Podróż

 

   Niedawno wyruszyłem w podróż do mojego przyjaciela Lubomira. Aby być niezależnym od niepunktualnych zazwyczaj kolei, pojechałem samochodem, mimo, że kolej ma dobrze rozplanowaną siatkę połączeń. Ale lubię czasem stanąć gdzieś po drodze, posiedzieć, podumać, nabrać dystansu do rzeczy i spraw spotykających człowieka w życiu.

Im dalej od dużego miasta, tym coraz więcej wariatów za kierownicą. Póki dwa pasy na jezdni – jeszcze jakoś ujdzie. Ci opętani manią szybkości lokalni kierowcy – często bez wykupionego ubezpieczenia i wielokrotnie na bani – swoimi starzutkimi samochodzikami wyciągają szybkości surowo zabronione przez prawo. Nie mam wewnętrznego oporu przed przepuszczaniem ich do przodu, ufając, że gdzieś tam dosięgnie ich ramię sprawiedliwości, niekoniecznie w postaci ukrytej za zakrętem policji. Czasem moja ufność zostaje nagrodzona. Tak, jak teraz w postaci odcinkowego pomiaru prędkości. Nagle, jak za machnięciem czarodziejską różdżką, wszyscy zwalniają poniżej dozwolonego progu, aby nie zostać ukaranym mandatem. Jadąc prawym pasem z ustawionym na 126 kilometrów na godzinę tempomatem powoli wyprzedzam wszystkie samochody. Ich kierowcy spoglądają na mnie z wyrazami zdumienia i wściekłości, że ktoś śmie ich zdublować. Nie wiedzą, chłopki, że każde auto ma fabrycznie podrasowany licznik prędkości i zaniża prawdziwy odczyt o jakieś sześć kilometrów na godzinę. Wystarczy włączyć mapy, lokalizację w telefonie i można jechać spokojnie.

Kończy się piękna trasa ekspresowa, a z nią odcinkowy pomiar szybkości. Zaczyna się robić niebezpiecznie. Jedziemy w sznurze aut, co chwilę pojawiają się skrzyżowania i zakazy wyprzedzania. Jednak królowie szos, uwolnieni od niedawnego zakazu, pędzą ile fabryka dała, co raz to wyprzedzając na trzeciego, a nawet na czwartego. W tej pogoni najważniejsze jest, kto szybszy, Bezpieczeństwo i ludzkie życie się nie liczą. 

Dla własnego bezpieczeństwa robię większy odstęp przed poprzedzającym mnie samochodem, ale w to miejsce ładuje się zaraz następny i następny. Nie ma wyjścia – trzeba się pilnować.  

Uwielbiam wokalistkę Sade. Zawsze, gdy słucham jej kawałków po całym ciele od razu przechodzi gęsia skórka. A solo, grane długimi nutami na saksofonie, zawsze mnie powala i porywa serce w kosmos. W oczach od razu stają mi łzy tęsknoty za czymś niespotkanym, wspaniałym, niespełnionym i niewyśnionym. Staram się zrelaksować na drodze, po raz kolejny śpiewając z nią piosenki.

 

Dobra Cobra w swoim nowym czarno–białym opowiadaniu przedstawia słodko–gorzki obraz rzeczywistości małych miasteczek, gdzie rządzą: bezrobocie i lokalne nawyki oraz przyzwyczajenia, pt 

Podróż

Im dalej w las, tym więcej tajemnic

 

  

2

 Jestem już na miejscu.  Redukuję prędkość i powoli szykuję się do skrętu w lewo. Jakieś stare BMW mknie z zawrotną szybkością lewym pasem, jego kierowca nie widzi nawet moich włączonych kierunkowskazów. Przemyka obok i po chwili znika za zakrętem. Co by było, gdybym nie upewnił się w lusterku? Ludzi ogarnęło jakieś wariactwo. Rozumiem, że dotyka ono młodych ludzi w socjalach, ale na drodze mogliby trochę przypauzować. 

 

   Powoli podjeżdżam do placu, na którym w nocy współbracia z Tajnego Stowarzyszenia Chleba anonimowo podrzucili, upieczony specjalnie dla mieszkańców miasta, ogromny piętnastometrowy bochen chleba. Wokoło kręci się dużo ludzi, którzy odłamują kolejne kawały, jedzą, chowają je do plastikowych toreb i zwyczajnie cieszą się z tego niecodziennego daru. Obok stoi grupka niezadowolonych, to zapewne lokalni sklepikarze, którym nie idzie dziś sprzedaż pieczywa. Policja za bardzo nie wie, co ma z tym wszystkim zrobić.

Jako członek Tajnego Stowarzyszenia w swoich działaniach dążę do systematycznego niszczenia logicznych znaczeń wszelkich mechanizmów racjonalnego i praktycznego świata. Zdecydowanie walczymy z dzisiejszym fetyszyzmem produktów i marek, który sprawia, że miliony ludzi ogląda w nabożnym skupieniu, niczym członkowie jakiejś sekty, publiczną prezentację nowego modelu telefonu czy innej, wyczekiwanego przedmiotu. Jednak wszechobecny marketing, rządzący duszami ludzi, nie ustaje w swoich zawziętych antyludzkich działaniach. 

 

3

   Mój przyjaciel – Lubomir Perełka – szczerze cieszy się z odwiedzin. A może z tego, że zawsze przywożę ze sobą dobrą wódę? To niedobra myśl, ale pewne przesłanki  na to wskazują. Zauważam, że strasznie przytył od mojej ostatniej wizyty. Brzuch sterczy przed nim niczym duża piłka. Na dodatek ubiera się w przykrótkie spodnie ze szmateksu, za luźną koszulę, podobną do tych, które na przełomie wieków nosili chłopi pańszczyźniani. Wygląda w tym wszystkim,  jak jakiś bezdomny. Ale nie przejmuje się swoim wyglądem. Hoduje też bujne ryże bokobrody i wcale nie depiluje zbyt gęstych brwi. Po prostu prawdziwe odbicie dziewiętnastowiecznego człowieka. 

Staramy się widywać tak ze dwa razy w roku. Kiedyś to on przyjeżdżał do mnie, jednak jego powrót do domu rodzinnego i opieka nad chorą matką zakończyły ten piękny zwyczaj. 

Jego przykuta do łóżka mama też cieszy się z wizyty. Zawsze przywożę jej dobre czekoladki, a ona zawsze mówi, że jest dumna z naszej przyjaźni. Gdy jej syn nie słyszy, mówi mi, abym dalej się opiekował Lubusiem, nawet, gdy pewnego dnia ona odejdzie w zaświaty. Obiecuję jej to. 

  Mój przyjaciel lubi gotować i ma kilka swoich ulubionych dań. Jem własnoręcznie przyrządzony przez niego rosół, podany w jednej z metalowych misek, których od zawsze używała jego rodzina. Dobrze przyprawiony, obowiązkowo posypany koperkiem. Drugie danie je jak zwykle nietypowo: najpierw zjada kotlety, później kartofle, a na koniec surówkę z pomidorów. Wszystko oddzielnie. Ma tak, odkąd pamiętam.

 

Po obiedzie jedziemy na groby naszych rodziców. Ruch drogowy w mniejszych miasteczkach to rzecz wołająca o pomstę do nieba. Nikt cię nie wpuści, gdy zmieniasz pas ruchu i jesteś ogólnie narażony na chamskie zachowania lokalnych kierowców, którzy w ten sposób chcą być ważniejsi od przyjemnego. Nagminnie nie włączają migaczy, aby zasygnalizować innym użytkownikom drogi swoje zamiary. Zapewne obawiają się zużycia tego elementu i wyjeżdżają z dróg podporządkowanych prosto przed maskę twojego samochodu. Nie mogą zatrzymać się ani na chwilę, muszą być w ciągłym ruchu. Ustąpienie drogi to dla nich osobista, ułańska porażka. 

Zanim dojedziemy do cmentarza, spotykają nas cztery takie przypadki. Trzeba ostro zwalniać. Zapewne pośrednią przyczyną takich zachowań są moje nietutejsze tablice rejestracyjne. Przecież trzeba obcemu pokazać, gdzie jest jego miejsce i kto tu naprawdę rządzi. 

 

 4

   Na grobie rodzinnym Perełki nie zdołamy niczego uprzątnąć. Wszystko jest poprzymarzane. Dwa dni wcześniej przyszedł mróz, spadł śnieg, później się lekko stopił i teraz tworzy na płycie kamiennej nieskuwalną masę. Nawet sztuczne kwiaty, które Lubomir z mamą wymieniają raz na pół roku (przechowując w piwnicy drugi zestaw) nie dają się włożyć do zamarzniętego wazonu. Pozostawiamy więc letnią wersję przystrojenia. 

 

Wychodzimy z cmentarza i gdy zatrzymujemy się na pasach, by przejść na drugą stronę, obok nas przemyka samochód prowadzony przez kobietę. Tu nie szanuje się także próbujących przechodzić przez jezdnię, bo auto to jedyny król dróg. Auto przyjeżdża obok nas tak blisko, że walę babie pięścią w dach. Ale nawet się nie zatrzymuje, tylko puka się palcem w czoło i wykrzywia twarz w uśmiechu triumfu. Ona tu rządzi. 

 

– Wkurwia mnie mój syn! – wykrzykuje nagle Lubomir. – Jak przyjeżdża do domu, to tylko patrzy w telefon albo w telewizję i nie ma z niego żadnego pożytku.

– Ależ, mą n ami …– uspokajam go z francuska. – Przecież robisz dokładnie tak samo jak on: obijasz się całymi dniami, gapisz w telewizję i zbijasz bąki w chałupie, zamiast wziąć się za jakąś porządną robotę.

– Zabraniam ci tak do mnie mówić!

– Ale jak? 

– No… w taki sposób – budzi się w nim macho, nieznoszący miękkości. – Zresztą póki co, muszę opiekować się mamą – dopowiada opryskliwie. – Nie będę nigdzie pracował!

– To o co masz do niego pretensje? – chciałbym odpowiedzieć, ale po co zaogniać stosunki? Jak jego mama była zdrowa, też nigdzie dłużej nie popracował. Raz załatwiła mu robotę sprzątacza u samego Józefa Świerwijki w Zapasowej Rybie, jednaj z najprężniejszych firm IT w województwie. Wytrwał tam jakieś trzy tygodnie, twierdząc, że nie będzie więcej dawał sobą pomiatać. 

 

Nie kontynuuję tematu. Na jego wrodzone lenistwo nie ma żadnej rady. Nie doszedł jeszcze do tego poziomu zrozumienia, że sam, na własne życzenie, marnuje sobie życie. I może nigdy do tego nie dojdzie. 

 

   Odwiedzamy drugi cmentarz. Na rodzinnym grobie składam wiązankę sztucznych  kwiatów. Nigdy nie zapalam świec, bo to hołd oddawany wszystkim odstępczym ofiarom potopu, zesłanym za czasów Noego.  

Chlapię sztuczne liście farbą, aby ktoś nie ukradł wiązanki przed 1 listopada. To jeszcze tydzień, a bieda i złodziejstwo cmentarne są tutaj bardzo rozpowszechnione. 

 

5

   Później idziemy z moim przyjacielem przejść się do lasu. Po drodze mijamy cudowne źródełko, tryskające ze skały. Grupki ludzi leją wodę do plastikowych butelek i kanistrów, wierząc, że ta ma nadzwyczajne właściwości. Gdyby ta woda miała rzeczywiście cudowną moc – woziłbym mojej przyjaciółce jedną butelkę za drugą, aby tylko pozbyła się swoich problemów zdrowotnych. To wszystko nie jest jednak takie proste, jak się może wydawać, a zabobon zdołał się bardzo rozpowszechnić po okolicy. 

 

Lubomir obrusza się na tych wszystkich, którzy nie szanują w lesie drzew, rozniecają ogniska i zaprószają ogień. Jakiś taki ekologicznie zielony zrobił się ostatnimi czasy.

– Popowieszałbym ich wszystkich za jaja na gałęziach! – wykrzykuje podniesionym głosem, gdy mijamy kolejny wypalony fragment lasu. 

Zawsze się tak unosi, gdy coś go zbulwersuje. Nie potrafi mówić wtedy cicho, bez emocji, nie potrafi rzeczowo dyskutować i wymieniać argumentów. Wszystko wie najlepiej. Wyrósł z niego taki chłopek – roztropek, Polaczek zawsze mający swoją rację. 

 

6

   Popołudnie spędzam u rozwódki Małgorzaty, mieszkającej z dorastającą córką u swojej mamy. Zawsze, gdy przyjeżdżam, wysyła wszystkich domowników do rodziny, szykuje wystawną kolację, a później robi dla mnie striptiz i tańczy nago w rytm powolnej muzyki. Zostawiam u niej przeważnie tysiąc złotych. W mieście panuje duże bezrobocie i moje wizyty są dla niej dodatkowym zastrzykiem gotówki. Przynajmniej w ten sposób mogę jej jakoś pomóc. A i ona czuje się lepiej, dając mi coś w zamian. Ma do mnie duże zaufanie i o zbliżeniu nie może być nawet mowy. 

 

7

   Wieczorem, gdy Perełka umyje swoją mamę i przyszykuje ją do snu, pijemy zagraniczną wódę. To już taka nasza, rzec można, tradycja. Poruszamy przy tym nurtujące nas ważne tematy. Tym razem czuję się jednak marnie i od czasu do czasu tylko zanurzam usta w trunku. Lubomir nie hańbi się pracą, żyje z renty mamy i zasiłku opiekuńczego. Jak biedaczka zejdzie z tego świata, mój przyjaciel ma genialny plan: sprzeda stary rodzinny dom, położony w pięknej okolicy, i z tego będzie miał forsę na życie w bloku. Staram się zwrócić jego uwagę na bezsens tej decyzji. Jaka będzie wysokość jego renty za piętnaście lat? Ze dwieście złotych? A w tej chwili za mieszkanie płaci sześćset ze wszystkimi zaliczkami na wodę, ogrzewanie, prąd i gaz. Plus oczywiście dopłaty, jak się czegoś zużyje więcej. Nie utrzyma się zbyt długo z pieniędzy ze sprzedaży rodzinnej posesji. Na pewno byłoby lepiej, by wziął się za remont tej chałupy. Kiedyś mógłby posadzić na działce trochę ziemniaków czy innych warzyw, może nawet mieć kilka drzewek owocowych i dzięki temu jakoś przeżyć trudne czasy, które niewątpliwie nadciągają.

 

Ale nie słucha. Sam sobie kręci powróz na własną szyję. Jego mama ma niezłą emeryturę, ale jest już schorowaną staruszką i długo nie pożyje.

– Po co się ze mną zadajesz? – pyta mnie nagle. Po jego wyrazie twarzy widzę, że zależy mu na szczerej odpowiedzi.

– Znamy się już od ponad trzydziestu lat. Czy nie uważasz, że taką przyjaźń należy pielęgnować? – poprawiam się w fotelu, pamiętającym czasy Gierka. – Dla mnie nasza znajomość jest cenną. Poznaliśmy się, gdy byłem w podstawówce i trwa to do dziś. Były wzloty i upadki, tragedie i radości. Ale pozostał wielki kredyt wzajemnego szacunku.

Nie wiem, czy ten argument do niego przemawia. Jest w głupi sposób dumnym facetem, który nie przyjmuje żadnej pomocy od nikogo. Bo ten ktoś może później mieć na niego haka i zażądać coś w zamian. 

Około dwudziestej trzeciej pijany Lubomir idzie spać. Po niecałej godzinie cicho wymykam się z jego domu i biorę klucz, tkwiący w zamku drzwi. Jadę na ustronne miejsce, gdzie za czasów młodości widywałem jasne światła na niebie. Teraz panuje tu niezmącona niczym ciemność. 

 

8

   Ostrożnie i cicho stawiam kroki, ale o tej porze nie ma tu żywej duszy. Wchodzę na szczyt małej, podobno polodowcowej góry, z której widzę po prawej stronie panoramę świateł śpiącego miasta, centralnie – nieczynne miejskie wysypisko śmieci – a po lewej kompleks lasów rozciągających się na przestrzeni wielu kilometrów. To tam chadzałem codziennie po szkole. 

Był  grudzień, odwilż, ale wszędzie jeszcze leżało dużo śniegu. Wiedziony przeczuciem wyszedłem pod wieczór z domu. Coś błysnęło na niebie. Spojrzałem w górę. Zza gęstej mgły wyłoniło się duże, bardzo jasne światło. Wyglądało jak dopiero co zapalona jasna świetlówka. Stałem i wpatrywałem się w to zjawisko jak urzeczony. 

Takie rzeczy wielokrotnie spotykały mnie w młodości. Co się dziwić, że dziś jestem, kim jestem?

 

   Myśli nie pozwalają zasnąć. Dodatkowo boli mnie gardło, a mój przyjaciel chrapie donośnie z sąsiedniego pokoju. Przewracam się z boku na bok. Przed oczami wirują mi jędrne piersi rozwódki Małgorzaty. To tylko czysta, bezinteresowna pomoc, a ona tak pięknie się za nią odwdzięcza. Bylebym się tylko nie zeszmacił, bylebym miał tyle sił, aby zapanować na chuciami. 

A może dziewczyna szuka ojca dla swych dzieci i w ten sposób chce mnie zwabić? Kobiety intuicyjnie dokonują właściwych dla nich wyborów. Nocne rozmyślania stają się coraz bardziej chaotyczne. 

Przewracam się z boku na bok, nie wytrzymuję, wstaję i zaczynam robić pompki dla ukojenia. Po zakończeniu morderczej serii ćwiczeń znów leżę w łóżku, a przed oczyma stają mi twarze ludzi z przeszłości. Niektórych nie poznaję, nie pamiętam też wszystkich nazwisk. Za oknami trwa niesłychana cisza miasta, w którym panuje ogromne strukturalne bezrobocie… Tu się wychowałem.

 

9

   Rano, gdy mój przyjaciel jeszcze śpi, znajduję na jego półkach książki oraz miesięczniki poświęcone zagadnieniom duchowego oświecenia. Wiele ruchów pseudoreligijnych twierdzi, iż posiada wyższą, bardziej prawdziwą i lepszą interpretację wiedzy teologicznej, której akurat oni są przez przypadek częścią. 

Znajduję też list od podobnego do Perełki nawiedzeńca. Dyskutują w nim o mackach systemu, który dosięga wszystkich. 

   Podczas śniadania dochodzi do wymiany zdań na te sprawy. Popijamy herbatkę a la Lubuś: wysoce słodzony syrop malinowy z sypaną liściastą Ulung oraz plasterkiem cytryny, koniecznie ze skórką. Mój przyjaciel jest przekonany, że musi dążyć do samooświecenia za wszelką cenę. Staram się zwrócić jego uwagę na proste prawa, rządzące społecznością. Jednak Perełka dopuszcza jednak do siebie wszystko, co ma służyć jego duchowemu pseudorozwojowi. Według własnego widzimisię miesza wszelkie dostępne nauki i filozofie, nawet te, w których drzemie zło. Nie ma już zdrowego poglądu na sprawy duchowe. Jeśli sam nie zechce, nikt nie zdoła otworzyć mu oczu. Jest wyraźnie zaślepiony, przemawia przez niego pycha i arogancja, ale najwyraźniej tego nie widzi.

A może jest mu to potrzebne, bo to jedyna rzecz, której się teraz uchwycił, aby nie zwariować?

 

Podczas spaceru po mieście krążą nad nami chmary czarnych ptaków. Wiadomo, to jesień. Lubomir wyjawia mi z przejęciem, że od czasu wybudowania w mieście wielkiego marketu, ktoś zaczął zabijać okoliczne koty widelcem. Ich trupy znajdowane są, co pewien czas o poranku, przed głównym wejściem do sklepu. Podobno w mieście panuje niewyobrażalna nienawiść do zwierząt, która w każdej chwili może eksplodować i przerodzić się w zamieszki na tle ekonomicznym. Policyjne działania wcale nie przynoszą pożądanych efektów.  

– Marnujesz swoje życie – mówię do Perełki pod blokiem. – I nawet nie zdajesz sobie sprawy, że to robisz. 

Nie wiem, czy pojmuje coś z tego, co mu właśnie powiedziałem. Żegnamy się mocnym, męskim uściskiem dłoni. 

– Gdybym był w dobrym stanie psychicznym, to myślisz, że piłbym z tobą wódkę? – rzuca cynicznie na pożegnanie.

Aż mnie zatyka od tych słów. Bardzo bolą. Znamy się przecież od ponad trzydziestu lat i tu nagle takie słowa! Zaciskam zęby i wsiadam do samochodu. 

 

 10

   Nadal roztrzęsiony zatrzymuję się obok podrzędnej stacji kolejowej, dobrze mi znanej z młodości, na której rzadko kiedy ktoś wysiada z pociągu i jeszcze rzadziej do niego wsiada. Widzę, że ostatnio zrobili remont peronu i na każdym, nowym  koszu na śmieci z przeźroczystego plexiglasu widnieją dwujęzyczne napisy. Papier to teraz także paper, szkło to glass, bo to bio, a metale i tworzywa sztuczne to metal and plastics. Zupełnie, jakby to miejsce mieli w zwyczaju odwiedzać w dużej ilości mieszkańcy Londynu. 

Facet,  zbierający dzikie jeżyny do plastikowego wiaderka po farbie, mówi: 

– Mam coś dla pana – i z kieszeni kurtki wyciąga jakiś drewniany przedmiot. 

Podaje mi Szkatułkę, po którą przecież wcale nie przyszedłem. Jestem tu tylko na przypadkowym porannym wczesnosierpniowym spacerze. 

Ale jak daje – trzeba wziąć. I nie wyrażać zdziwienia albo tym bardziej stanów podobnych wyparciu. Bo obcy może stać się agresywny. 

Dziękuję mu, chowam przedmiot do plecaka, w którym mam wodę i bochen białego chleba, który zawsze kupuje mi Perełka  gdy u niego przebywam.

Nie za dobrze się czuje, ale taki spacer  po znanych terenach powinien trochę mnie uspokoić. Wycieram nos, przystaję w miejscu, gdzie kiedyś grywaliśmy z Lubomirem w piłkę na golasa. Póki człowiek nie zagra w nogę na waleta, maprawdę nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo w kopaniu przeszkadza swobodnie balansujący członek i wirujące przy nim jaja. Jednak przełomowy wynalazek ludzkości lat trzydziestych dwudziestego wieku – slipy – położyły kres wolności genitaliów. Na początku podobno nazywano je z fantazją: spodniami bez nogawek.

11

   Na ponurym pustkowiu, które kiedyś było lasem, ale go ostatnio wykarczowali, spotykam kobietę, ubraną w białą szatę, która po bliższym przyjrzeniu okazuje się zwykłym bawełnianym prześcieradłem. 

– Jestem anielicą – oświadcza. 

– Bardzo mi milo. A ja jestem… 

– Doskonale wiem, kim pan jest. Wiem też, co pan tu robi. 

– Nie jest wcale tajemnicą, ze przyjechałem odwiedzić przyjaciela. 

– Wiem to. Podobnie jak wiele innych rzeczy, których większość nie ma żadnego znaczenia, a mało które w ogóle mają jakiekolwiek znaczenie.  

Przyznam, że jej przemowa trąci nieco filozoficznymi akcentami. 

– To bardzo miłe, ze odwiedza pan swojego przyjaciela – ciągnie. – I to takiego, na którym większość ludzi już dawno położyła laskę. 

Cóż powiedzieć, ma rację. Ale przecież jest anielicą. A Lubomir żyje z łaski miejskiego ośrodka pomocy społecznej. 

– Niebawem pana przyjaciel odejdzie z tego łez padołu – oznajmia. 

– O. A w jaki sposób? To znaczy…

– Ludzkość spotka coś strasznego… Ale proszę mu tego nie mówić. Niech jeszcze trochę się nacieszy swoim nieudanym życiem, zanim zaśnie. Bo każda radość oraz cierpienie są po coś i są wynikiem czegoś. 

Odchodzi bez słowa, ja też, tyle, że w drugą stronę. Po pewnym czasie oglądam się za siebie, ale jej już nie widać. Dzisiejszy poranek jest zdecydowanie coraz dziwniejszy. 

Gdy po trzech godzinach opuszczam leśne ostępy, które po dramatycznych wydarzeniach w młodości tak bardzo lubiłem odwiedzać, starsze kobiety wychodzą przed ogrodzenia swoich domów i klękają przede mną na drodze, wylanej z destruktu. Oglądam się za siebie. Nikt za mną nie podąża. Coraz bardziej przerażony wsiadam do samochodu i odjeżdżam. Zdecydowanie nie powinienem już tu nigdy przyjeżdżać. 

 

12

  Po drodze staję na przydrożnej restauracji szybkiej obsługi. Po wypiciu niecałej połowy napoju słomka rozmięka i nie daje się przez nią dalej pić. No, ale ekolodzy pewnie się  cieszą, ze ptakom nie stanie w gardle. Czy wszystko musi być coraz bardziej gówniane w tym nowoczesnym dwudziestym pierwszym wieku?

   Wracam z powrotem do domu. Już wiem, że nie będę częstym gościem u Perełki i jego mamy. Jak lekka jest przyjaźń, jeśli tak łatwo ją zakończyć? Takie myśli zaprzątają moją głowę.

   Większość krzyży, stawianych przy drogach, to niemi świadkowie głupoty kierujących. Kto będzie szybszy, kto wyprzedzi więcej aut? Ci bezmyślni kolesie maniakalnie dbają o swoje dobre samopoczucie, ale dlaczego kosztem zagrożenia dla innych użytkowników dróg? Ale jak się wykazać w beznadziejnych czasach, gdzie szef jest panem życia i śmierci, a bezrobocie pcha w łase łapska kapitalisty wyzyskiwacza?

 A może auto to dla nich fetysz? Słyszałem historię jednego faceta, który wyprowadził się z nowego mieszkania w eleganckim bloku, bo w podziemnym garażu jego samochód był… najgorszy. Porażające w swej wymowie.

   Wydaje mi się, że jedynie wzrost cen paliw może powstrzymać kierowców od stwarzania niebezpiecznych sytuacji na drogach. Benzyna i ropa po dwadzieścia złotych, a gaz po dwadzieścia cztery – to jedyna nadzieja dla naszego zdrowia i życia. Samo ryzyko wypadków niejako naturalnie zmniejszy się pawie do zera, bo coraz lepsze drogi będą po prostu puste. A każda podróż zamieni się odtąd w słodkie przecinanie wiatru i spokojne podziwianie krajobrazów, a nie w gonitwę i ryzykowną walkę na szosie. 

Tyle, że wzrost cen paliw napędzi drożyznę. 

 

  13

   Coraz bardziej boli mnie gardło. Ciągnę wolno prawym pasem dla przegrywów. Zachowuję odstęp i czuję się jako tako bezpiecznie. 

Po drodze zatrzymuję się na stacji benzynowej, gdzie uczynny pracownik tankuje paliwo, podczas gdy ja kupuję lekką kawę i mój ulubiony od czasów szkoły podstawowej wafelek czekoladowy. Chcę wierzyć, że naturalna kofeina i zjedzenie czegoś słodkiego pomoże mi dotrwać do końca podróży. Gdy wracam do samochodu, podchodzi do mnie pompiarz.

– Widzę, że jest pan zmęczony psychicznie i fizycznie – mówi.

Staję jak zamurowany. Skąd on… to może wiedzieć? W tej samej chwili czuję, że moje przeziębienie przechodzi w jakiś cudowny sposób, jak ręką odjął. Nic mnie nie boli, nic nie szczypie, z nosa nie cieknie drażniący gardło katar. 

Rozglądam się za pracownikiem stacji, ale nigdzie go nie widzę. Pytam o niego dziewczynę przy kasie.

– My nie zatrudniamy żadnego nalewającego benzynę, proszę pana – oświadcza. – Samoobsługa. 

 

14

   Co wieczór, dokładnie o godzinie dwudziestej trzeciej zero dwie wkładam zgrzebną koszulę kładę się na gołej podłodze i zakręcam kaloryfer. Całą noc drżę z zimna, ale czuję, że tylko w ten sposób mogę oddalić od siebie wszelkie pokusy cielesne i psychiczne. Pycha życia, chciwość, duma, pożądanie… Niestety, ale nie udaje mi się jeszcze ich wszystkich przewalczyć, bo jestem człowiekiem upadłym. Ale nieustannie próbuję. Codziennie. Bo na tym polega życie, żeby się nie poddawać i być nieustępliwym. 

Czyżby to Lubomir własnoręcznie mordował widelcem te wszystkie biedne koty?

 

KoNiEc

 

Dobra Cobra

1 listopad 2012

2 sierpień 2025

 

Image: Freepik.com