Parowozownia 1

 

 

Nasze niewielkie miasteczko, niegdyś słynne w regionie z obecności ważnego węzła komunikacyjnego, jest dzisiaj smętne i opustoszałe. Większość mieszkańców wyemigrowała na Zachód w poszukiwaniu lepszego lub jakiegokolwiek zarobku. Dla tych, którzy pozostali czas się zatrzymał. Czekają wciąż w kolejce na odmianę losu, gestykulując w miałkich rozmowach przed istniejącym odwiecznie sklepem spożywczym. Ich wytarte kurtki, ich niemodne, skryte pod stylonowymi fartuchami, sukienki noszą w sobie pamięć tętniących życiem lat świetności.

 

   W tamtych czasach zabudowania kolejowe graniczyły z rozległymi państwowymi łąkami, na których podczas wakacji wypasałam z babcią krowy. Z nudów obserwowałam nieustannie zmieniające się konfiguracje wagonów towarowych lub osobowych – ich rozdzielanie, przestawianie i ponowne przyłączanie do nowych składów. Z położonego nieopodal dworca dobiegały trzeszczące zapowiedzi przyjazdów i odjazdów pociągów. Ich rozkład poznałam z czasem na pamięć. Jednak obiektem mojej szczególnej fascynacji była parowozownia. Ten majestatyczny, osmolony dymem lokomotyw budynek pociągał mnie tajemniczością ogromnych wnętrz, z których codziennie o godzinie czternastej wychodziła grupa robotników kończących pierwszą zmianę. Podziwiałam ich silne, muskularne ramiona, wyłaniające się z białych podkoszulków torsy i poważne, przyozdobione wąsami twarze. 

 

– Takiego męża chcę mieć, gdy dorosnę –  marzyłam głośno. Na te słowa babcia zwykle przytulała mnie do pachnącej zjełczałym masłem kamizelki i gładziła po włosach, smutnie wzdychając. Zupełnie, jakby coś przeczuwała…

 

Dobra Cobra przedstawia dziś opowieść modernistyczną, a także wyzwoloną, pochodzącą z terenów zbliżonych do wiejskich oraz kolejowych, pt.

 

Parowozownia 1

 

 Mężczyzna zawsze ma sześć lat.

Andriej Konczałowski, wybitny reżyser rosyjski.

 

2

   Bonawenturę Mykruta poznałam w drugim tygodniu praktyk zawodowych, na które zostałam oddelegowana ze szkoły wprost do wymarzonej parowozowni. Chichocząc z powodu jakiejś podstępnej plotki, szłam razem z koleżankami na przerwę śniadaniową, gdy natknęłam się na uporczywe spojrzenie niewysokiego lecz dobrze zbudowanego mężczyzny. Stał, trzymając w dłoniach metalowy klucz, niemal tak duży, jak on sam i przewiercał mnie wzrokiem na wylot. Już od samego spojrzenia poczułam się naga i bezbronna. A gdy jeszcze dziarsko zakręcił czarnego wąsa – omal nie upadłam na brudną od smarów posadzkę. Spłonąłwszy rumieńcem, podbiegłam do ogólnodostępnego kraniku, by wodą sodową, zwaną przez wszystkich gruźliczanką, ochłodzić rozpalone wnętrze.

 Jeszcze tego samego dnia Mykrut przyszedł rozmówić się z moimi rodzicami. Dom pod lasem, trochę inwentarza, cztery hektary pola, duża łąka i dobrze płatna praca na kolei wystarczyły, by bez zbędnych zabiegów uzyskał zgodę na zaręczyny.

 

3

   Po zaręczynach Bonawentura zabierał mnie na sobotnie zabawy w remizie, kupował pączki i lemoniadę, tańczył tylko ze mną, nie odstępując na krok, a o dwudziestej drugiej odprowadzał do domu, by dotrzymać słowa danego rodzicom. Zafascynowana doświadczaną po raz pierwszy w życiu męską troskliwością, coraz bardziej przekonywałam się co do słuszności podjętej decyzji. 

Nie przeszkodziło mi to zauważyć, że na zabawach pojawiał się pewien nieśmiały młodzieniec przyjeżdżający z pobliskiej wsi. Przyłapywałam jego ukradkowe, pełne gorąca spojrzenia i zaintrygowana, czekałam na okazję do zawarcia znajomości. Wreszcie, gdy Mykrut któregoś razu długo nie wracał z toalety, chłopiec zaprosił mnie do tańca. 

– Karol jestem – przedstawił się nerwowo. Czułam drżenie jego spoconej dłoni, niezdarność każdego kroku i cebulowy oddech, gdy nachyliwszy się do mojego ucha, wyszeptał: – Bardzo lubię polskie kino… 

– Ja je wprost uwielbiam – odparłam, ale z powodu panującego hałasu nie miałam pewności, czy moje słowa zostały usłyszane.

 

Nie było nam dane dłużej porozmawiać. Zazdrosny narzeczony powróciwszy z ubikacji, zareagował bardzo agresywnie, wyciągając Karola z sali i rozprawiając się z nim, jak twierdził „po męsku”.

Z jednej strony cieszyła mnie opiekuńczość przyszłego męża, z drugiej niepokoił fakt tak brutalnego potraktowania niegroźnego przecież młodzieńca. 

 

Bonawentura postanowił dłużej nie zwlekać z przypieczętowaniem zaręczyn. Z tamtego wieczoru pamiętam tylko szorstki materiał marynarki, którą rozłożył na łące, mdlący zapach łubinu, ból i w końcu rozpacz z powodu czerwonej plamy na nowej sukience. 

 

4

   Siłę pięści Mykruta poznałam w trzecim dniu po weselu. Przeżywając wciąż świeże emocje zamążpójścia, nie przygotowałam na czas obiadu. Przyczyną kolejnych kar była zazwyczaj moja opieszałość lub roztargnienie. A to nie wyprałam mężowskich ubrań, a to przypaliłam obiad. Innym razem nie zdążyłam wrócić z miasta na dojenie krowy, która dostała zapalenia wymion i od tej pory nie dawała już tyle mleka, co wcześniej. Przy każdej okazji mąż uczył mnie uległości.

   Dzieci przychodziły na świat w równych odstępach. Jak to mówią: „co rok to prorok”. Nigdy nawet nie przypuszczałam, że z obcowania fizycznego można mieć jakąkolwiek satysfakcję, lecz nauczona podporządkowania, zgadzałam się na zbliżenia pomimo piekącego bólu, jaki odczuwałam. Bonawentura niemal codziennie dążył do współżycia, najczęściej po kolacji, gdy położyłam dzieci do łóżek, oporządziłam inwentarz i zmęczona marzyłam o śnie. Szybkim, niecierpliwym ruchem zgarniał serwety, rozkładał mnie na stole i brał dla własnej przyjemności. 

Zaspokojony ześlizgiwał się i bez czucia spadał z hukiem na podłogę. Z ogromnym wysiłkiem zaciągałam go do skrzypiącego małżeńskiego łoża, by czasem nie złapał wilka. Inaczej na pewno oberwałabym jeszcze przed nastaniem świtu.

 

5

   Lata płynęły, dzieci dorastały, rodziły się nowe, a każde zbliżenie z mężem nadal bardzo bolało. Cóż było jednak począć? Obowiązek małżeński to obowiązek i już. 

Materialnie żyło się nam coraz lepiej, odnowiliśmy dom, dokupiliśmy krowę, byłam więc całkiem zadowolona. Znając drażliwe punkty charakteru Mykruta, potrafiłam już unikać bolesnych w skutkach awantur.

 

   Niejednokrotnie odwiedzałam parowozownię, by przynieść mężowi drugie śniadanie. Nadal lubiłam to magiczne dla mnie miejsce. Jednak w wyniku reorganizacji zakład został zamknięty, a Bonawentura służbowo przeniesiony do dużego miasta. Codziennie spędzał prawie cztery godziny na dojazdach i powrotach z pracy. Miałam teraz więcej czasu dla siebie. Ponadto starsze dzieci potrafiły już zająć się młodszymi i pomóc przy gospodarstwie. 

 

   Odkąd w naszej wsi pojawiła się telewizja, w każdej wolnej chwili chłonęłam jej filmowy przekaz. Wraz z celuloidowymi bohaterami cieszyłam się i płakałam, wzruszałam i kochałam, wielokrotnie bez wzajemności. Ulgę od obowiązków dnia codziennego znajdowałam także w zbieraniu ziół, które w dużych ilościach porastały pobliskie tereny kolejowe. 

Przebywając w samotności czułam się wolna i odprężona. Wiedziona nostalgią zaglądałam czasem do opustoszałej parowozowni. Światło słoneczne przenikające przez na wpół powybijane, ciemne od sadzy szyby, nadawało blasku brudnym, łuszczącym się ścianom. Zwykle przysiadałam na starych, połamanych skrzynkach i obserwowałam krążące pod sufitem jaskółki dymówki. 

 

Rozpoznałam też miejsce, gdzie po raz pierwszy zobaczyłam Mykruta. Kranu z wodą sodową już od dawna nie było. Ktoś go pewnie zdemontował i oddał na złom. Brakowało też dużych butli z dwutlenkiem węgla, który dodawał wodzie tak pożądanych bąbelków.

 

6

   Pewnego dnia w jednym z dawnych pomieszczeń gospodarczych parowozowni znalazłam świeże skórki z cytryny. 

Kto i po co ją tutaj obrał? Gdybym ja spożywała drugie śniadanie, przysiadłabym raczej w nasłonecznionej hali niż w tym zatęchłym zakątku. A w ogóle to cytryna na drugie śniadanie? Do herbaty? A skąd prąd do podłączenia grzałki…

Zastanawiałam się wieczorem nad tym niecodziennym znaleziskiem, szorując spracowanemu mężowi plecy podczas kąpieli w balii. Tajemnica nie dawała mi spokoju do późnej nocy. Leżąc w łóżku, przewracałam się z boku na bok i snułam różne wizje. Postanowiłam sprawę wyjaśnić.

 

Wstałam wcześniej niż zwykle, by szybko uporać się z domowymi obowiązkami, a później zamiast zbierać zioła, zakradłam się do parowozowni, by tam ukryta w starym kanale remontowym oczekiwać na rozwój wydarzeń.

Wkrótce wytrwałość została nagrodzona i usłyszałam przytłumione kroki. Lekko wychyliłam głowę i ujrzałam mężczyznę w czarnej bluzie z kapturem, zmierzającego w kierunku miejsca, w którym uprzednio natknęłam się na cytrynowe skórki. Nagle poczułam paniczny lęk, zrozumiałam, że tą zabawą w detektywa narażam się na realne niebezpieczeństwo. Ze strachu niemal nie oddychałam i siedząc w kucki we własnych objęciach, drżałam na dźwięk dochodzących z niedaleka skrzypień, szurań i posapywań. Dopiero w długi czas po odejściu tajemniczego gościa, odważyłam się opuścić kryjówkę. 

 

7

   Ciekawość okazała się silniejsza niż lęk. Siedzenie w zatęchłym kanale i oczekiwanie na postać w kapturze stało się niemal codziennym nawykiem. Mężczyzna nie przychodził regularnie, jednak za każdym razem po jego wizycie znajdowałam cytrynowe obierki.

 

Ze swojej kryjówki nie mogłam zobaczyć zbyt wiele. Ostrożnie, by nie potrącić porozrzucanych po podłodze różnego rodzaju śmieci, wyszłam z kanału i stanęłam za filarem, znajdującym się na wprost wejścia do mocno zdezelowanego pomieszczenia. Ponieważ drzwi już dawno zostały ukradzione, miałam tu całkiem dobry punkt obserwacyjny. 

Obiekt moich zainteresowań – niestety odwrócony tyłem, więc nie mogłam rozpoznać jego twarzy – wspiął się na podest zrobiony ze starych skrzyń i usiłował coś przymocować do jednej z poprzecznych belek stropowych. 

Zapomniawszy o ostrożności, postąpiłam kilka kroków do przodu. Widok, który ujrzałam sprawił, że na chwilę zamarłam w bezruchu. Mężczyzna wiązał pętlę na sznurze i przymierzał ją do szyi. 

 

– Samobójca! – krzyknęłam, uciekając w panice. Upadłam, potykając się o jakiś kawał drewna leżący na podłodze. Tymczasem postać w czarnym kapturze przemknęła obok mnie wprost do wyjścia.

Jedyne, co mogłam wtedy zrobić, to zabrać stamtąd sznur. 

Może w ten sposób ocalę nieszczęśnika?– pomyślałam.

 

8

   Zawsze muszę najpierw posłodzić herbatę, bo jak jej nie posłodzę przed zalaniem wrzątkiem, to jest jakaś nieposłodzona i nie nadaje się do picia. 

 

Nie mogąc zasnąć z powodu natłoku myśli, szukałam ukojenia w lepieniu pierogów. Cierpliwie zagniatając mąkę z wodą, analizowałam ostatnie wydarzenia: 

Czy przeszkodziłam tajemniczemu mężczyźnie w odebraniu sobie życia? Ale – jeśli już wcześniej zostawiał skórki od cytryny – to przecież musiał tę czynność powtarzać. A z tego by wynikało, że nie chodziło o samobójstwo! Wieszałby się co parę dni, a potem schodził ze sznura? – Poczułam ciarki na całym ciele. – A może to duch potępionego?

– Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie…

 

Zaraz jednak doszłam do wniosku, że to nie mógł być duch, bo przecież nie uciekałby drzwiami lecz przenikał przez ścianę. 

A może brakuje mu odwagi, by się zabić i dlatego wielokrotnie ponawia próbę? Tylko do czego służy cytryna? 

 

Postanowiłam oględnie podpytać Mykruta, czy nie wie czegoś w tej sprawie, ale od razu stwierdził, że widocznie mam za mało roboty, a za dużo czasu na zajmowanie się plotkami.

 

9

  Początkowo zrezygnowałam z dalszych dociekań. Nasłuchiwałam raczej wieści o wisielcu znalezionym w parowozowni. Jednak po tygodniu, zdesperowana chęcią poznania prawdy, znów zaczaiłam się w kanale remontowym w nadziei na wizytę tajemniczego osobnika. Choć nadal niewiele wiedziałam, nie wydawał się już tak groźny, jak początkowo. Moje obawy dotyczyły raczej tego, czy w ogóle przyjdzie.

 

Podążał w to samo, co zwykle miejsce, rozglądając się lękliwie dookoła.  Najwidoczniej nie przypuszczał, że ktoś może tkwić w stęchłym kanale, bo przeszedł całkiem blisko, nic nie zauważając.

Nie chciałam znów go nie spłoszyć. Intuicyjnie wybrałam odpowiedni moment wyjścia z ukrycia.  To, co zobaczyłam, przeszło najśmielsze wyobrażenia. 

 

C.d.n.

Dobra Cobra

marzec 2016

 

Także w wersji do słuchania:

Vector image by VectorStock / abstractocreate