Nie ma się co czarować

Obudziło mnie wściekłe walenie do drzwi. Najbardziej znany europoseł z dobrotliwie rządzącej nam partii politycznej kraju – pan Jeromiusz Chwędałka – niespodziewanie i absolutnie nieoczekiwanie stanął w progach mego domu.

– Musi się wyspać, jest totalnie zjechany – wytłumaczył jego wierny ochroniarz, którego nie raz widywałem w telewizji, jak stał wiernie u boku swego mocodawcy. 

W rzeczywistości jabłko Adama europosła było jeszcze większe, niż na zdjęciach w internecie. 

Gość od razu poszedł do mojej sypialni. 

– Ale – zacząłem protestować i ruszyłem za nim. Zdążyłem zrobić tylko jeden krok. 

– Teraz nie może pan tam wchodzić – powstrzymał mnie kategoryczne ochroniarz. 

– Tam jest moja żona!

– Ważniejsze jest teraz to, że jest tam też najbardziej zasłużony europoseł naszego kraju. 

   Po niedługim czasie Jeromiusz wychynął  z sypialni i z miną cierpiętnika oznajmił:

 – Kurde, kobiety zasadniczo wszystko psują podczas menstruacji. Naturalnie dziś nie wierzymy, jak ongiś starożytni, w straszne moce, rzekomo związane z kobiecym okresem, jak wysychanie ogrodów, spadanie owoców z drzew, czy wyjałowienie nasion. Ale boli, że najzwyczajniej nie można wtedy bzyknąć kobiety. 

Tego było już za wiele. Szybkim krokiem ruszyłem w kierunku ważnego człowieka. 

– Proszę nie próbować tego robić – ostrzegł mnie jego ochroniarz.   

 

Dobra Cobra prezentuje opowieść istotną, a zarazem amoralną i wielce zadziwiającą, pt. 

Nie ma się co czarować

Opanowanie jest wtedy, gdy zamiast głosu podnosisz brew

 

Wybraniec ludu powoli kontynuował swoją wypowiedź:

– Nikt nigdy nie złapał smoka, z którym walczył święty Jerzy. Nie natrafiono też do tej pory na wielkiego morskiego krakena, lewiatana, ketosa, charybdę czy najsłynniejszego bulwarowego potwora z Loch Ness. Ale czy to świadczy o tym, że takich potworów nie było, czy nie ma? Przecież można założyć, że każda legenda ma w sobie źdźbło prawdy i jest echem wydarzeń sprzed wieków. Jakoś ostatnio duży sum pokąsał kilku Niemaszków w niemieckim jeziorze, a to oznacza, że trzeba bić Niemca w czapkę, o czym wie już też natura, wysyłając rybę do zrobienia z nimi porządku. A to nie jest przypadek.

Mężczyzna położył się na kanapie w salonie i włożył rękę pod głowę. 

– Jak byłem w Nepalu, w jednym w buddyjskich klasztorów pokazano mi coś, co całkowicie zmieniło mój sposób postrzegania świata. W ciemnej piwnicy trzymali tam bowiem zakonserwowane szczątki małego Yeti. Do tej pory widywano to mityczne zwierze tylko w ruchu na dużych wysokościach. Naturalnie Nepalczycy nie pokazują go każdemu i  biorą za to niezły szmalec, ale… – przerwał i zachrapał. Po chwili wrócił do rzeczywistości: 

– Ale…co? Co to ja chciałem przed chwilą powiedzieć? Już nie pamiętam… jestem tak strasznie zjebany tym posłowaniem, że zaraz zasnę.  

– Teraz może pan wrócić do sypialni – powiedział ochroniarz, odsuwając się na bok.

 

Szybko zatrzasnąłem drzwi i rzuciłem się na żonę z wściekłym szeptem: 

– Co się tu odjaniepawla? 

– Co się… ? – żonę aż zatkało z emocji. – Śpię, a tu nagle do łóżka wskakuje jakiś koleś i mówi: ściągaj koszulę, bo nie myślę czekać do obiadu. I pakuje ręce w mojej majtki.  Więc szybko wstawiam mu kit, że jestem dziś niedysponowana i najzwyczajniej w świecie nie mogę, w co najwyraźniej uwierzył i chyba go to nawet wystraszyło, bo jak wszedł tak i szybko wyszedł z pokoju. 

– To europoseł naszego kraju – wyszeptałem. – Sam pan Jeromiusz Chwędałka. 

– Europoseł? Ten europoseł? 

– No tak. Sam pan Chwędałka. Z ramienia dobrotliwie nam panującego obecnego rządu. 

– Czyli nasz przeciwnik polityczny? – upewniła się żona. 

– W demokracji trzeba szanować różnice w…

– Zawsze byłeś taki naiwny w kwestiach politycznych. Nie wiem, jakie doświadczenia z młodości sprawiły, że taki właśnie jesteś. W sprawach zasadniczych trzeba być zasadniczym i nie dawać się wywieść w pole. A to ugrupowanie… – machnęła ręką. 

Zignorowałem jej docinek.

– Akurat wracał z terenu i poczuł się zmęczony. To ich wpuściłem. 

– Ojej, to muszę szybko nastawić herbatę i podać…

– Nic nie musisz – złapałem ją za rękę. – Ten bęcwał, znaczy: ten wielki człowiek akurat zasnął na naszej kanapie. 

– Nie mów tak o nim. Jak się dowie, co tu o nim mówimy to wsadzi cię do pierdla za obrazę majestatu.  

– Ale żeby taki cwel ładował się do łóżka mojej żony? 

– Już popuść gumeczki, drogi. Przecież nic się nie wydarzyło. Wpadł, wypadł i po sprawie, A pamiętasz jeszcze, jak przed ślubem wyszedłeś po mleko to też dziwnie długo nie wracałeś. 

– Ale mogło się wydarzyć! – nie dawałem za wygraną. 

– Zachodziłam w głowę, gdzie się wziąłeś i podziałeś. 

– Przecież mówiłem, że przy okazji wyszła jedna sprawa niecierpiąca zwłoki… 

– Tatuś o mało co jest dostał przez ciebie zawału! 

– A przed chwilą ten koleś o mało co cię nie… 

– Co byłoby, a nie jest, nie pisze się w rejestr – przerwała mi żona praktycznie i wyszła z sypialni. 

– Jestem przerażony, ze tak odwracasz kota ogonem. Przed chwilą ten facet, który gada, ze widział Yeti, o mało co cię nie wydudkał, a ty… 

Nagle z łazienki dobiegł brzdęk tłuczonego szkła. Rzuciliśmy się w kierunku korytarza. 

 

3

– Polska w ruinie! – krzyknął oburzony europoseł, otwierając drzwi. – Lustro samo spadło, gdy tylko siadłem na muszli klozetowej. 

– Samo? – rzuciłem z wyraźnym niezadowoleniem. – Jak to możliwe, skoro było przyklejone  tytanem do kafelków? 

– Widocznie słabo – odparł z przekąsem Chwędałka. – Co ni mniej, ni więcej znaczy: wszystko upada. Nawet kleje do luster. Jestem w trasie już siódmy dzień i nie takie znaki z Nieba widywałem. Służąc krajowi objechaliśmy kraj w kółko cztery razy i coraz wyraźniej widzę, że Ojczyzna jest w ruinie. Poprzedni rząd zostawił za sobą zgliszcza… A teraz jeszcze to lustro.

Spojrzeliśmy z żoną po sobie. Może ktoś z innego wymiaru rzeczywiście przekazywał nam jakieś znaki? 

– Bo ja jestem niczym mityczny małpi król Hanumann, który pomógł Ramie w uderzeniu na Cejlon. I nie mam tu naturalnie na myśli margaryny, drodzy państwo – dodał nieco ciszej. 

– Przywołuje pan tu jakieś niestworzone rzeczy, a przedmiotem sporu jest…

– Lustro. Wiem i jestem gotów za nie zapłacić. W gotówce. Bez podawania numerów PIN i bez wiedzy urzędników skarbowych, wykorzystując tylko moje uposażenie poselskie, które noszę przy sobie, aby mieć na napiwki i inne drobne prezenty dla wyborców. Jednak jak dla mnie ten kawałek szkła to alegoria: Ojczyzna jest w ruinie – powtórzył dobitnie po raz trzeci. 

Postaliśmy chwilę w korytarzu, po czym nasz gość oświadczył:

– Coś bym jednak naciągnął na Eberharda – jęknął. – Pewnie na górze śpi państwa córka.

– Nie! – krzyknęła histerycznie żona, po czym zagrodziła sobą wejście na piętro. 

Ochroniarz też się zawahał i zaczął coś szeptać swemu mocodawcy. 

– Może chociaż mają państwo dildo? 

– Co? – zatkało żonę. 

– Nigdy nie należy nie doceniać dilda! – powiedział proroczo Jeromiusz –  Wielki reżyser Kurosawa zamienił je w swoim obrazie w sztylet, a jeszcze większy twórca Bergman w krzyż.

– Córka ma dysleksję – wtrąciłem, ufając, że taka quasi niepełnosprawna przeszkoda ponownie zatrzyma europosła w czynieniu starań, aby wejść do łóżka z moją córką. Żona natychmiast spiorunowała mnie wzrokiem. 

– Proszę pamiętać, że zbliżający się Niemiec o tej dysleksji nie wie i jak najedzie nasz kraj, to weźmie i od razu wykorzysta państwa latorośl – stwierdził europoseł. – W związku z tym pytam: lepiej oddać dziecko Niemcowi, czy swojemu, a na dodatek patriocie? Gdyż moje hasło wyborcze brzmi: Nie ma się co czarować. Prawdziwi Rodacy je rozumieją i szanują, stąd mam tak wielkie poparcie elektoratu, głównie po jednej stronie naszego ukochanego ale podzielonego kraju. Dokładnie tak, jak i w Ameryce – ostoi demokracji. 

– Zacząłem uprawiać seks dopiero w zeszłym miesiącu… – oświadczył szczerze po chwili przerwy – i jako neofita jestem niezaspokojony, co jest w zgodzie z naturą, stąd moje chucie, za które szczerze wszystkich państwa przepraszam. 

– Dopiero w zeszłym miesiącu? – spytała podejrzliwie żona. 

– Tak. I dlatego może nie mam zbytniego obycia w tych sprawach, bazując jedynie na doświadczeniu kinomana. Szczerze mówiąc do niedawna byłem zainteresowany tylko służeniem do mszy, pomaganiem głodującym ptaszkom, bezdomnym kotkom oraz ślepym słuchaniem wystąpień naszego przywódcy politycznego. Co jak widać nie wyszło mi na złe, bo teraz za uwagę koszę duży hajs, naturalnie w służbie wiernemu elektoratowi, który mnie na ten piedestał wyniósł. Coś za coś, rozumiecie, bo mój wysiłek bez wątpienia jest niemal olimpijski. 

Wziął głębszy wdech. 

– Trzeba pamiętać, że ministrancka biel komży zawsze symbolizuje czystość serca i ducha. Takich czystych ideowo ludzi szuka nasz doświadczony wódz polityczny. A jak znajdzie, wiernych nagradza najlepszymi stanowiskami, zasiadaniem w radach nadzorczych spółek skarbu państwa oraz dobrymi miejscami na listach wyborczych. Z których startuje się w stratokosmos wpływów jak i dochodów. Lub odwronie, w każdym razie wierność popłaca. 

– I nie brzydzi się pan tej całej polityki. Trafiają tam głównie ludzie gruboskórni i zdecydowani na wszystko…

– Tylko tacy mogą coś osiągnąć w życiu – przerwał żonie. – Nie czekaj na cud, cuduj sam!

 Po czym spytał nieśmiało: 

– Może kłapnął bym coś?

– Co?

– No, szamnął. 

– Ale co? 

– Nie ma pani przypadkiem w lodówce serdelowej? 

– Mam… Każdy ma. 

– To pięknie się składa! – klasnął w dłonie Chwędałka. – Jeśli byłaby pani tak miła i odgrzała mi dwa pętka, zaprosiłbym panią na moje przyszłotygodniowe wystąpienie w  Brukseli, którego tematem będzie odbudowa… 

– Ależ nie trzeba… 

– Trzeba, trzeba. Przecież te śliczne rączki odgrzeją serdelową najlepiej na całym świecie. 

Żona natychmiast spąsowiała od usłyszanego komplementu. Naprawdę niewiele im potrzeba do szczęścia. 

 

4

   Poszedłem za nią do kuchni. Wyciągnąłem z szafki metalowy garnek, nalałem wody i postawiłem na kuchence. W tym samym czasie żona pokroiła chleb, wyjęła z lodówki masło i przygotowała talerzyk. Pomyślałem, że poczęstuję gościa musztardą sarepską i już po nią sięgałem, gdy usłyszałem pisk, dochodzący z piętra. 

Rzuciliśmy się w kierunku schodów z mętlikiem najgorszych myśli. Na szczycie spotkaliśmy ochroniarza, który niósł… węża.

– Co się tu stało? 

– Pan europoseł właśnie złapał gada pod łóżkiem państwa córki… 

– Karola! – krzyknęła żona i rzuciła się do  pokoju dziecka. – Nikt nie będzie mi – Kolendrze Bus Maniewskiej – podczas mojej obecności w domu córki rozprawiczał! 

Gdyby w tym momencie ktoś stanąłby na jej drodze, potrafiłaby zabić. 

– Ale skąd się tu wziął? – dociekałem na głos, patrząc na zygzakowate ubarwienie martwego gada. – Znaczy: ten gad, skąd się tu wziął? 

– Mógł ją chlasnąć na amen – stwierdził ochroniarz, uważnie oglądając zwierzę. – Dobrze, że pan Chwędałka się tam zjawił. On zawsze pojawia się tam, gdzie jest potrzebny. Jest takim politycznym rekinem. Gdyby nie pojawił się u Państwa, mogłoby dojść do tragedii. A tak… nie doszło – dokończył prosto. 

– Co tu zaszło? – spytała żona bardzo na serio. – I skąd pan…

– Służyłem do mszy i od tamtej pory mam nosa do wykrywania złych rzeczy oraz zagrożeń. Jak państwo poszli do kuchni zauważyłem węża, który ślizgał się w górę po schodach. Państwa córka była w niebezpieczeństwie.  

– Pan też widział tego węża? – dociekała dalej, patrząc na ochroniarza. 

– Nie. Ale to dlatego, że nie mam daru przenikania wzrokiem, jak pan europoseł – wyjaśnił. – Może dlatego służę w nowoczesnej obsłudze wartości. Czyli w ochronie i zabezpieczaniu mienia – dodał skromnie. 

– Panowie nam tu jakiś kit wciskają – autorytatywnie stwierdziła moja połowa. 

– Ależ skądże – gorąco zaprzeczył pan Jeromiusz. – Zresztą o czystość moich zamiarów mówi martwy wąż, co mówi samo za siebie i nie potrzeba tu telewizji.  

– Może pan go przyniósł wcześniej i podrzucił? 

– W jakim celu miałbym to zrobić, droga pani? 

– A bo ja wiem? Żeby nas postraszyć? 

– Po co straszyć prawdziwych Polaków? Sól naszej ziemi, potomków dumnych mieszkańców tych ziem, wieki temu zdobytych i utrzymanych krwią i wielkim zaparciem patriotycznym. 

– Nie tak dawno mówił pan coś o cudowaniu? 

– Swego czasu na jednym ze spotkań pewien człowiek nazywał mnie… członkiem. Tylko bardziej wulgarnie. No wie pani, to słowo na h. Tym słowem ten człowiek obraził naszą Ojczyznę, cały ukochany przez Boga Naród – mesjasza Europy, współczującą we wszystkim władzę centralną jak i nasz dobrotliwie panujący z woli wyborców rząd, wybrany w demokratycznych wyborach i dający mu legitymację ludności, aby czynił to wszytko, co wypada czynić, aby kraj znów stanął na nogi. Bo czyż każdy z nas nie chciałby w marzeniach mieć jakiegoś lukratywnego stanowiska, na którym zarabiałby krocie? I nie pragnąłby przygarnąć jeszcze więcej kasy za pomocą niekoniecznie legalnych metod, by później nie być za to ukaranym, bo przecież działał w imieniu elektoratu, który nadał mu święte prawo do rządzenia i pomnażania dóbr?

Szczelnie otulona kołdrą córka patrzyła na nas wszystkich, jak na ludzi niespełna rozumu.  

– Zejdźmy na dół, na herbatę, zaproponował pan Jeromiusz. – No i na obiecaną serdelową. 

Żona została z Karolą na górze. 

 

5

– Lata temu byłem zafascynowany tym kolesiem od największej księgarni internetowej – przemówił nasz gość podczas pałaszowania drugiego pętka kiełbasy, którą zakąszał białym chlebem. – To dla mnie był cud nad cudy, że jeden facet, przy pomocy robotnego narodu słabo opłacanych imigrantów i nieudaczników, potrafił w ciągu dwudziestu czterech godzin za pomocą niezawodnej armii kurierów objechać Ziemię i rozdać te wszystkie zamówione rzeczy. Więc jak któregoś dnia dnia wszedłem na jego stronę internetową, od razu zgłosiłem akces na pomocnika w jego wielkim dziele. 

Przerwał i popił kilka łyków gorącej herbaty. 

– Zostałem przyjęty, co było dla mnie mega wydarzeniem. Ruszyłem tej samej nocy, aby dołączyć do tego niebywale śmiałego człowieka, czyniącego tyle dobra dla innych. Bo nie tylko szybko, ale też tanio. Później awansowałem: chodziłem na zakupy, sprzątałem jego chatę i obejście, które zakupił za ogromny szmal. Tylko czasem musiałem wychodzić na całą noc, gdy do domu przychodziły jego koleżanki. 

Odchrząknął i wytarł ręką usta. 

– Czas, spędzony nocą w lesie był dla mnie czasem błogosławionym. Wiele rozmyślałem, walcząc z zimnem i wyczekując świtu jak zbawienia. Byłem jednak bardzo dumny, że pomagam w tak szczytnej sprawie, która przynosi tak wiele ludzkich uśmiechów. 

I wreszcie nadszedł długo wyczekiwany Czarny Piątek – największe święto sprzedających… Później poczułem się  zmanipulowany emocjonalnie i z przesileniem kręgosłupa trafiłem na kilka tygodni do szpitala. 

– Ale dzięki zahartowaniu, które mam od czasu tamtych wydarzeń, niestrudzenie przemierzam kraj z Panem Barnabą, by służyć elektoratowi.

– Bardzo mi milo – skłoniła głowę ochroniarz. – Jestem Barnaba Łyżka.

– Pan Barnaba jest skromnym człowiekiem, ale muszą państwo wiedzieć, ze jego ojciec – Edmund Łyżka – jest znanym hodowcą pszczół i wytwórcą patriotycznego miodu, który w razie czego potrafi umiejętnie podkręcić człowieka cukrem i czymś jeszcze, aby miał siły witalne i mógł uczestniczyć w dobrych rzeczach. Bardziej niż ci, którzy miodu nie jadają.  

Ochroniarz za bardzo nie wiedział, co powinien zrobić z rękami.

– W młodości byłem czule zwany przez babcię Barnbusiem – wyjawił pan Łyżka. – Nasz Barnbuś to, nasz Barnbuś tamto – mawiała. Zawsze miałem podane do stołu i posprzątane. Później, w dorosłym życiu, byłem wykorzystywanym, podrzędnym handlowcem, który bez zmrużenia oka wykonywał polecenia dyrekcji w celu zapewnienia sobie chleba i pokonywania kolejnych szczytów na słupkach sprzedaży. 

– Co mi się bardzo spodobało i szybko przekonwertowałem go na polityczne zwierzę – pochwalił się pan Chwędałka. 

Ochroniarz rozłożył ręce w poddańczym geście. 

–  Pewnie państwo nie wiedzą, ale przodkowie pana Barbaby obrabowali w dawnych wiekach samego Mieszka Plątonogiego i buchnęli mu kupę złotych fantów ze skarbca, ukrytego pod rozłożystym, zielonym drzewem. Łup ukryli tak skutecznie, ze dopiero kilka lat temu pan Barnaba odnalazł go za pomocą nowoczesnego wykrywacza skarbów i zapisków z utajnionych kronik polskich Wincentego Kadłubka, przechowywanych w skarbcu na Wawelu. A dokładnie w tej części, gdzie promieniowanie czakramu jest największe. Miał do nich dostęp dzięki mojemu osobistemu partyjnemu wstawiennictwu. 

– I co pan zrobił z tym skarbem? 

– Pan Barnaba oddał go do rozporządzania naszym partyjnym księgowym – wyjaśnił europoseł. – To najbardziej patriotyczny czyn, o jakim słyszałem: starodawny narodowy skarb zostaje odnaleziony i przekazany prawdziwym spadkobiercom spuścizny Mieszka Plątonogiego. 

Opowieść przerwała żona, schodząc do nas z córką: 

– Nasze dziecko też chce posłuchać opowieści pana europosła.  

 

6

– Mam dom w Kozidłowie, stoi pusty i czeka na swoją panią. Byłoby moim zaszczytem, gdybym mógł zamieszkać tam z państwa córką. 

– Ale przecież pan w kółko posłuje… 

– Moja funkcja polega na ciągłych podróżach, w które bym zabierał państwa Karolę. Właściwie to cały interes polega na tym, żeby nabijać jak największą miesięczną kilometrówkę, bo wtedy Europarlament widzi, że człowiek jest skuteczny, i mu za tę skuteczność sowicie płaci. Więc łączę dobre z pożytecznym – poselski obowiązek z tymi ich wymogami, że trzeba w kółko przedstawiać rachunki za benzynę. Unia już dawno dała taką możliwość aktywnym parlamentarzystom, którzy są przekaźnikami światłych ideowo myśli pomiędzy elektoratem, a Brukselą. A państwa latorośl jest młoda i ciekawa świata, więc może… 

– Co cię uszczęśliwi, córeczko? 

– Ten pan mi się nawet podoba, mamo – powiedziała Karola. – Jest taki… hej do przodu. 

– Przy takiej dziewczynie człowiek mógłby jedynie dziękować Bogu, że jest mężczyzną – skomplementował ją niskim głosem Chwędałka. 

Naraz mimowolnie wymienili się gestami: nasza Karola wydęła usteczka, a europoseł mimowolnie podrapał wypiętą klatę, ubraną w nieskazitelnie czystą białą koszulę.  

– Jednak czy nie jesteś za młoda do związku. Jest przecież szkoła…

– Szkoła-sroła – przerwała. matce – Wiesz, że jej nienawidzę. Z tego, co pamiętam z twoich opowieść to ty też jej nie lubiałaś. Trzeba korzystać z okazji, drugi raz taki mężczyzna z klasą już nie stanie w progach naszego domu. Pamiętasz, jak mi opowiadałaś o spotkaniu taty? Też rzuciłaś wszystko, bo wiedziałaś, że to jest to. 

W tym momencie zgasło światło.

Zajrzałem do tablicy rozdzielczej i włączyłem wywalony korek, ale to nic nie dało. Gdy wróciłem do pokoju nasz złotousty gość kontynuował jakąś kolejną opowieść. 

– Dopiero po latach dowiedziałem się od psychologa, że mam syndrom brudnego smoczka 

– Brudnego smoczka? – przeraziły się chórem dziewczyny. 

– Dziecko wypluwa smoczek na podłogę, a rodzic zamiast go wysterylizować lub zmienić, wyciera go o koszulę i wkłada z powrotem do ust niemowlęcia. I tak robił ze mną ojciec. O czym naturalnie dowiedziałem się wiele lat później, gdy byliśmy u dziecięcego lekarza. Nie szło mi w szkole, a ten doktor miał specjalizację psychoanalityka dla dorosłych, więc  czego się wtedy o sobie dowiedziałem, to moje. 

– Później płakałem z tego powodu codziennie od 7,30 do 7,45 rano, albowiem z wewnętrznej potrzeby postanowiłem odziać żałobę w jakieś ramy czasowe, aby smutek nie zagrażał codziennym sprawom i powinnościom. 

– Czyli służbie Narodowi – upewniłem się. 

– Wtedy jeszcze nie – uśmiechnął się nasz gość. – Naród trzeba poprowadzić, bo sam jest zagubiony. Bardziej niż pieniędzy, sukcesu czy sławy on potrzebuje zmiany. Zbadali to wynajęci przez nas psychologowie. Rodacy są obecnie tak psychicznie pokiereszowani, że dadzą się złapać na każdą obietnicę czułości, nawet tę składaną im przez takie produkty, jak szampon czy żółty ser. Więc trzeba kłuć żelazo, póki gorące.

– Chyba kuć?

– Wszystko jedno – machnął ręką europoseł. – Przecież i tak wiadomo, co trzeba robić. Najważniejsze dla nas, polityków, jest właśnie wskazanie tego celu. Musimy zjednoczyć Naród pod naszą flagą, który mimo biedy za nami pójdzie, bo dla niego najważniejszy jest jakiś wspólny cel. Który jest ważniejszy, niż inne, bardziej przyziemne sprawy, jak zarobki, mieszkanie, samochód cz wakacje. Druga strona politycznej areny jeszcze tego nie wie, więc w nadchodzących wyborach przegra z kretesem. 

– Naprawdę? – zdziwiłem się. – Przecież słupki sondażowe…

– Proszę zmienić flagę – zasugerował pan Chwędałka. – Ta, pod którą pan obecnie służy niebawem przegra nie bitwę, a wojnę. Wojnę o duszę wszystkich Polaków. 

Niespodziewanie żarówki znów się zaświeciły. Wszyscy zamrugaliśmy oczami. Od nagłej jasności. Zobaczyłem moją córkę trzymająca za rękę europosła. Pomyślałem, że to może za wcześnie, zbyt szybko. 

– Pójdę się pluchnąć – zdecydował nasz gość. – Poproszę o czysty ręcznik i…

– Pokażę panu, gdzie jest łazienka – zaproponowała Karola, po czym poprowadziła gościa na górę. 

 

7

– I co? – spytałem żonę. – Nic nie zrobisz, nic nie powiesz? 

– Jest już prawie dorosła. Ja w jej wieku…

– Tak? 

– Dzięki tobie byłam już obeznana płciowo, gdzie co się wkłada i na czym to polega. 

– No tak, ale… – słowa uwięzły mi w gardle. Kobieca natura zawsze podpowiada jej  optymalne rozwiązania. – Ale…

– Wy, mężczyźni, zawsze myślicie na opak. 

– Jak na opak? Przecież cnota kobieca jest najważniejsza…

– Cnota-garota – przedrzeźniła żona. – Żyjesz wspomnieniami dawnego patriarchalnego świata, gdzie kobiety były niewolnicami samców. Wiesz co: z takimi poglądami nadajesz się do Afganistanu. Albo tego, no… Iranu. Tam faceci z brodami urządzili sobie prawdziwy raj. I trzymają wszystkie babki w szachu, żeby im nie pouciekały.  Bo każda zdrowo myśląca kobieta od razu by dała nogę. 

– Zawsze marzyłem, żeby zwiedzić tamte rejony – powiedziałem do siebie nie wiadomo dlaczego. . 

– Wiedziałam! – zatryumfowała. – Wiesz co, naprawdę żal mi ciebie… 

Milczeliśmy przez chwilę. Na górze nasza córka zapewne myła plecy europosłowi. A może robiła z nim coś więcej… Mycie pleców to szlachetny uczynek, bo człowiek sam nie daje sobie rady sam z właściwą higieną. Ręce za krótkie, szczotki na kiju nie do końca spełniają swoją rolę i choć nowoczesne płyny do mycia są coraz lepsze, to brud pozostaje. 

– Wiesz – zaczęła dziwnie poważnym tonem żona  – może to i dobrze, że córka wyjdzie z domu. Nie będzie patrzyła na moje cierpienie.

– Jakie znowu cierpienie? 

– Nic nie mówiłam, ale wczoraj byłam na szczegółowym badaniu i… 

– I?

– No i… mam straszną chorobę. 

– Jak straszną? 

– Ostatecznie straszną. 

– Ostatecznie? – wypuściłem z płuc cale powietrze.  

W oczach żony zaszkliły się łzy.

– Więc wiesz… dobrze, gdyby dzieci nie mieszkały z nami, gdy będę odchodziła w bólach z tego łez padołu. 

 

W tym momencie zadzwonił mój telefon. 

– Tato, przejdź i mnie odbierz…

– Co? Przecież jesteś na randce. 

– Wiem, ale… jest ciemno i nie znam drogi… 

– Człowieku, za moich czasów, jak szłeś w konkury, to i wracałeś na własną rękę. I bardzo dobrze znało się drogę do domu.

– Może i tak, ale skończyły mi się gigabajty w mapach i nijak nie mogę pokapować, gdzie jestem. 

– Wszędzie ich wozisz – wtrąciła żona – to i nie dziwne, że przyzwyczajone do lordowskiego traktowania. Zawieź, przywieźć, podetrzeć, podać, posprzątać… 

Przysłoniłem mikrofon telefonu:

– Kiedyś na młodych nie czyhało tyle niebezpieczeństw. A to przemoc, a to narkotyki, a to pedofile…

– Hahaha! Pedofile na Karolka? Przecież on na siłowni nabrał takiej sylwetki, że wygląda teraz jak młody byczek. Jak nie zaufasz, że da sobie radę, to na stare lata zostanie mamałygą. I nigdy nie wyprowadzi się z domu. 

– Halo. Halo!

Uniosłem komórkę do ucha. 

– Wiesz synu, myślę, że,…

– Tato, spod całodobowego ruszyło w moją stronę dwóch podejrzanych typków…

– Już jadę! – zdecydowałem szybko. Nie patrząc w oczy żony szybko zgarnąłem kluczyki do auta. – Wiesz chociaż mniej więcej, gdzie się możesz znajdować? 

– No, przy całodobowym… 

 

8

Gdy wróciłem z synem po dziesięciu minutach zastałem zapłakaną żonę. 

– Co się stało?

– Pan europoseł wyszedł po papierosy. Z ochroniarzem.

– I co z tego?

– Jak co? Już nie wróci do naszej Karoli.  

– Całodobowy na rogu dziś nieczynny, więc muszą szukać w nocnym u Waldemara. 

– Naprawdę jesteś tak łatwowierny? I naiwny?

– Wielka mi rzecz: wyjść po fajki! 

– Żebyś się nie zdziwił. 

– Dlaczego?

– Wykorzystał nasza córusię i odjechał w siną dal. 

– Mamo, ja ciągle jestem dziewicą. Mnie nie chodzi o ilość, ale o jakość. 

– Seksualna recesja – jęknęła żona, przewracając oczami. – Kto mógł w ogóle przypuszczać, że dożyję tak dziwnych czasów. 

Dalszą rozmowę przerwał nam pan europoseł, wkraczając głośno w naszej progi: 

– Kupiłem flaszkę, trzeba świętować zaręczyny! 

Wiec jednak wrócił. Może to i dobrze o nim świadczy? 

– Pan jest ochroniarzem? – spytał syn pana Łyżkę. 

E… echem – potwierdził bodyguard niechętnym skinieniem głowy. 

– A długo trzeba trenować, żeby dostać taką robotę – zapalił się syn. Od razu było widać, że zaczął podziwiać pana Barnabę. Wszyscy chłopcy tak mają.

– No więc… 

– Pan Łyżka w chwilach wolnych od pracy jest łowcą i postrachem wampirów – wtrącił Chwędałka na boku. 

– Chyba energetycznych – wtrąciła cicho żona, ale na szczęście nikt, poza mną, tego nie usłyszał. 

– Naprawdę? – naszemu dziecku zaświeciły się oczy. – Jak w tych filmach? A umie pan ten cios, którym Statham załatwił kolesia na amen w swoim ostatnim filmie?

– Gdy przebywam w kraju zazwyczaj stołuję się w Narodowym Barze Mlecznym Bolek, położonym niedaleko siedziby naszej partii… – europoseł nie zwracał uwagi na rozmowę syna z panem Łyżką. – Jadam w nim zawsze, gdy tylko służę Ojczyźnie w Stolicy. Rodzice mnie tam prowadzali za młodu i smaki dzieciństwa zostały ze mną już na zawsze. 

Miał dużo racji. W tej chwili zdałem sobie sprawę, że i moimi najukochańszymi daniami są te z okresu mojego dzieciństwa: naleśniki, biały barszcz i… mamałyga. 

– Nawet nie wiedzą państwo i nie zdaja sobie sprawy, jaką katorgą jest zjedzenie czegokolwiek na obiad w Brukseli. Miks jakiegoś obcego nam kulturowo bliskowschodniego żarcia, przyprawionego tak obficie, że od razu trzeba biec do kibla.

– Naprawdę?

– No tak. Człowiek od razu czuje w odbycie, że pali go jakiś obcy ogień. 

Osobiście kilka razy próbowałem dań tamtej kuchni, ale nigdy nie miałem podobnych objawów. Może pan europoseł ma wnętrzności wypalone wódką i politycznym stresem? 

 

9

   Nastała głęboka cisza. Niektórzy powiedzieliby, że jak makiem zasiał. Mi trudno byłoby się zdobyć na takie porównanie. 

– Ale ona… żona ma śmiertelną chorobę!

– Aaa! – Chwędałka odskoczył jak oparzony. – Gruźlica, chlamydioza, a może… covid? 

– Nie, nie to… Ma… raka. 

– Rak? Tylko tyle?

– Co – zapowietrzyło żonę w kacie bezbrzeżnego niedowierzania. 

– To śmiertelna choroba – dodałem, aby uzmysłowić europosłowi, jaką popełnił gafę. 

– Rak to żadna choroba – prychnął. – Jest na nią specjalna formuła, którą otrzymują wszyscy politycy. Oraz bogacze, naturalnie jak zapłacą. 

– Pierwsze słyszę…

– Jakoś tego nie reklamujemy, rozumie pan. Bo co by to było, gdyby wszyscy chorzy na raka nagle ozdrowieli? 

– No jak to co? Zapanowałaby radość i wesele…

– I ogromna przecena akcji koncernów farmaceutycznych, która pociągnęłaby za sobą upadek giełd i totalny krach finansowy na świecie. Od razu wzrosłoby przeludnienie, zabrakłoby jedzenia, a zrobienie sobie dobrego selfie w atrakcyjnym miejscu graniczyłoby z cudem z powodu coraz większych tłumów selfiarzy. 

– Co to za… argumenty? 

– Zwykły elektorat zazwyczaj nie zdaje sobie sprawy ze złożoności zagadnienia. Dlatego mają polityków, którzy panują nad równowagą. Naturalnie jedni lepiej, inni gorzej… 

– Sugeruje pan, że wrogie mu ugrupowanie jest mniej skuteczne? – zainteresowało mnie. 

– Naturalnie. I cieszę się, że pan, człowiek z dobrze wróżącego elektoratu, to zauważa. Bo dzięki temu pańskie wybory w przyszłości będą lepsze. A już na pewno właściwsze… 

– A nie szło by załatwić dla żony trochę takiej… no, formuły antyrakowej?

– Naturalnie, że szło by – rozłożył ręce w dobrze wyuczonym geście błogosławienia. – Tylko jeden mały warunek. A może dwa… 

Byłem zdesperowany, więc kiwnąłem głową. 

– Tu jest deklaracja wstąpienia do naszej partii, którą proszę wypełnić, czytelnie podpisać i uiścić składki za cały rok. Drugi dokument to zobowiązanie zachowania tajemnicy w związku z użyciem doświadczalnego leku najnowszej generacji. Naturalnie to on nie jest doświadczalny, ale dzięki tej formułce i podpisowi pod nią jesteśmy kryci, gdyby coś poszło nie tak. Ale bardzo rzadko coś idzie nie tak. 

Ostrożnie wyjął z kieszeni fiolkę z niebieskawym płynem i postawił ją na stole. 

Byłem gotów podpisać wszystko, żeby tylko ratować żonę. Widziałem, że i ona wpatruje się mesmerycznym wzrokiem w mała buteleczkę. 

– To i tak jeszcze nic – machnął ręką europoseł. – Jako ci, od których zależą losy świata, mamy także dostęp do fontanny młodości, w której wodach ci najlepsi odmładzają się, kiedy tylko zachodzi taka potrzeba. Najczęściej po spotkaniach alkoholowych, ale także z powodu upływu czasu. 

Wybałuszyłem oczy w niedowierzaniu. 

– To tak można? 

– No pewnie, ze można! 

– Ale… ten no… jakoś nie przypominam sobie, żeby któryś ze znanych mi z telewizji polityków ostatnio jakoś odmłodniał. 

– Bo mają swoich sobowtórów, żeby nie szokować ludzkości. I żyją sobie z dala od świateł fleszy, a jednocześnie rządzą światem. 

– I pan też… 

– I ja też – uśmiechnął się europoseł. – W moim przypadku obliczenie jest bardzo proste: metrykalnie mam już ponad sto lat, ale jak państwo widzą, wyglądam na jakieś niecałe czterdzieści. 

– Ale jak…? – zamarło żonie w gardle. – Jak to możliwe? 

– Jestem facetem znanym opinii publicznej, od niedawna, więc tym łatwiej było się ukryć. Dopiero co wypłynąłem na arenę. W latach trzydziestych dwudziestego wieku piastowałem jakieś tam skromne stanowisko prowincjonalnego notariusza. Przypadkiem przeżyłem wojnę i jak chyba każdy spytałem wtedy sam siebie: co dalej? Ówczesna rzeczywistość nie napawała optymizmem, tarcia polityczne były wielkie, rozpychała się nowa władza, więc zatrzasnąłem za sobą furtę klasztorną. Dokładnie wybrałem zakon i zapukałem do wrót tego o surowej regule. Pyta pani: po co? – zwrócił się w stronę mojej żony. 

– Może odpowiedzią na to niech będzie fakt, że rodzice wychowali mnie w lesie. Jako jedni z pierwszych prawdziwych wielbicieli przyrody uszyli kostiumy misiów, założyli je i udali się ze mną w głuszę lasów, aby tam wieść proste i naturalne życie. Działo się to zazwyczaj latem, gdy temperatury do życia poza domem są znośne. Ojciec polował, matka zbierała chrust i pilnowała domowego ogniska. A ja wałęsałem się między drzewami w poszukiwaniu zabawy. Jaką radością było używać do niej dwóch ułamanych gałązek. 

– A to nie było groźne dla zdrowia? – spytałem. – Znaczy to mieszkanie w lesie. 

– Wtedy jeszcze nie było, więc można było hasać po ostępach do woli. Nawet kleszczy jeszcze wtedy nie wynaleziono, więc się brykało po chaszczach, a listowie miło chrzęściło pod nogami – na wspomnienie czego pan Jeromiusz rozmarzył się wewnętrznie. – Za młodu miałem jednak ciężko – dodał z wyraźnym smutkiem. – Ojciec nie wierzył w centralne ogrzewanie i w sezonie grzewczym w naszym domu było zimno jak w psiarni. 

 

10

   Największym politykiem przedwojennego okresu był Katalist Beretuta. Naturalnie prawie nikt go nie znał, jeszcze mniej osób miało okazje go spotkać osobiście, a w internecie nie znajdzie się o nim żadnego zapisu – gdyż prowadził wielce skuteczną działalność zza kurtyny. Przekazy historyczne też milczą o jego osobie. Ale to właśnie on ustawiał rządy, wprowadzał ustawy, a zakulisowo wielce dopomógł samemu Marszałkowi tworząc siły, które pomogły mu w wejściu na tron.

Wierzcie państwo lub nie wierzcie, ale bardzo wysoko postawieni faceci wyrywali sobie głowy, byle tylko nie spotkać Beretuty na swojej drodze i nie stanąć z nim oko w oko. Taki to był potężny mąż stanu, choć incognito. Potrafił prześwietlić wzrokiem każdego, nie miał litości dla słabeuszy, niezdecydowanych jak i bezjajecznych. Siłą woli – przy pomocy rzędu  marionetek – wpływał na życie setek tysięcy obywateli, żyjących w dwudziestoleciu międzywojennym. W pewnym momencie pojął, że uda się wszystko, co tylko sobie pomyśli. I wymyślił rzecz, o której wszyscy po cichu marzyli: eliksir młodości. 

Bo przecież każdy z nas chciałby być młody aż do śmierci. Sprawny, zdrowy, silny, bez luk pamięci i tych cholernych zmarszczek. Katalist skrzyknął najtęższe naukowe umysły, obiecał im sowitą zapłatę i zamkną je w odosobnieniu, aby tam wymyślili takową formułę. Dostawali wszystkie składniki, o jakie  tylko poprosili. Surowy regulamin nakazywał dwudziestogodzinne szychty, wielu naukowców popełniło samobójstwo lub oszalało, ale pozostali – po wielu latach zakrojonych na szeroka skalę badań – okrzyknęli zwycięstwo nad materią. Teraz wiem, że żaden z nich już nigdy nie powrócił do swych domów… Taka jest cena przełomowych wynalazków: za wszelką cenę należy zachować tajemnicę. 

Po sukcesie, o którym nikt nie wiedział, Katalist odnalazł jeszcze najbardziej zaciszne miejsce odosobnienia: zakon o surowej regule, w którym przypadkowo przebywałem. Wszystkie po to, aby jak najbardziej zejść z oczu nowemu reżimowi komunistycznemu, który przez pierwsze lata zajęty był całkiem innymi sprawami. Beretuta jednym spojrzeniem ocenił, że moja skromna osoba nadaje się idealnie, aby ponieść w świat jego ideę wiecznej młodości. Bo każdy wielki mąż stanu chciałby, aby jego dzieła zapamiętano na wieki. 

Byłem wtedy stosunkowo młody i naturalnie nie zauważałem ryzyka, związanego z propozycją Katalista, który uczynił mnie certyfikowanym testerem podawanych mu pokarmów z zakonnej kuchni. Jak każdy wielki człowiek bał się otrucia, ale ojczulkom nic takiego nie chodziło po głowie. A chyba bardziej od śmierci obawiał się tego, że przez zmiany polityczne nie poniesie swego dzieła dalej. Zabezpieczony przeze mnie i odgrodzony od niesprzyjającego świata klasztorną furtą mógł skoncentrować się w stu procentach na układaniu przyszłości. 

Sprawy jednak potoczyły się inaczej… 

 

11

– Jakoś panu nie wierzę – powiedziała żona, gdy europoseł wziął głębszy wdech, aby kontynuować swoją opowieść. – To wszystko wydaje się wyssane z palca, a na dodatek… 

– Ależ kochanie – przerwałem jej szybko. – Przecież chcemy, abyś… 

– Pewnie, że chcemy – dokończyła zgryźliwie. – Ale nie wiemy, czy jest to możliwe. Dzisiejsza medycyna nie zna takiego leku, o którym mówi nasz nietypowy gość. A czy to prawdopodobne w teraźniejszych czasach, że jeden osobnik… no, może kilku osobników – poprawiła się – którzy tajniaczą i mylą tropy, mogą mieć w swoich rękach takie antidotum? Czy nie jest to li tylko wymysłem tego złotoustego pana? 

– Takie rzeczy musi sobie pani sama poukładać w swojej głowie – odparł nasz gość,  nerwowo przełykając ślinę. Jego wielkie jabłko Adama przesunęło się do góry i na dół niczym ładowanie strzelby. – Aby mieć na to czas pozwolą państwo, że wrócę do przerwanej historii. 

   Katalist Beretuta początkowo był przerażony zmianami, zachodzącymi w polityce po Drugiej Wojnie Światowej. Zamiast demokracji pojawił się model, wychwalający klasę robotniczą. Naraz nieuki, cwaniaki i głupole ruszyli na sztandary z błotem ma ustach. Kto potrafił wykorzystać System i lizać mu dupę – ten wygrywał. Trzeba było tylko wykrzykiwać pożądane przez władze hasła, co zazwyczaj nikomu nie uwłaczało, choć były pojedyncze jednostki, które to obrażało. Ale takich wyłapywano i wszystko trwało niezmienione w pięknie zastałej socrealnej rzeczywistości. 

Jednak wszystkie znajomości polityczne Katalista zniknęły po tej jednej z największych wędrówek ludów w Europie. 

– Mój świadomy wiek dorosły przypadł w czasach, gdy ludowość była solą epoki, podczas gdy wykształcenie pachniało kryminałem. 

– A przecież całkiem niedawno mówił pan, ze potrawy dzieciństwa i że bary mleczne. A przecież takie bary powstały dopiero po wojnie, czyż nie? 

Ochroniarz rzucił baczne spojrzenie na europosła. 

– Tak może się wydawać, ale nie – odparł. – Pierwszy bar powstał na Nowym Świecie w Warszawie pod koniec dziewiętnastego wieku. Przecież dobrze pamiętam. To stamtąd znam z młodości smaki jajek, mleka i mąki. 

   Komunistom było jednak ciagle mało, tropili coraz to nowych wrogów i w pewnym momencie zaczęli węszyć także wokół klasztoru. Naturalnie byli za głupi, żeby się zorientować, co robił Beretuta, ale należało pomyśleć o ewakuacji, na co z powodu zbiegu okoliczności zrobiło się zwyczajnie za późno. Katalist zachorował na ciężkie zapalenie płuc, wbrew jego woli zabrano go do szpitala, skąd prawdopodobnie chciał nawiać, gdy się zorientował, gdzie jest. I zapewne z tego powodu został zastrzelony przez pilnującego go milicjanta. 

Bezpieka od razu przysłała do klasztoru oddaną władzy towarzyszkę Ksymenę Łapacz, której partia powierzyła wyłapywanie przestępców systemu, z którego to zadania wywiązywała się wręcz wzorowo. Od dawna bowiem podejrzewano, że Beretuta musiał oś ukrywać, bo było tyle luk w jego życiorysie, co do których brakowało dowodów. 

Od razu przystąpiono do masowych przesłuchań. Bracia zakonni jak jeden mąż wsypali mnie, bo zadawałem się z podejrzanym i byłem z nim najbliżej. Całonocne przesłuchania w moim przypadku nic nie dawały, w związku z czym Łupacz zmieniła taktykę. Dała mi pozorną wolność, a niedwuznacznie obiecała seks i wystawną kolację – bylebym tylko powiedział, co wiem. 

A ja uparcie zeznawałem, że nie wiem, o co jej chodzi. W kółko powtarzałem, że ten starszy człowiek od momentu przyjścia do zakonu z jakiegoś nieznanego powodu mnie sobie upodobał. I tyle. Nic mi nie mówił, niczego nie przekazywał… Trwaliśmy razem w braterskiej modlitwie i dzieleniu się opłatkiem. 

 

12

   Po miesiącach męczących przesłuchań i cielesnego kuszenia towarzyszka Ksymena dała mi spokój – wiedziała, że coś ukrywam, ale nijak nie potrafiła ze mnie tego wyciągnąć. Bała się  degradacji z powodu braku wyników śledztwa, więc szybko skazano mnie na więzienie, licząc, że może za kratami opowiem któremuś z współosadzonych szpicli o tajemnicach Katalista. Ale ja nadal milczałem. Czas potrafi być sprzymierzeńcem człowieka i na fali odwilży złagodzono represje wobec Kościoła i wypuszczono mnie zza krat. 

Braciszkowie mnie nie przyjęli, przeczuwali bowiem, że z mojego dalszego pobytu w zakonie mogą być kolejne kłopoty.  

Więc poszedłem dalej. 

   Europoseł polał do kieliszków kolejna kolejkę. Ochroniarz spał na kanapie, oparty o naszą Karolę. Syn grał w jakąś grę na swoim komputerze – odgłosy strzelanin wypełniały całe poddasze. A na stole ciągle stała fiolka zawierająca niebieskawy płyn. 

– Jutro idziesz do roboty – zasyczała mi żona do ucha. – Nie szalej z wódką. 

– Jestem rozczarowany klasą robotniczą – ciągnął dalej europoseł. –  Ponad sztukę przedkładają konsumpcję, ponad kulturę materializm, a kult gwiazd popkultury ponad rozwój własnej duchowości. Bardzo mało kto jest zainteresowany per spe pieszą wędrówką, bo każdy jest właścicielem lepszego lub gorszego używanego samochodu i stąd komunikacja regionalna oraz międzywioskowa upadły. W najśmielszych snach socjalistyczni kacykowie nie przewidzieli nadchodzącej dyktatury samochodu. 

– Ale są też dobre strony tej sytuacji – wtrąciłem. – Człowiek jest bardziej niezależny i dzięki autu może załatwić więcej spraw.  

– Postępu pałą nie przegonisz….- zasromał się nasz gość. – Nie kochałem tego kraju po Drugiej Wojnie, droga pani, ale w nim żyłem, bo musiałem w nim dalej żyć. Nie było  możliwości wyjechania za granicę, ponadto mój umysł paliła wielka idea Katalista. Owszem, tamtej nocy, gdy Beretuta odszedł ,wylałem zawartość beczki między grządki zakonnego ogrodu, a jego notatki zabezpieczyłem od wilgoci i zakopałem za klasztornym murem w sobie tylko znanym miejscu. I nic nikomu o nich nie mówiłem. Aż do momentu, w którym… bieda zajrzała mi w oczy i byłem zmuszony skapitalizować wiedzę i wynalazek mojego guru. Naturalnie ku wielkiej radości rządzących, jak i bogaczy. Oraz mojej, bo po dziesięcioleciach klepania biedy wreszcie stanąłem na nogi i było mnie wreszcie stać na zakup szwajcarskiego zegarka. 

– Ale smut – wtrąciła żona, gdy europoseł na chwilę spauzował. 

– Smut? A co to znaczy, droga pani?

– To, że gada pan głodne kawałki bez żadnego ładu i składu. W sam raz dla przygłupiego elektoratu, któremu pan służy. 

– A które kawałki są według pani głodne? 

– Zaczynając od leku na raka, przez tę nieprawdopodobną formułę długowieczności.  A za chwilę opowie nam pan zapewne coś jeszcze bardziej nieprawdopodobnego. 

– A więc to tak – Chwędałka złapał się za serce. – Jest pani taka sama, jak te wszystkie inne baby: roszczeniowa. Ot co! Wydaje się wam, że pozjadałyście wszystkie rozumy i wszystko wiecie, a tak naprawdę…  

– Co proszę? – żona poczerwieniała na policzkach. – Co: naprawdę? 

– To proszę – przedrzeźnił ją nasz gość. – Myślałem, że to patriotyczny dom, pełen ciepła i dobroci… A tymczasem… 

– W patriotycznych domach próbuje się wykorzystywać cudze żony? Podrywa się nieletnie, bo są naiwne? 

– Odniosłem wrażenie, że niedawno była pani przychylną naszej znajomości z państwa córką. Z Wiktorią – dodał. To znaczy: z Karolą naturalnie – sprostował szybko. 

– Przychylną? A co niby miałam zrobić przy młodej? To tak wrażliwe pokolenie, że każda niezgoda z ich zdaniem prowadzi do traum i coraz dłuższych kolejek do lekarzy psychiatrów. Co się z nimi porobiło? – złapała się za głowę. – Ja za młodu miałam wielkie gówno, ale nie byłam tak… pochrzaniona, znaczy: zagubiona. To dobre słowo. Takie neutralne. A oni teraz mają wszystko, a wariują. Wiec jaki sens ma ten cholerny postęp cywilizacyjny, skoro każde kolejne pokolenie jest coraz słabsze i niebawem z trudem będzie wychodzić z domu, bo najzwyczajniej będzie się bało prawdziwego świata za drzwiami. 

– I tu jest pole do popisu dla polityków… 

– Niech pan nie będzie żałosny! Polityka to jeden wielki ściek, pełen pomyj i najgorszego brudu, czyli syfu. 

– A pan, co pan o tym myśli? – Jeromiusz spojrzał ma mnie uważnie. 

– Ja… 

 

13

– Co to ma za znaczenie, co myślisz? – krzyknęła żona, najwyraźniej na dobre wyprowadzona z równowagi. – Ten człowiek wciska nam taki kit, że się w pale nie mieści. Nie zauważasz tego? 

– Ależ droga pani, ja… 

– Daruj pan sobie, dobrze. Od początku lansuje pan straszną biedę, licząc, że damy się na to nabrać. 

– Mówiłem samą prawdę, jak na świętej spowiedzi! 

– I jeszcze ma pan czelność mieszać spowiedź do tego potoku bzdur i fantazji, które bardziej pasują mojemu młodocianemu synowi, niż dorosłemu, a na dodatek politykowi na tak wysokim stanowisku. 

– Z powodu nimbu romantyzmu w dziedzinie polityki człowiek nie dołącza do jakiejkolwiek partii – poza kilkoma zapaleńcami, oszołomami lub chcącymi coś zmienić na lepsze – w nadziei na życie w ubóstwie. Bo trzeba być więcej niż pewnym, że się dochrapie dużego szmalcu, a później nie będzie niczemu winien, gdy skończy mu się mandat i odejdzie od żłoba na zasłużoną emeryturę, naturalnie z niezłym majątkiem. Po to wymyślono władzę, droga pani. 

– Czyli jesteśmy tylko owcami do strzyżenia? 

– Do tego się to sprowadza. Albowiem tylko od dobrej woli polityków – królów rzeczywistości – zależy dobro rogacizny jak i nierogacizny w naszym kraju. Elektorat ma tylko dać legitymację rządzącym, że ich wybiera na kolejną kadencję, żeby w ich imieniu…

– Jak tak to proszę się wynosić z mojego domu! I to natychmiast! Nie mogę już więcej pana słuchać. 

Naszego gościa aż zatkało. Zsiniał na ustach, a po chwili niespodziewanie ściągnął gacie i zwalił szybkiego klocka na samym środku pokoju. 

– Jestem szybki, niczym pies rzeźnika – zarżał kretyńsko, uśmiechając się od ucha do ucha. – Nic mnie nie powstrzyma! 

– I przy okazji głupi jak but. 

– W przyszłym tygodniu przegłosujemy w Sejmie Daninę Narodową, którą zapłaci każdy Polak, nawet nieletni i dopiero co urodzeni. Więc i wy też ją uiścicie, haha! – zatryumfował. – Do kasy państwa wpłynie około siedmiu i pół miliarda złotych, co pokryje całe obecne zadłużenie kraju. I odtąd Ojczyzna będzie na zero i pozbędzie się kuli u nogi, którą uwiązały jej poprzednie rządy, aby nie mogła się ruszać, rozwijać i wreszcie: aby nie mogła rozpostrzeć swoich orlich skrzydeł. 

Żona zaczęła targać ochroniarza za ramię:

– Pan też niech już wypierdala! I to w podskokach, nim skończy się moja cierpliwość. 

– Ale… co się stało? 

– Porwali pana mocodawcę! – postraszyła go w zabawny sposób.  

– Chodź ze mną, mój wierny Piętaszku – krzyknął Chwędałka na cały głos – Tu nas najwyraźniej nie chcą. 

 

– Kurwa, hał, hał! – usłyszeliśmy wyraźny szczek psa dobiegający z dworu. 

– O, jest i mój gadający pies, haha! – ucieszył się na cały głos europoseł. – To teraz jesteśmy w komplecie! 

I faktycznie: wsiedli do limuzyny razem, jak jeden mąż, by po chwili z piskiem opon zniknąć za zakrętem ulicy w świetle pierwszych promieni wschodzącego słońca. 

– No i huj, no i cześć – mruknąłem cicho, aby nikt mnie nie usłyszał. – Huj strzelił bombki. 

 

   Nie zważając na dużą kupę na środku salonu żona podskoczyła do stołu, szybko odkręciła fiolkę, pozostawioną przez naszego gościa i łyknęła całą jej zawartość na raz. 

Błysnęło, jak podczas burzy, jej oczy zaświeciły na niebiesko i upadła na wznak. Szybko zadzwoniłem po pogotowie. 

 

KoNiEc

Dobra Cobra

Lipiec 2025

 

Image: Freepik.com