę poinformować o możliwości wsparcia psychologicznego, jakiego możemy udzielić jako policja, gdyż skończyłem szkółkę i wiem, że to nieodzowny element każdej sprawy. 

 

10

– A więc musimy sami wziąć sprawy w swoje ręce – powiedział Damian Sok, gdy wyszli z posterunku policji. 

– Ja mam przy sobie switchboard do wykrywania dzikich zwierząt – oznajmił Samotny_Jezdziec_345. 

– A więc ruszajmy! – dokończyła de Zorro, poprawiając koronę na głowie. 

 

Po wielu godzinach, spędzonych na tropieniu śladów, przekraczaniu kolejnych leśnych duktów, pól, ścieżek i zagajników, dotarli wreszcie do strzeżonego terenu, ogrodzonego siatką. 

– Co państwo tutaj robią? – zaskoczyła ich nagle szczupła kobieta w wieku około pięćdziesięciu lat, w okularach na nosie. Pojawiła się nie wiadomo skąd, choć zapewne przyszła od strony parkingu. – To teren prywatny. 

– Eee, szukamy kolegi, droga pani. Został… 

– Pozwolą państwo, że się przedstawię. Jestem Zinta Wilums, profesor genetyki w instytucie  hodowli zwierząt Polskiej Akademii Nauk. Jestem kierowniczką tutejszej filii wydziału Nauk Biologicznych i Rolniczych. 

– Cała przyjemność po mojej stronie. Ja jestem Damian Sok, to jest pani Agata… o obco brzmiącym nazwisku de Zorro, a to pewien młody człowiek, który współpracuje z Światowym Funduszem na rzecz Przyrody. 

– Bardzo mi miło – naukowiec nieznacznie ukłoniła głowę. – Więc twierdzą państwo, że szukają tutaj kolegi. A na jakiej podstawie, jeśli mogę wiedzieć? 

– Na podstawie śladów, droga pani. Otóż dzisiejszej nocy pewien… potwór porwał mojego kolegę. 

– A jakie ślady ma pan na myśli, jeśli mogę spytać. 

– O, tu na telefonie mam zdjęcia wykonane kilka godzin temu w okolicy mojego domu. Proszę zobaczyć te wielkie odciski płetw, czy raczej kopyt. 

 

Profesor Wilums pochyliła czoło nad małym ekranem smartfona. Istotnie, zobaczyła wyraźne odciski tajemniczych łap. Ale przecież…

– Jestem zmuszona coś państwu pokazać – powiedziała z powagą, po czym otworzyła bramę, wiodącą na teren ośrodka. – Proszę za mną. 

 

Przeszli przez zadbane podwórze i po chwili stanęli u wejścia do nowocześnie urządzonej obory. To, co zobaczyli wewnątrz sprawiło, że aż wstrzymali oddech. A Damian Sok bezwiednie opuścił rękę i bez udziału świadomości ścisnął pupę stojącej obok niego genetyczki. 

 

11

   W kącie pomieszczenia za ogrodzeniem stała nietypowych rozmiarów kura, która miała dobrze ponad dwa metry wysokości. Wyglądała tak, jakby ktoś w jakiś tajemniczy sposób powiększył to zwierzę wielokrotnie. Jednak zamiast dzioba miało głowę krowy, a zamiast pazurów – łapy zakończone wielkimi raciami. 

 

– A cóż to jest? – spytał wstrząśnięty tym widokiem Damian Sok. 

– Krzyżówka kury z krową – odpowiedziała Zinta Wilums, poprawiając okulary i robiąc dwa kroki do przodu, by strącić z pośladka rękę mężczyzny. – Misją instytutu jest bowiem wprowadzanie pod przysłowiowe strzechy postępu biologicznego i innowacji w celu poprawy jakości życia. 

– A co taka… bestia wniesie w życie normalnego człowieka? – zainteresowała się Agata de Zorro. 

– Bardzo dużo. Ten oto zwierz daje dziennie prawie dwieście litrów mleka i znosi dwa jaja o wadze około dwudziestu pięciu kilo. Na dodatek summa summarum ta krzyżówka spożywa o wiele mniej paszy, niż proporcjonalna ilość tych trzech zwierząt gospodarskich oddzielnie, co w niedalekiej przyszłości przyniesie nieoceniony wektor oszczędności. Oczywiście pod warunkiem, że rządzący nie obłożą go jakimś kolejnym idiotycznym podatkiem – dokończyła z przekąsem. 

– Niezwykłe – szepnęła Agata. 

– W istocie, droga pani – uśmiechnęła się genetyk. – Podatnika można wykorzystywać na różne wymyślne sposoby. Ale jeśli mówiąc: niezwykłe, ma pani na myśli jednak to zwierzę, to pragnę zapewnić, że ono nigdy nie opuściło terenu naszego ośrodka. Nigdy też nie zaobserwowano u niego cech agresywnych. Więc nadal nie rozumiem, w jaki sposób mógł zostać porwany państwa kolega. 

– Tropię i poluję na takie bestie! – wykrzyknęła Agata de Zorro, potrząsając złotą koroną. – Są one bowiem zagrożeniem dla istoty i porządku świata, które to cechy są odwiecznie przedstawiane pod postacią niewinności kobiecej pochwy. 

– Dość archaiczna filozofia, szczególnie w obecnych czasach, gdy jednak to humanizm kieruje ludzkimi postępkami – zauważyła Wilums zgryźliwie. 

 

Kolejarz dopiero teraz pojął grozę sytuację, w której bez udziału woli się znalazł. Oto przed chwilą ścisnął pupę kobiety, gatunku mu płciowo obcego i nielubianego. Dlaczego podświadomość kazała mu zatem wykonać taki gest w tak dramatycznym momencie, gdy pokazano im tą… kurokrowę? I co teraz będzie? Czyżby tym uczynkiem zaprzepaścił właśnie wszystkie lata zdecydowanego homoseksualizmu? I czy czeka go już tylko banicja i związana z tym samotność? 

 

12

   Wszyscy stanęli raz jeszcze pod ogrodzeniem, gdzie urywał się trop poszukiwanej bestii. Z pewną dozą wiary można było przyjąć, że koło siatki widniał jakiś nieznany ślad. Który wszakże mógł być także odciskiem opony traktora, którym przez całą zimę zwożono dla hodowanych eksperymentalnie zwierząt słomę. 

– I to urządzenie, ten cały… switchboard, pokazał wam, że – jak ją nazywacie – bestia przybyła dokładnie do tego miejsca? – spytała Zinta Wilums. 

– Tak, proszę pani – odparł ochoczo Samotny_Jezdziec_345. – Obserwuję walenie już od ponad pół roku i wiem, że mogę temu urządzeniu ufać w pełni. 

– Jak mniemam, mówiąc: walenie – ma pan na myśli zwierzęta wodne, prawda? 

– Oczywiście – zapewnił Damian, nie zauważając dwuznaczności w wypowiedzi profesor genetyki. 

– Proszę, niech pan włączy tę maszynę raz jeszcze, a my przejdźmy do środka. Być może razem odkryjemy, gdzie poszła dalej owa bestia. 

Urządzenie niemal od razu wskazało na zabudowania z tyłu, a po chwili zielona lampka potwierdziła słuszność obranego kierunku. Wilums, jako agnostyczka, bez obawy kroczyła przodem, a zaraz za jej plecami wiernie podążał młody Damian. 

 

Gdy weszli do szopy z sianem kobieta sięgnęła po dużą latarkę i omiotła wokoło promieniem jasnego światła. 

– Na górze – szepnął chłopak, po czym ostrożnie weszli na prowadzącą pod drewniany dach drabinę. 

 

Gdy się tam znaleźli z przerażeniem w oczach zobaczyli leżącego w kącie na wpół wyliniałego potwora. Agata de Zorro pisnęła cichutko, po czym upadła zemdlona. A jej korona potoczyła się po deskach z wyraźnym odgłosem, jaki daje tombak. 

Z wyrazem wielkiego zaskoczenia Zinta Wilums spoglądała na włochate ciało, jakże podobne do ciał bestii z pierwszych niemych filmów grozy. Ale to było przecież niemożliwe, by w dwudziestym pierwszym wieku żyły takie osobniki. Minęła dłuższa chwila, po upływie której genetyk znów poczuła na pupie twardą rękę Damiana Soka.

 

13

– Wilkołak – szepnęła Agata de Zorro, ocknąwszy się z omdlenia. 

– A gdzie tam, proszę pani – zaprotestowała Zinta Wilums. – Nie ma czegoś takiego, jak wilkołaki, przyroda temu zaprzecza. To tylko masowa kultura miesza ludziom w głowach… – nie dokończyła wypowiedzi, strząsnęła z tyłka niechcianą dłoń kolejarza i powoli podeszła do spoczywającego na powale owłosionego mężczyzny.  

 

Profesor nigdy dotąd nie spotkał się oko w oko z czymś tak przedziwnym. Nauczona jednak wnikliwej dedukcji szybko dodawała fakty. A więc może…

– Proszę przysłać cały zespół reanimacyjny – poprosiła przez małą krótkofalówkę. – Wraz z wózkiem na… ciało.

 

Gdy dwie godziny później Zinta Wilums miała już w ręce wyniki testów, zaprosiła wszystkich współpracowników wraz z gośćmi na sali konferencyjnej. 

– Szanowni państwo – zaczęła doniośle. – Zobowiązuję każdego tu zebranego pod rygorem utraty pracy i konsekwencji karnych, związanych ze zdradą tajemnicy zawodowej, do milczenia w sprawie, o której zaraz opowiem. Również naszych miłych gości proszę uprzejmie o to samo. Albowiem znaleźliśmy się w bardzo nietypowej sytuacji, a co więcej: gdy nie będziemy ostrożni zaistniała sytuacja może nas szybko przerosnąć. Oto dzisiejszego dnia na terenie naszego ośrodka znaleźliśmy osobnika w fazie niesłychanie szybkiego zrzucania sierści, czyli linienia. 

– Jak to możliwe, żeby… 

– To niemożliwe… – przerwała genetyk Samotnemu_Jezdzcowi_345.  – Ale jak widać jednak możliwe. Badania wskazują na duże zezwierzęcenie podstawowego genotypu tego człowieka. Zatrudnieni tutaj doskonale zdają sobie sprawę, że rząd w ostatnich latach z niewiadomych przyczyn wspomagał pracę naszego instytutu dużymi dotacjami. Warunek był właściwie tylko jeden: w różnych odstępach czasu do ośrodka przybywała czarna limuzyna, która zabierała wyniki naszych kolejnych badań genetycznych. Godziliśmy się na to, bo przed nami stało wiele wyzwań, które mogliśmy poznawać dzięki drogiej aparaturze, kupowanej z tych pieniędzy. A kilku naszych adiunktów doprowadziło w minionym okresie do finału wiele ważnych i skomplikowanych badań. 

 

Przed wypowiedzeniem następnego zdania profesor genetyki wzięła większy oddech.

– Myślę, że może to mieć coś wspólnego z obligatoryjnym dzieleniem się naszymi wynikami z inną, nieznaną mi kliniką. Bo z jej istnienia zdawaliśmy sobie przecież mniej lub bardziej sprawę. Te wszystkie inteligentne i mądre pytania zwrotne ze strony rządu… od ludzi, którzy przecież niejednokrotnie nie umieją nawet zawiązać butów. – uśmiechnęła się pod nosem. – Widocznie korzystając z naszych zasobów naukowych postanowiono gdzieś wyhodować… no nie wiem, jak to nazwać. Jakiś rodzaj nadczłowieka? Ale na razie nie znamy celu tego zapewne ściśle tajnego eksperymentu. Może prowadzone są eksperymenty na potrzeby wojska, choć z tego, co wiem to Amerykanie testują na polu walki raczej nowinki z dziedzin technicznych, a nie biologicznych. Jednak fakt, że widzimy przed naszymi oczami człowieka porośniętego sierścią sprawia, że musimy w krótkim czasie podjąć mądrą decyzję, co powinniśmy w perspektywie najbliższych minut zrobić. Zapraszam państwa do dyskusji. 

 

C. d. N.

 

DoCo

październik 2019

 

Vector image by VectorStock / DICherry