Nieprzeparty marsz 1

 

– Idę umyć rączki, by nie mieć rzeżączki – zażartował Sprytny Radek, mężczyzna poznany całkiem niedawno w nocnym barze U Ludwika. 

Anabela Figarska posiadała mocne ciało, stworzone w sam raz do uprawiania miłości. Masa i ciężar zapewniały wręcz idealną stabilizację podczas damsko – męskich zabaw. Chude wywłoki nawet nie zdawały sobie sprawy, jak bardzo były narażone na maltretowanie, przemoc fizyczną, rzucanie po ścianach, obijanie o drzwi, zwichnięcia i złamania, co Anabeli nigdy nie groziło i grozić nie mogło dzięki jej puszystym kształtom. Duże ciało potrafiło wytrzymać zadziwiająco wiele szaleństw i wyszukanych cielesnych eksperymentów.

Dziewczyna zdjęła koszulę i położyła się na boku. Powoli przesunęła dłonią po wydatnych kształtach, by na koniec mocno ścisnąć pośladek.

 

Obecność Sprytnego Radka sprawiała, że jej uda wilgotniały. Był żylastym facetem, a takich lubiła najbardziej. Tacy nie odpadają podczas podniecających mocowań na tapczanie, jak większość mamisynków z brzuszkiem. którzy do niej najczęściej startowali. Znała ich wszystkich na wylot jak zły szeląg. Słabiaki!

Anabela rozłożyła szeroko nogi. Pragnęła być najpierw dokładnie wylizaną, co zawsze dawało jej cielesne spełnienie. Jeśli mężczyzna spisał się na tym polu, była gotową zgodzić się na wszystko, czego tylko partner zapragnął. Na dodatek podobało jej się Radkowe poczucie humoru. 

– Idę umyć rączki… – przypomniała sobie żart i uśmiechnęła się szeroko.

 

Po chwili nerwowo zmieniła pozycję. Leżąc na brzuchu pomyślała, że przecież nie każdy facet lubi, jak od razu pokazuje mu się szeroko rozwarte wrota do raju. Niektórych to wręcz odstręcza! Co za świat, każdy facet inny i do każdego trzeba znaleźć właściwy kluczyk. Może w tym wypadku kusząco wypięta pupa będzie najlepszą opcją?

Ujęła ją rzadka Radkowa przypadłość: polidaktylia przedosiowa, czyli nadliczbowe kciuki. Był więc mężczyzną wprost wymarzonym do lajkowania na fejsie! Ponadto codziennie dojeżdżał do pracy czterdzieści dwa kilometry na rowerze – co było niechybną oznaką męskości, siły i zwierzęcej  witalności.

 

   Czyżby jednak dzisiejszy partner zrejterował? Minęło już przecież dobrych kilka minut od czasu, gdy wszedł do łazienki. Może podgania swego malucha, by wyjść z nim dumnie sterczącym, niczym stylisko od łopaty? Narcyz! Da mu jeszcze trochę czasu, nigdzie się przecież nikomu nie śpieszy. Oczekiwanie spełnienia powodowało u niej coraz większy dreszcz emocji.

 

   Anabela usiadła na tapczanie i przez dłuższą chwilę nasłuchiwała. Zaniepokojona narzuciła na siebie koszulkę i ostrożnie zastukała do łazienki. Nie lubiła takich sytuacji. Może nie chce mu stanąć? A może podgonił za bardzo i jest już po robocie? Oj, to by nie było dobrze!

 

Przez dłuższą chwilę nikt nie odpowiadał. Dziewczyna zrobiła cierpiętniczą minę, spojrzała błagalnie w górę i powoli nacisnęła klamkę. W środku nie zastała nikogo. Po ścianach nadal biegała nieuporna pląsawica oczna Sprytnego Radka. Szeroko otwarte okno wpuszczało chłodne, wieczorne powietrze. Zdziwiona Anabela ostrożnie wyjrzała na zewnątrz. 

 

To, co zobaczyła w chwilę później zapamięta do końca swoich dni. W niekontrolowanym, pierwotnym przerażeniu krzyknęła najgłośniej, jak tylko umiała. 

 

Dobra Cobra przedstawia dziś opowieść akcji, na poły jednak nieco fantastyczną o – dla większej zmyłki – nieco pompatycznym tytule:

 

Nieprzeparty marsz 1

 

Jeśli zanurzasz wiadro w morzu i wyławiasz samą wodę, to nie znaczy, że ryby nie istnieją.

 

2

   Szpital psychiatryczny, położony w Skurwysynowie Dolnym – jednym z najbrzydszych miast w północnej części Polski – był taki sam, jak całe miasteczko: potwornie brzydki i odstręczający. Utworzony wiele dekad temu według wizji jakiegoś komunistycznego kacyka, pobłogosławiony przez partię oraz naród, przyjmował przypadki lekkie, acz nie beznadziejne. Rozdwojenia jaźni, schizofrenia, zagubienie płciowe – tym zajmował się wyspecjalizowany zespół lekarzy i pielęgniarek. Zapomniane przez resort lecznictwa miejsce latami trwało jako placówka lecznicza tylko dzięki wielkiej sile socjalistycznego podpisu. 

 

Dyrektorka placówki, wraz z wiernym żeńskim personelem medycznym, przez całe wakacje zajęta była grą w kapsle. Codziennym zawodom na świeżym powietrzu towarzyszyły wielkie emocje. Każda z pań dysponowała sześcioma kapslami, które symbolizowały drużyny narodowe. W ferworze zmagań sportowych czasami zapominano nawet o codziennych szpitalnych obowiązkach. Ale te przecież mogły poczekać, wobec wrażeń związanych z wyścigami. 

– Płaczesz i jedziesz! – pokrzykiwała Dyrektorka na ślamarzące się po asfalcie podwładne. 

 

   Pacjenci najczęściej sami musieli zajmować się sobą. Solidne, choć stare ogrodzenie chroniło ich od niebezpieczeństw świata zewnętrznego, a wielki, zarośnięty park, zachęcał do spacerów w nieznane. 

Chutliwa Eliza tańczyła pod drzewem, zdejmując w rytm kroków kolejne części ubrania. Gdy była już całkiem naga, poszła do kotłowni, by odwiedzić palacza Marcelego. Nad ranem w całym ośrodku znów zabrakło ciepłej wody.

Szmergnięty Tadeusz – wiejski sierota pod pięćdziesiątkę, któremu swego czasu pomieszały się klepki w głowie – z zapałem haftował serwetki. Z nim też nie było nigdy żadnych, nawet najmniejszych problemów. Wystarczyło podać mu dwa razy dziennie zapisane leki. Nie lubił tylko cowtorkowego czyszczenia odbytów, nadzorowanego przez Dyrektorkę. Raz przywalił salowemu tak mocno w twarz, że w miejscu, gdzie uderzył, przez dwa tygodnie nie rósł zarost.

Fiśnięty Romuald, niegdyś zapowiadający się na wielkiego polityka, pacjent szpitala niemal od początku jego powstania szpitala, był ślepo zakochany w Dyrektorce. Raz, pytając o coś, dotknął  ramienia kobiety, na co ta zaczęła przeraźliwie krzyczeć:

– Zboczeniec! Ratunku i pomocy!

 

Od tamtej pory mężczyzna unikał ludzi. Poza sezonem grzewczym mieszkał we własnoręcznie zbudowanym domku na drzewie. Pewnego razu skądś przyplątał się do niego bury kot, ale jak tylko Romuald go pogłaskał, zwierzę zaraz zdechło.

 

Na to wszystko ze swojego łóżka, postawionego pod zakratowanym oknem, spoglądała skulona wariatka Adela. Przywieziona przez rodzinę kilkanaście lat temu i zostawiona sama sobie, bała się opuszczać bezpieczną salę, pomalowaną na biały kolor. Była nader baczną obserwatorką szpitalnego życia. 

 

– No, to naprzód! – zawołała Dyrektorka na cały głos, rozpoczynając kolejną rundę kapslowych zmagań. Panie pochyliły się nad wytyczonym kredą torem, pełnym zdradliwych zakrętów i podstępnych chodnikowych dziur.

 

Nie mogła w nich wziąć udział pielęgniarka Aldona. Poprzedniej nocy bowiem zaszła w ciąże i od tej pory musiała się bardzo oszczędzać.  

 

3

   Z doliny rabskiego potoku, położonego nieopodal bieszczadzkiego Baligrodu, wychodzili pojedynczo. Jeden za drugim. Powoli. Szli w rzędzie, nie zwracając uwagi na otoczenie. Przemieszczali się jakby w transie, z jednakowo pochylonymi ku ziemi głowami. Byli podobni do ludzi, no, może trochę od nich szczuplejsi i nieco niżsi. Gdy po dwóch dniach czoło marszu zbliżało się do Rzeszowa, na drugim jego końcu z wody wychodzili następni. I następni. Jeden za drugim w nieprzerwanym pochodzie gęsiego. 

 

Pierwszym człowiekiem, którego Istoty napotkały, był Sprytny Radek. Akurat wyglądał przez okno łazienki, szczerząc zęby i starannie myjąc pachwinę szarym mydłem o zdrowym zapachu. Mężczyzna zdziwił się niepomiernie, gdy tylko je zobaczył. Nigdy bowiem czegoś takiego nie zaobserwował na własne oczy. Natychmiast przerwał pucowanie krocza, próbując sobie przypomnieć, czy służby mundurowe z najbliższej okolicy nie ogłaszały ostatnio jakiegoś masowego protestu. Może policjanci? Listonosze? Albo inkasenci elektrowni?

Wszyscy z przybyłych byli bowiem koloru niebieskiego. 

 

   Sprytny Radek zdał sobie sprawę, że z powodu blokady układu nerwowego, a może zaczarowania przez nadchodzących, nie mógł postąpić ani jednego kroku do przodu lub do tyłu. W tym momencie  nie myślał w tej chwili o Anabeli, obiecująco oczekującej na tapczanie. Nie myślał też o kierowniku zakładu, w którym pracował. Nie zaprzątał sobie głowy codziennymi rozmyślaniami egzystencjalnymi, ani wynikami meczów, ani niespełnionymi marzeniami o używanych samochodach produkcji niemieckiej. Nie chciało mu się też w tym momencie palić. Po prostu stał, jak ten przysłowiowy baran. 

 

Gdy pierwszy Niebieski zetknął się z jego ciałem, poczuł zimno. A w chwilę później również mokro, gdy istota przeszła przez niego i pomaszerowała dalej w sobie tylko wiadomym kierunku. A Radek nadal stał jak wmurowany, nie mogąc zrobić kroku. By po chwili upaść. 

 

4

– Czy dobrze znała pani pana Radosława?

Anabela miała już tego wszystkiego dość. Bo ile ciosów losu może znieść porządna dziewczyna w jeden ranek? Najpierw nie doczekała się upragnionego seksu, później fatygant zmienił kolor na niebieski, przestał gadać i leżał, jak słup soli, a na koniec ten przygłupi policjant usiłował wyciągnąć z niej zeznania. Ale o czym tu opowiadać? 

Przemiana Sprytnego Radka przeraziła ją do żywego. Co mogła zrobić w takim momencie? Co na jej miejscu mógłby zrobić ktoś inny? Lecieć do księdza? A może do psychologa? Do sołtysa? Wybrała policję. 

 

– Powtórzę pytanie: czy znała pani dobrze pana Radosława?

– Był moim…no, znajomym moim był. Niedawno poznanym znaczy. 

– Niedawno poznanym… – zamyślił się funkcjonariusz. – Więc nie wie pani, czy… hmm, przemieniony nie miał czasem ciągot do koloru niebieskiego, prawda?

– A skąd niby miała bym to wiedzieć? Jak się ludzie poznają, to zapewne ostatnią rzeczą byłoby gadać o kolorach, gdy…

– To pani interpretacja.

– Niech pan władza pozwoli, że go spytam: czy jak pan władza poznał swoją przyszłą żonę, to też na początku z nią znajomości nie myślał o niczym innym, jak…

– To nie ma żadnego znaczenia w śledztwie! – przerwał jej szybko oficer. – A czy może podczas ostatniego wieczoru w barze U Ludwika przedmiot śledztwa, czyli pan Radosław, nie konsumował francuskich serów pleśniowych w podejrzanym kolorze? Może popijał niebieską wódkę? – dociekał.

– Proszę pana, U Ludwika nie podają wódek w tym kolorze. Z tej prostej przyczyny, że tutaj nie sprzedają się takie wielkomiejskie wynalazki. Tutaj ludność…

– Proszę nie zbaczać z tematu, droga pani. A może podejrzany… to jest: denat… To jest…  przepraszam: przemieniony. Czy zatem pan Radosław, dalej zwany przemienionym, cierpiał może na brak kontaktów międzyludzkich. Bo rozumiem, że państwa spotkanie…

– Teraz jest dwudziesty pierwszy wiek, i ludzie, żeby się przespać ze sobą, nie potrzebują zgody rodziców czy księdza! – wypaliła obrażona Anabela.

 

– Rozumiem – mruknął policjant, skrobiąc coś z zapałem w służbowym notesie. – Czyli obywatel przemieniony nie przejawiał ciągot do koloru…

– A skąd, do jasnej cholery, mam to wiedzieć! Nie rozumie pan, że poznałam przemie…. to jest Radka poprzedniego wieczoru i nijak nie mogłam tego…

– Może kręciła go niebieska flaga Unijna? 

– Z tego, co mówił, był zagorzałym przeciwnikiem tego zlepku krajów, które zrzekły się swojej suwerenności, by…

– A więc pani coś jednak wie!

– Gówno tam wiem…

– Proszę się nie wyrażać przy funkcjonariuszu. Upominam panią!

 

– Panie policjancie – westchnęła. – Z całych sił staram się pomóc w pańskim śledztwie. I tak głęboko myślę, co mogło wpłynąć na to, że… – przerwała. – Chwileczkę… Coś sobie chyba jednak przypominam…

– Tak?

– Radek wspomniał, że się strasznie wkręcił z turecki serial o średniowiecznych Turkach, lecący w telewizji.

– Aha! Mamy więc poszlakę! – tryumfował śledczy. – Od tego się niewinnie zaczyna! Niebieskość zaczyna się od takich właśnie anomalii i drobiazgów. A później powoli się rozprzestrzenia, by w końcu wybuchnąć i…

 

5

   W domowym zaciszu żongler cyrkowy Patafian Śmiłobłędzki przygotowywał przebojowy numer na nowy sezon artystyczny: żonglowanie sześcioma jeżami. Oczami wyobraźni już widział zachwyconą publikę, bijącą gromkie brawa. Zauroczone dzieci, uradowane matki, ojcowie, babcie i dziadkowie… Nadchodzący sukces zapewne otworzy też oczy dyrektorowi cyrku i Patafian z pewnością wreszcie dostanie przyczepę do własnej dyspozycji. I nigdy już więcej nie będzie narażony na nocne ataki gazów otyłego tresera słoni.

 

Nagle do pokoju przez ścianę weszła niebieska postać. 

– Jak to możliwe? – zbaraniał Śmiłobłędzki.

Istota zbliżyła się powoli, by po chwili wejść w ciało artysty cyrkowego. Patafian poczuł chłód i wilgoć. A po chwili upadł na podłogę, wypuszczając z rąk cztery z sześciu jeży, które szybko poukrywały się po ciemnych kątach pokoju.

 

*

– Ja też kiedyś byłam dziewicą – westchnęła Bronisława Chmuć, wpatrując się w obraz Najświętszej Panienki, zawieszony w bocznej nawie kościoła pod wezwaniem Świętego Maurycego z Tarnowa. – Ale kiedy to było…

Lekko dygocąc, z powodu porannego chłodu, emerytka niespokojnie oczekiwała na rozpoczęcie rorat. Ksiądz coś się dzisiaj opóźniał, a tu wierni marzną. Może to i prawda, co ludzie gadali, że proboszcz nadzwyczajnie lubił wódeczkę i ostatnio z coraz większym trudem wykonywał posługę duszpasterską? 

 

– Przepraszam, że spytam – Bronisława Chmuć kontynuowała cichy monolog z obrazem – ale jak to robisz, że ciągle jesteś nazywana Dziewicą, pisaną przez duże D? Bo przecież stoi jak byk w Ewangelii, żeś miała jeszcze innych synów, oprócz naszego Pana, nie? Tylko żadni księża jakoś dziwnie nie chcą o tym rozmawiać…

Naraz z zakrystii wyszły niebieskawe postacie. Powoli rozejrzały się wokoło, i gdy zauważyły samotnie siedzącą na ławce emerytkę, skierowały kroki w jej stronę. 

 

– Janiołowie… – jęknęła kobieta, popadłszy w zachwycenie. 

 

*

   Marian już piątą godzinę leżał z siekierą wbitą w środek głowy. Minie jeszcze pięć dalszych godzin, gdy odnajdzie go lokalny leśniczy i bardzo się zdziwi.

 

Grzybiarz Marceli wyszedł z lasu i stanął na środku drogi.

 

Bogacz Mateusz mknął przed siebie pięknym autem marki Bugatti. Właśnie wracał ze stolicy, gdzie dokonał kolejnego przeglądu okresowego, kosztującego go dokładnie siedemdziesiąt osiem tysięcy złotych. Wymienił też zużyte specjalne opony, których zmianę producent zaleca co dziesięć tysięcy przejechanych kilometrów. Podczas jazdy z maksymalną prędkością mogą się one zużyć w około piętnaście minut. Dał za nie równo sto pięćdziesiąt tysięcy. Niestety, przy co czwartej wymianie – co właśnie miało miejsce w samochodzie Bogacza Mateusza – trzeba też kupić nowe obręcze za całe sto osiemdziesiąt pięć tysięcy złotych. Pieniądze zobowiązują.

Ale co tam! Kto bogatemu zabroni? Przecież na jego dobrobyt pracują na śmieciowych umowach tysiące sprytnych polskich mrówek. 

 

Nagle Bogacz Mateusz zauważył stojącego na szosie faceta.

– Co za skurwysyn staje mi na drodze? – pomyślał kierowca i zdjął nogę z gazu. Zatrzymał się obok stojącego i już miał go zjebać, niczym burą sukę, gdy z przerażeniem zobaczył, że koleś jest od stóp do głów niebieski.

 

6

– Wiesz, co mnie zawsze weseli? Nabijanie się z pH skóry innych ludzi – zaśmiał się głęboko naukowiec, profesor Tadeusz Czaja. – Wcale nie wiedzą, jak zachowywać odpowiednią równowagę kwasowo – zasadową! 

– Ależ pan to jest – odpowiedziała, może nieco zbyt głupiutko, jego piękna asystentka Katarzyna Wahacz.

Od kiedy rozpoczęła pracę w ośrodku naukowym u boku profesora Czai, zakochała się w nim bez pamięci. By zwrócić na siebie uwagę ubierała kuszące stroje, wysoko odkrywała obłędne nogi, zakładała coraz ściślejsze push-upy, które sprawiały, że jej piersi prawie wyskakiwały z dekoltu. Wszystko na nic! Profesor był całkowicie oddany tylko i wyłącznie nauce. 

 

Katarzyna nie raz zakradała się wieczorami pod dom przełożonego, stojący na uboczu pod lasem, mając nadzieję, że może w ten sposób będzie mogła znaleźć się „przypadkiem” w jego alkowie. Jednak nocami profesor z poświęceniem polował na jednorożce, by później je doić i pić ich ciepłe mleko. A Wahacz miała – niesłabnącą mimo wieku i obietnic lekarzy – alergię na nabiał. 

Wpadała jednak często na poranną jajecznicę, którą uczony smażył z dwunastu wiejskich jaj, i którą   chętnie dzielił się z asystentką. Po takiej potrawie krew jeszcze szybciej buzowała w żyłach dziewczyny. Wtedy asystentka mocna ściskała udami podstępnie poświęconą w Wielkanoc prezerwatywę, którą zawsze trzymała w pasie od pończoch. 

 

Jednak szczęście i spełnienie nie nadchodziło, mimo, że dwa razy dwa w tym równaniu wynosiło dokładnie cztery, z siedmioma zerami po przecinku. Przynajmniej według wyliczeń Katarzyny. 

 

7

Od samego rana na placu szpitala psychiatrycznego Dyrektorka pokrzykiwała na pracownice.

– Rysujemy nowy tor! Szybko! Tamten był już do dupy i się rozmazał! Ruchy, dziewczynki. Raz, raz, raz!

 

Rehabilitantka Bożena, terapeutka Wiesława i pielęgniarki z zabiegowego uwijały się, jak w ukropie, by za pomocą szkolnej kredy dokładnie przenieść pomysły przełożonej na chropowaty asfalt.

– I tak deszcz weźmie i to wszystko zmyje – mruknęła wariatka Adela, spoglądając na niebo. Na razie nie było na nim ani jednej chmurki, ale niezawodny ból w nodze alarmował o realnej możliwości nagłej zmiany pogody.

– Płaczesz i jedziesz! – pokrzykiwała z oddali Dyrektorka.

 

W poczekalni ambulatoryjnej pojawili się Kopnięty Zenon Brzuch i Kazik Wałach, zwany Świrem. Oczekiwali na zalecony przez lekarza pomiar ciśnienia. Niestety, pielęgniarka Roksana, odpowiedzialna za to badanie, zajęta była emocjonującą grą w kapsle.

– I wtedy zadzwonił do mnie dentysta. Już się przestraszyłem, że może zostawił w jamie ustnej jakieś narzędzie, ale na szczęście chodziło tylko o mojego psa – opowiadał koledze pełen emocji Fiśnięty Romuald.

– Zoofil?- zadrżał Szmergnięty Tadeusz. – E, to jeszcze nic, kurna. Jak raz Dyrektorysia się ze mnie wyśmiewała, że mam babskie majtki, kurna, to przytuliłem ją do muru, by ją uspokoić, nieszczęśliwie rozcinając sobie przy tym rękę. Pojawia się krew, kurna, a ta piłuje na cały głos, że mam cieczkę i że chcę ją przelecieć. Widzę, że lecą sanitariusze, więc, kurna, luzuję uścisk, bo z wariatką to nigdy nic nie wiadomo. A ona nieoczekiwanie zrywa ręcznik ze sznurka, zarzuca mi go na głowę i krzyczy „pokaż co potrafisz, buhaju!” To co byś pan zrobił na moim miejscu? 

Naraz na mężczyzn spadł deszcz monet.

 

– Naaaaa! Geld Umtauschen! GELD UMTAUSCHEN!!! – darł się wniebogłosy skrzywiony psychicznie dawny nauczyciel niemieckiego, znany wszystkim pod ksywką: Na. – Geld Umtauschen!

 

Jego leczenie będzie musiało potrwać o wiele dłużej niż początkowo zakładano. Podczas wieloletniej pracy w szkole zawsze nosił przy sobie procę oraz finkę, dobrze ukrytą w dużym bucie. Pewnego dnia, w przypływie impulsu – oraz dlatego, że jeden z uczniów zaczął się stawiać i nie miał pracy domowej –  pociął mu sznurówki na bardzo krótkie kawałeczki.

 

  8

   Radio i telewizja nadawały coraz dramatyczniejsze relacje z terenów objętych marszem Niebieskich. Wglądało to na pełną grozy, tajemniczą epidemię, w wyniku której każde zetknięcie z obcą Istotą kończyło się dla człowieka zmianą koloru i natychmiastowym omdleniem. Policja, wojsko i gwardia narodowa próbowały schwytać choć jednego najeźdźcę, lecz bezskutecznie. Każdy z zatrzymanych z powodzeniem oswobadzał się z pułapki, przechodząc przez metalowe kraty, ściany drewnianych skrzyń, krępujące go liny czy szklane zapory. 

 

Obcy zbudowani byli najprawdopodobniej z substancji podobnej do wody. Z tą różnicą, że bez problemu potrafili przechodzić przez mury czy blachę. Od razu pojawiły się prawicowe porównania do istot niematerialnych, które być może przybyły z zaświatów, by zniszczyć mieszkańców Ziemi za ich grzechy. Inni obserwatorzy wskazywali na atak sił rosyjskich, bliżej nieokreślonych separatystów, terrorystów czy mafii. Tylko nieliczni upatrywali w tych zdarzeniach podstęp Unii Europejskiej. Wszak ona miała dokładnie takie same barwy w swojej fladze. 

 

Dzwony w kościołach waliły na trwogę od rana do wieczora. Księża z pianą na ustach wykrzykiwali z ambon o zmaterializowanej sekularyzacji, za którą z pewnością stał duch niewiary, chcąc ją zaszczepić w ducha jedynie słusznego i jedynego, polskiego katolicyzmu.

Partie prawicowe oskarżały przeciwników politycznych o prowokację. Ateiści czuli wewnętrznie, że zgubiła ich niewiara. Sybaryci znów byli pewni, że z tego powodu odebrane im zostaną: zbytek, wygody i przyjemności życia.

 A tajemnicze Istoty szły nieprzerwanie naprzód, zostawiając za sobą opustoszałe tereny. Z doliny Rabskiego Potoku, wciąż wychodzili nowi Niebiescy. Idąc w milczeniu, rządkiem, jeden za drugim, budzili grozę wśród całego społeczeństwa. Żadna z Istot nie podnosiła przy tym głowy ani nie wydawała żadnego, najcichszego nawet dźwięku.

 

Specjalne jednostki, z zachowaniem najwyższych środków ostrożności, zabierały omdlonych ludzi  do specjalnych stref, gdzie próbowano przeprowadzać pierwsze badania ich stanu zdrowia. Poza tym, że byli niebiescy i nieprzytomni, nic innego im nie dolegało. Przynajmniej do tej pory. 

 

Ludzie w wielkiej panice masowo opuszczali zamieszkane tereny, tratując się nawzajem, ginąc w wypadkach drogowych i odchodząc od zmysłów. Ogłoszono stan klęski narodowej. W sprzedaży zabrakło produktów spożywczych i benzyny. Apteki były szturmowane przez społeczeństwo, które latami przyzwyczajano do ciągłego brania lekarstw na każdą, nawet wyimaginowaną lub wmówioną, dolegliwość. Wierzono więc powszechnie, że i na tę plagę z pewnością wymyślono jakieś pastylki. Najgorszy jednak był permanentny brak wódki i piwa.

W ramach solidarności NATO zrzuciło z wysoko lecących samolotów parę półtonowych bomb na dolinę, skąd wychodzili Obcy. Ale i to nie zdołało zatrzymać przerażającego pochodu Niebieskich. 

 

Jednak najgorsze miało dopiero nadejść.

 

C.d.n

 

Dobra Cobra

wrzesień 2015

 

Opowiadanie dostępne także jako audiobook:

Vector image by VectorStock / Clusterx