Przygody Andrzeja 1

 

 

Zaczęło się od tego, że Andrzej Bytlik nie mógł się tego dnia rano odlać. Przeszkadzała mu w tym  nadzwyczaj potężna erekcja. Jego kobieta wyjechała w delegację, a mocz wręcz rozsadzał pęcherz. Te dwie rzeczy naraz to mordercza mieszanka dla męskiego organizmu.

– Muszę to rozchodzić – powiedział do siebie Andrzej, mężczyzna około 37 letni, bez zarostu i bez jakichkolwiek znaków szczególnych na ciele. Przeciętniak, ale z charakterem. 

 

   Jak postanowił, tak zrobił. Przecież z zawodu był kucharzem, pracującym w znanym wszystkim domu weselnym o pięknej, romantyczno brzmiącej nazwie: Alfredo Mo Nami. Bo szyld z taką właśnie nazwą wisiał na frontowej ścianie tego przybytku radości, szczęścia i spełnienia. 

Bytlik nigdy nie lubił szkoły. Denerwowali go zawzięci nauczyciele. Przyczyną jego stresu był też szkolny reżim: ciągła nauka, codzienne odpytywanie, klasówki i kartkówki. Edukację zakończył z radością zaraz po szkole zawodowej, gdzie wyuczono go tajników tradycyjnej sztuki kucharskiej.

Fach był nawet ciekawy i można się było wykazać wymyślaniem co raz to nowych potraw. Pierogi ruskie a la Nowy Jork, Grochówka z wkładką z Wenus, Bigos Transylwański, Schabowy z Pędzącej Świni – to tylko mały wybór nowych dań, wymyślonych przez tego fascynata kuchnią nowoczesną. 

 

   Swoją karierę Andrzej rozpoczął w barze mlecznym Rusałka, który prowadziła hojnie obdarzona przez naturę Jadwiga Kolębuk, trzecia córka stróża nocnego i wziętej szansonistki z przedwcześnie  spalonego powiatowego teatru. To z córką właścicielki baru – zimnym, chudym, inteligentnym dziewczęciem pozbawionym uczuć – dane mu było przeżyć gwałtowną inicjację seksualną pośród stosu buraków i góry zgrzewek cukru poustawianych jedna na drugiej. 

 

 Dobra Cobra prezentuje dziś klasyczną, wakacyjną opowieść dla młodzieży – pełną niesamowitej przygody i dynamicznych zwrotów, a na dodatek z mądrym pedagogicznym przesłaniem pod sam koniec – pt 

Przygody Andrzeja

Część pierwsza

 

To nieprawda, że podróże kształcą. 

Gdyby tak było, konduktorzy byliby najmądrzejszymi ludźmi na świecie. 

 

   Andrzej wybrał się właśnie na spacer, aby przemyśleć w spokoju swoje dotychczasowe życie. Był właśnie po żmudnym i powolnym, lecz zakończonym pełnym sukcesem, odsączeniu moczu, co zdecydowanie sprzyjało głębszym rozmyślaniom nad naturą życia. Z nostalgią przypomniał sobie pewne szczęśliwe zdarzenie, gdy dzień po zgonie wujka Antoniego, do domu żałobnego wpadł pociotek Sebastian, krzycząc od progu:

– Wygraliśmy kumulację w Totka!

Wszyscy żałobnicy zbiegli się i, zaglądając jeden przez drugiego, podziwiali trafnie skreślone cyfry.

Na tę wieść wydarzył się mały cud: ożył wujek Antoni, powstał z katafalku i niezdarnie wyszedł z trumny, z głuchym uderzeniem upadając twarzą na betonową podłogę. Było to przyczyną wielkiego zamieszania oraz zgonu pomocnika grabarza, młodego, acz zdolnego adepta sztuki grabarskiej Sławomira Bąka. Jego rodzina jeszcze długie lata biegała po sądach, oskarżając wujka Antoniego o wywołanie śmierci ich syna. Procesy ucichły dopiero po drugiej, tym razem ostatecznej, śmierci wuja, która nastąpiła z przyczyn jak najbardziej naturalnych w kilka lat później.

 

– Czas do ziemi, czas do ziemi! – Czyjś nawiedzony głos zawodził całkiem niedaleko. 

Bytlik skręcił w lewo, aby przyjrzeć się leśnym ostępom, ale nawet tu znienacka dogonił go zgiełk cywilizacji.

– Czas do ziemi, czas do ziemi! – Za krzakami na polanie zauważył, jak jakiś brzydki, mały facet, ubrany w końską sierść, zasypywał świeżo wykopany dół ogromną pordzewiałą szuflą. 

Naraz z dołu wychylił się przerażony człowiek, błagając:

– Panie, litości! Jestem tylko turystą, chciałem pozwiedzać okoliczne lasy! Błagam, niech mnie pan nie zabija, ja mam odnaleźć Andrze… – w tym momencie dostał szuflą w głowę i osunął się do dołu.

– Czas do ziemi, czas do ziemi – mruczał pod nosem facet w końskim stroju.

– Koleś…. – chrząknął kucharz.

– Czego tu? Kto skrada się podstępnie? Ty? – Mały człowiek zamachnął się łopatą, ale Bytlik uskoczył. Narzędzie wytrąciło atakującego z równowagi: 

– Co? Jak śmiesz przeszkadzać Pustelnikowi? – Zagrzmiał cienko, co natychmiast zabrzmiało, jakby miał poważne problemy z późną mutacją.

 

Andrzejem zatrzęsło. Przed nim stał dokładnie ten sam pustelnik, który mu się przyśnił ostatniej  nocy w wielce realistycznym śnie. 

– O, poznaję cię, tyś jest Bytlikiem z Bytlików! – Powiedział napotkany z udawanym przejęciem. – Ale źle trafiłeś, bratku, bo to ja jestem Wybrańcem, a nie ty. Wybrańcem z Wybrańców! Wyzwolicielem i… – przez chwilę nie mógł znaleźć odpowiedniego słowa. – I… Wybrańcem! – Powtórzył raz jeszcze. – To ja wyzwolę cały świat od lęku i zbrodni! I to o mnie będą pisały gazety, a nie o tobie, ty zły! I to ja będę zapładniał te wszystkie lokalne dzierlatki przez najbliższe lata, a nie ty.

– Puść tego człowieka, ty….. ty….s… ssku… znaczy, ty… śśś …śś…wirze – wyjąkał kucharz, gdyż w chwilach stresu miał w zwyczaju jąkać się paskudnie.

 Zawsze się, cholera, jąkał w takich sytuacjach. Medycyna jak dotąd nie wynalazła lekarstwa na tę niewygodną przypadłość. Tak naprawdę to może i wynalazła, ale Andrzej miał dość poważną awersję do oferty usług zorganizowanej opieki medycznej. Serdecznie nienawidził konowałów i byli mu całkiem niepotrzebni, gdyż poznał tajemnicę wiecznego zdrowia: należy codziennie, łykać duże ilości witaminy C, jeść jedno jabłko dziennie, być dobrej myśli, regularnie się wysypiać, a każdego wieczora chlapnąć przed snem kieliszeczek czegoś mocniejszego.

– Sam się puść! – Warknął nieznajomy i ruszył z pięściami gotowymi do ataku. Pierwsze ciosy zostały jednak zgrabnie odparowane. Pustelnik rozdziawił gębę. Po chwili wskazał palcem na niebo:

– O, orzeł leci! 

Bytlik uśmiechnął się pod nosem: 

– Nie ze mną takie numery…

 

Mały człowiek pochylił się i mocno pociągnął, sprytnie leżący wśród listowia, sznur. Andrzejowi grunt osunął się spod nóg. Gdy starał się wstać Pustelnik zadał mu okropny cios szuflą w krocze, po którym Bytlik stracił oddech. Dostał drugi raz, potem w twarz i w głowę. Po otrzymaniu kolejnych siedemdziesięciu dziewięciu ciosów w brzuch i w klatę kucharz zaczął wszystko widzieć poczwórnie. Pod wpływem kolejnego, osiemdziesiątego uderzenia – które tym razem trafiło go w głowę – stracił na chwilę przytomność. 

 

 *

  Gdy się ocknął poczuł w ustach zeschłe liście. Wybraniec szybkimi ruchami zakopywał grób. Nagle z dołu znów wychylił się nieszczęsny turysta:

– Błagam! – Wyjąkał trzęsąc się cały. – Muszę odnaleźć pana Bytlika, żeby… – cios szpadlem wysłał go ponownie w krainę niebytu.

– Mnie…? – Andrzej podniósł się cicho i po chwili zastanowienia rozejrzał za czymś ciężkim. Po drugiej stronie polany leżał kilof. – Za daleko… – szybko ocenił swoje szanse. 

 

  Powoli zaszedł pustelnika od tyłu i złapał go w pasie. Końska skóra okazała się jednak bardzo śliska. Facet wyrwał się sprawnie z uścisku i przerzucił kucharza przez głowę. Przelatując Bytlik zobaczył wnętrze dołu – turysta leżał w nim na wznak, lekko podrygując białymi, wychudzonymi kończynami.

Wybraniec, z ciężkim kilofem w ręku, zamachnął nim potężnie, szykując się do rozprucia Andrzejowych pleców. Bytlik zdołał jednak zrobić unik, a pordzewiałe narzędzie poszybowało kilka metrów i ciężko wbiło się w ziemię, nieopodal rosochatego drzewa. Kucharz zadał Pustelnikowi prosty cios pięścią w twarz. Potem jeszcze jeden. I doprawił w podbrzusze. Zakrwawiony facet, rzężąc, powoli zgiął się w pół. 

 

   Kucharz skoczył w kierunku dołu na ratunek turyście. Coś go jednak gwałtownie zatrzymało! Ręce ubrane w końską sierść złapały jego spodnie, ściągając je wraz ze slipkami. Obaj mężczyźni, tarzając się wokoło, zadawali ciosy na chybił trafił. Skóra konia strasznie czymś cuchnęła! Opuszczone spodnie krępowały ruchy, a nagi członek – pozbawiony bieliźnianej ochrony – wcale nie pomagał Andrzejowi. Wirował coraz bardziej nabrzmiały, skutecznie przeszkadzając w koncentracji na walce.

  Znienacka z lasu wyszli trzej zbieracze runa leśnego. Zobaczyli tarzających się i obściskujących facetów.

– Homoseksualisty! – Krzyknął jeden z nich. – I do tego jeden jest całkiem goły! Uciekajmy! 

– Aaaa! – Zwiewali w popłochu, przerażeni wszędzie bryzgającą krwią i możliwością zarażenia strasznie śmiertelnym wirusem HIV!

– Trzeba szybko zawiadomić duszpasterza… –  oddalające się głosy zamilkły w gęstwinie. 

– I władze… 

 

*

   Pustelnik poleciał do dołu. Bytlik, ciężko dysząc, zaczął zdzierać z kostek porwane spodnie. Upadł, ale po krótkiej szamotaninie wreszcie udało mu się oswobodzić nogi. Z trudem podciągnął bawełniane slipy. Podciągnąć ciepłych podkolanówek, które zawsze nosił, jednak już nie zdążył. 

Wokoło nastała złowróżbna cisza. Andrzej odwrócił się powoli i zajrzał do wnętrza dołu. Ciało turysty nadal lekko podrygiwało. Jednak nie było tam ani śladu końskiej sierści…

– Aaaaa! – Potworny krzyk z tyłu przeciął leśną ciszę. To Wybraniec, wymachując ze świstem ostrymi widłami, kierował się na kucharza. 

 

  Huk wystrzału z broni palnej odbił się echem po lesie. Na polanę dziarsko wyskoczył myśliwy Przemysław Pociąg, polujący o tej porze na grubego zwierza. Zobaczywszy zakrwawionych facetów od razu pomyślał, że pewnie omyłkowo ich zastrzelił. Ze wielkiego strachu sfajdał się w spodnie.

– Pójdę do pierdla! – Wykrztusił. 

Mdlejąc walnął głową w jakiś pusty baniak, leżący na polanie. Głucho zadudniło. Broń wysunęła mu się z rąk.

 

  Pustelnik przyciskał zranione śrutem ramię. I on i kucharz rzucili się w kierunku leżącej dubeltówki. Wybraniec złapał ją pierwszy. Sprawnie przeładował i skierował lufę w twarz Bytlika,  który odbił się nogami od ziemi i skoczył z kamieniem w ręku. Wbił go w wylot lufy z całych sił i prawie w tej samej chwili nastąpił wystrzał. 

Po nim nastała wszechobecna cisza. Ucichło także ptactwo. 

 

*

  Andrzej podniósł głowę z ziemi i wytarł swe dłonie z leśnej darni. Obok, z zakrwawioną twarzą, leżał jego przeciwnik. Jego, pourywane od wybuchu lufy, palce leżały porozrzucane wszędzie. Kucharz powoli rozejrzał się wokoło. Las szumiał z lekka, a głupia wiewiórka, siedząca na gałęzi pobliskiego drzewa, jak gdyby nigdy nic bezmyślnie żuła orzecha i oddawała się powolnej, rozsmakowanej masturbacji. 

Bytlik podniósł się i zaczął powoli iść w stronę wykopanego dołu. Ostrożnie zajrzał do środka. Potłuczony turysta starał się wydostać na zewnątrz, ale szło mu to dość niezbornie. Andrzej chciał mu jakoś podać rękę, gdy znienacka znów dostał w głowę mocny cios szuflą. Zachwiał się i wpadł do środka jak worek kartofli.

 

  Ocknął się, zwisając głową w dół. Nogi miał przywiązane krowim powrozem do konaru drzewa. Po polanie krzątał się, z widocznym bólem, znajomy mały człowiek. Jego twarz – po wybuchu broni – wyglądała jak jedna wielka miazga. Kucharz jęknął.

– Zaraz pokażę ci, jak się u nas szlachtuje prosiaki – wycedził Pustelnik, ciężko dysząc. – To sama rozkosz, zobaczysz… – przerwał, bo z dołu znów zaczął gramolić się turysta. 

Andrzej rozejrzał się wokoło. Ręce też miał skrępowane. 

– Może powinienem użyć Mocy? – Przebiegło mu przez myśl. Znał dobrze jej skuteczność z Gwiezdnych Wojen. Skierował swój wzrok na krępującą nogi linę i wytężył siły umysłu:

– Rozwiąż się.  Nakazuję ci. 

Ale nic specjalnego się nie wydarzyło!

– Do kurwy nędzy, mówię ci: rozwiąż się! – Zdenerwował się kucharz.

 

   Wybraniec podszedł do turysty i kopnął go brutalnie w twarz, strącając na powrót do dołu. Powoli odwrócił się w kierunku Bytlika:

– Na początek podetnę ci skórę na żebrach – tłumaczył. – Lubię zapach krwi – uśmiechnął się i powoli zaczął wyciągać na polanę różne metalowe przedmioty: szczypce, noże, piłę…

 

*

   Moc nie działała! Pomimo ogromnego wytężania wszystkich sił witalnych kucharza postronek nadal trzymał mocno. Półprzytomny ze strachu Bytlik naprężył się i z całej siły potrząsnął ciałem. Z przerażeniem zrozumiał, że filmy sajens – fikszyn nie mówią całej prawdy. Z wielkiego wysiłku umysłowo – fizycznego pierdnął przeciągle. 

Usłyszał to pustelnik:

– Lubię, jak stworzenie walczy o życie – mlasnął lubieżnie. – Lubię ten pierwotny strach, tę ostatnią nadzieję na zmianę losu, wszak niemożliwą do spełnienia. Jak mnie to podnieca! Ostatnie podrygi walki o życie. A w chwilę później wbijam ostrze w zdane na moją łaskę ciało ofiary… – zgiął się z wyraźną satysfakcją w głosie – które drga, a jej oczy wprost wyłażą z orbit. I wreszcie odchodzi na zawsze, żegnając się ze światem w potwornym bólu. 

– Aaa! – Jęknął oprawca. W kucharza wstąpiła nadzieja, że jego przeciwnik jednak być może szybciej wyzionie ducha z powodu odniesionych ran, niż wykona swój potworny plan.

–  Aaaa….Srać mi się chce! – Pustelnik rozwiał wszystkie Andrzejowe nadzieje, ostrożnie udając się w krzaki za większą potrzebą.

 

   Kucharz rozejrzał się jeszcze raz wokoło. Sił ubywało, nadziei też nie było widać, morale słabło, Moce nie przybywały! Jednym słowem – klęska na całej linii… 

   W tym momencie, nie wiadomo dlaczego, znów przypomniał sobie wujka Antoniego, którego śmierć się nie imała. Spotkało go w życiu wiele wypadków, z których zawsze wychodził w miarę cało. A to podczas służby w komandosach raz nie otworzył mu się podczas skoku spadochron, a to piorun raził go pięć razy podczas burzy, a to trzy razy przejechał po nim walec drogowy, nie robiąc mu absolutnie żadnej krzywdy. Na ścianie w garażu miał powieszonych siedemnaście mniej lub bardziej uszkodzonych kasków rowerowych – niemych świadków spotkań drugiego i trzeciego stopnia z samochodami. Jak na te wszystkie przygody, które go spotykały, zginął dość prozaicznie: zamontował w starym domu nowoczesne, bardzo szczelne okna, tak szczelne, że w nocy zabrakło powietrza i tak nastąpił jego koniec. Andrzej próbował sobie przypomnieć twarz wujka, ale jedyne co o nim zapamiętał to fakt, że ten nie lubił pomidorów. Dziwne…

– Ciekawe, czy to będzie bolało…? – Zastanawiał się Bytlik, myśląc o szlachtowaniu. Jego ucho wychwyciło lekki szelest w gałęziach. Z listowia znienacka wychynęła głowa pucułowatego harcerza:

– Cicho pan być, nie?! – Powiedział pryszczaty młodzieniec, trwając w wyraźnym stanie niezdrowej erekcji. – My tu z chłopakami to mamy na drzewie swoją kryjówkę, nie? Zaraz pana odetniemy, nie?! 

Z zapałem wyjął finkę z pochewki i mozolnie zaczął przecinać powróz:.

– Gruby jest… – sapnął z wysiłku, ale się nie poddawał. Wszak był dzielnym harcerzem z wieloma zdobytymi wcześniej sprawnościami.

 

*

   Pustelnik wydał w krzakach ostatnie przeciągłe pierdnięcie, coś tam poszeleścił listowiem koło tyłka i powoli wyszedł na polanę, wciągając na tors końską sierść. Kucharz spojrzał w górę. Na szczęście harcerz nie był widoczny – ciął po drugiej stronie pnia. 

– Ha, no to zaraz zaczniemy zabawę! – Krzyknął ostatecznie Wybraniec, śliniąc się obficie. Przez chwilę zadumał się w poszukiwaniu odpowiedniego narzędzia, potrzebnego do zadania pierwszego cięcia. 

  Wtedy powróz pękł i Andrzej spadł prosto na krzątającego się pod nim faceta. Harcerz zeskoczył na ziemię i sprawnie przeciął sznur krępujący Bytlikowi ręce:

– Co teraz, nie? – Spytał przerażony. 

Coś zachrobotało! Niewiarygodne, ale Pustelnik znów wstał! Harcerz z krzykiem na ustach rzucił się do ucieczki, pamiętając jednak o zabraniu ze skrytki w gałęziach butelki pełnej wiewiórczego nasienia, kolekcjonowanego od miesięcy przez męski zastęp w tajnej kryjówce na drzewie.

W kucharzu coś pękło. Podniósł zardzewiały baniak i przywalił  nim w zbliżającego się wroga. Ten zachwiał się, jęknął i wpadł do wcześniej wykopanego dołu. Andrzej osunął się na kolana. Wszystko go bolało, nie mógł złapać tchu. Zwymiotował.

 

Z dołu dobiegły głuche słowa:

– ŻYJĘ!

Zdrętwiały z przerażenia Bytlik odwrócił głowę: 

– To niemożliwe… – szepnął przerażony. 

Z dołu jednak, zamiast pustelnika, wyskoczył turysta:

– Żyję! Hahaha! – Śmiał się spazmatycznie. – Pamiętam twoją twarz, pierdolcu! – Omyłkowo wskazał palcem na kucharza. – Zaraz zgłoszę to wszystko na policji! Torturowałeś mnie. I chciałeś zakopać żywcem! Zgnijesz w więzieniu!!! – Krzyczał, biegnąc przed siebie. Nie zauważył na swej drodze   pnia – uderzył w niego głową i znów upadł bez czucia. 

Padał obfity deszcz, gdy Bytlik kończył zasypywanie leśnego grobu. Potem starał się ocucić nieprzytomnego turystę, ale bez rezultatu. Wziął go więc na plecy i powoli poniósł na pogotowie.

 

C.d.n

Dobra Cobra

listopad 2013/ lato 2019

 

Vector image by VectorStock / vectorstock