Przygody Andrzeja 2

 

Andrzej Bytlik oczekiwał  w szpitalnej przychodni na oględziny lekarskie po straszliwej potyczce z pustelnikiem. Całe ciało miał posiniaczone i pokaleczone.

– Nie zjadłbyś pan deseru? – Spytał siedzący obok niego Stefan, przyjazny Niemiec, który też oczekiwał w kolejce do polskiego lekarza. W ramach wspólnych świadczeń medycznych wybrał Polskę, jako oazę taniości tego rodzaju usług. Akurat w tym szpitalu za ćwierć darmo, albo i jeszcze taniej, leczył swoje, nabyte po zachodnioniemieckiej stronie, choroby.

– Mają tu duży wybór jedzenia: tort z wątróbką, lody z małży, ciasto z golonką…. O, Scheisse –  dokończył po niemiecku. – Prowadzą tu jakąś dziwną kuchnię!

– Wyglądasz jak bohater z Kambodży – rzekł Stefan, prowadząc Andrzeja do łazienki. Pomógł mu się rozebrać i wepchnął go siłą pod prysznic:

– Jak stan turysty? – Bytlik przekrzykiwał szum wody, ostrożnie namydlając twarz higienicznym mydłem w płynie.

– Wasz doktor Półpasiec mówi, że zbyt wiele przeszedł i być może zamknął się w sobie na zawsze!

– To ten z tych Półpaśćców?

– Tak! Herr Sbigniew …Pulpśćszćśśyf… jest jego ojcem…

– To się nie wybudzi? Znaczy ten turysta, a nie jego ojciec.

– Może się zdarzyć, że nie.

– Cóż więc za tajemnicę skrywać może ten bezimienny człowiek?

– Któż to wie?

– Dlaczego wujek zawsze brał prysznic w slipkach? – Pomyślał Andrzej, nie wiadomo dlaczego akurat w tym momencie. I dlaczego, jak młody Bytlik nie chciał spać, mama straszyła go zawsze słowami:

– Jak będziesz niegrzeczny, to zaraz przyjdzie tu wujek Antoni i się rozbierze. 

 

Na to pytanie zapewne nie znał odpowiedzi także Stefan, prawdziwy Niemiec spod Berlina. Kucharz od młodości nienawidził Niemców za to, że napadli jego Ojczyznę w 1939 roku. 

 

 Dobra Cobra prezentuje dziś klasyczną, wakacyjną opowieść dla młodzieży – pełną niesamowitej przygody i dynamicznych zwrotów, a na dodatek z mądrym pedagogicznym przesłaniem pod sam koniec – pt 

Przygody Andrzeja

Część druga

 

To nieprawda, że podróże kształcą. 

Gdyby tak było, konduktorzy byliby najmądrzejszymi ludźmi na świecie. 

 

   Wtem w drzwiach wejściowych szpitala chwiejąc pojawił się zakrwawiony Wybraniec, ubrany tradycyjnie w swój brudny strój, uszyty z końskiej sierści. Jakąś tajemniczo – nadludzką siłą wykopał się z świeżo zasypanego grobu i podążył, niczym filmowy wilkołak, śladem Bytlika. 

Stanął w korytarzu i rozejrzał się dookoła. Wyglądał jak niedawno oprawiona kupa mięsa – czerwone plamy i rany zajmowały całą powierzchnię jego ciała. Połamane kończyny bez palców  wzbudzały grozę. Śmierdział, a wokoło niego unosiły się tłuste krowie muchy. Wziął oddech i zaryczał nieziemskim głosem.

To sprawiło, że w szpitalu włączył się alarm przeciwpożarowy, a z czujek umieszczonych na suficie obficie chlusnęła woda.

 

   Na korytarzu wybuchła nieopisana panika – żeński personel uciekał z krzykiem, a zniewieściały męski dla odmiany mdlał. Ludzie wyskakiwali przez panoramiczne okna, drzwi i inne otwory budowlane, bardzo się przy tym kalecząc. Prawdziwi mężczyźni starali się oddalać z tego miejsca lekkim kłusem, aby nie dać plamy na honorze. Niektórzy srali pod siebie z wielkiego wrażenia.

 

   Sanitariusz, wiozący do kostnicy zwłoki niedawno zmarłego pacjenta, widząc co się dzieje, puścił pchany przed sobą wózek, który przewrócił się w całym tym zamieszaniu. Z ust trupa bluznęła czarna krew, wprost na wzmocniony push – upem dekolt przebiegającej ślicznej dzierlatki. Dziewczę, z potwornym krzykiem, padło martwe u jego stóp. Rozbryzgana trupia krew wpadła też do słodkiej buźki małej pacjentki, sześcioletniej Zuzi, która właśnie przeszła zabieg wycinania trzecich migdałków. Dziewczynka posmakowała językiem tej mazi – trupi jad nie był jednak zbyt zdrowy do jedzenia. Jej buźka wykrzywiła się w dziecięcym grymasie obrzydzenia. Dzień później leżała już martwa w swoim łóżeczku. 

 

   Recepcjonistka Sandra romansowała właśnie ze słynnym ortopedą, doktorem Kryspianem Siłaczem. Wdzięcząc się i głupio chichocąc – mokra tam, gdzie należy być mokrą w takiej sytuacji i przy takim mężczyźnie – miała nadzieję na wieczorną zdecydowaną płciową młóckę z tym jakże utalentowanym lekarzem, który – jak niosła szpitalna wieść – miał bardzo długiego członka i potrafił doprowadzić każdą kobietę na skraj śmierci z powodu dawanej rozkoszy. 

Sandra, zobaczywszy, co się dzieje przy drzwiach, z piskiem ukryła się za kontuarem recepcyjnym, nieszczęśliwie wbijając się czołem na stojące w plastikowym pojemniku nożyczki biurowe. Umierała, podrygując swymi długimi, lubieżnie ślicznymi nóżkami, przyozdobionymi w czarne pończochy.

 

   Samotny ochroniarz z agencji ochrony Wiejscy Komandosi Polski (WKPOL) – Sylwek Stalowy – podbiegł do chwiejącego się w drzwiach potwora i z ohydą przytknął do jego ciała paralizator. Przez chwilę urządzenie zabzyczało mocą tysięcy voltów. Ale nic nie pomogło. Pustelnik zwrócił się w jego stronę i wbił palce w jego brzuch. Rzucił nim w powietrze, wyciągając przy okazji z nich zwinięte jelita ochroniarza. Sylwek, krzycząc wniebogłosy:

– Matuluuuu! – Poleciał na ścianę.

 

   Doktor Siłacz, zobaczywszy co się dzieje, umknął do swojego gabinetu, zaryglował drzwi i nalał sobie szklaneczkę dobrej whisky, którą dostał z wdzięczności od kolejnego uleczonego pacjenta. 

– I tak zaraz sytuacja zostanie opanowana – uspokajał się w myślach. Spojrzał ze smutkiem na swoje powiększone w kroku spodnie. 

– Szkoda – pomyślał o słodkiej rozmowie z Sandrą. – Ale jak nie dziś, to przecież jutro… 

W tej chwili przez gipsową ściankę wpadł z krzykiem do gabinetu ochroniarz Sylwek. Niemal natychmiast rozerżnął sobie szyję na hartowanym szkle karafki. Doktor Siłacz z powodu wielkiego przerażenia wyskoczył przez okno, ginąc od wewnętrznych i zewnętrznych obrażeń, odniesionych w otwartej na czas remontu studzience kanalizacyjnej. 

 

*

   Na podjeździe szpitalnym zatrzymała się taksówka. Wysiadła z niej, odziana w futro z szynszyla, bogata wdowa Zaleska, primo voto Dópaska, secundo voto Schwarzmuller, tercio voto Rockefeller, kwarto voto Medrcedes, cinto voto Boeing, seito voto Cola Cola i jeszcze parę innych nazwisk, by wymienić jedynie te zarejestrowane urzędowo związki. Wdowa w latach swej bujnej młodości bardzo huja lubiła, a że miała też odpowiednie warunki fizyczne, a na dodatek była naturalną blondynką, szybko znajdowała sobie kolejnych sponsorów, a później dzianych mężów. Ci – z powodu jej wybujałego temperamentu oraz gwałtownych wahań giełdowych – dość szybko odchodzili z tego łez padołu, zawsze pozostawiając jej mniejszą lub większą fortunę na osłodę łez.

Jej ostatni ślubny – hrabia Von Ribbentrop, z tych von Ribbentropów – z dużym powodzeniem prowadził interesy w mieście i okolicach, kapitalistycznie wykorzystując rzesze lokalnych robotników. Działo się to do czasu, gdy atak serca w trakcie ognistego stosunku z żoną, zakończył jego wystawno – dyktatorski żywot. Pogrzeb prowadziło aż czterech księży, w tym jeden przyjezdny, niemiecki, a zostało to skrzętnie odnotowane w kronice towarzyskiej miasta, kraju, Unii Europejskiej i wreszcie świata i wszechświata. A rządząca światem masoneria zapłakała z powodu jego odejścia wielkimi, krokodylimi łzami podczas kolejnego spotkania na szczycie ekonomicznym najbardziej uprzemysłowionych krajów świata.

 

Wdowa przyjechała tu na liposukcję brwi do, przyjmującego tu raz na miesiąc, najsławniejszego chirurga plastycznego doktora Waleriany Szczepana, ale uciekający w panice ze szpitala tłum stratował biedaczkę. Leżała tak na asfalcie do czasu, gdy do jej ciała podleciał bezdomny pies, który… To potworne! 

Ale w sumie o takim jej końcu prorokował od lat natchniony Duchem Amicjusz Żrebełko, lokalny prorok, pracujący za głodową pensję w jednej z fabryk, należących do zmarłej. 

Pieniądze szczęścia jednak nie dają – jak powiada mądre przysłowie narodowe. Dają jednak władzę. Więc coś za coś. 

 

*

   Tymczasem w budynku szpitala Horacjusz Ziąb – rehabilitant – wbity swoimi pazurami w sufit, starał się trzymać go kurczowo, wytężając przy tym wszystkie swe siły. Wskoczył tam w panice, zobaczywszy co się dzieje na korytarzu. Nigdy by nie przypuszczał, że mógłby być zdolny do wiszenia na suficie bez trzymanki, gdyby nie fakt, że właśnie na nim wisiał. Prawie, jak w kreskówkach… 

Z panicznym niepokojem zaobserwował, jak tynk pod jego palcami powoli zaczyna puszczać. Po chwili spadł z przerażającym krzykiem na kręcącego się w panice sanitariusza, łamiąc mu kark. Ale sam Horacjusz Ziąb przeżył! Zaczął uciekać po korytarzu, wpadł na łóżko na kółkach, które potoczyło się przed siebie, rozjeżdżając kilku pacjentów hospicjum. Potem wytoczyło się ze szpitala i pomknęło ulicą w dół miasta na spotkanie nieuchronnego przeznaczenia, które jednak – o dziwo – nie nastąpiło.

 

Wtedy na korytarzu pojawił się Bytlik, odświeżony po wzięciu gorącego prysznica. Zobaczył co się dzieje, a jeden włos, który zdołał wyhodować na swojej klacie, natychmiast stanął mu dęba:

– To niemożliwe… – wymamrotał.

– Verfluchte Scheisse! – Krzyknął piskliwie Stefan, prawdziwy Niemiec spod Berlina.

   Dzielna siostra Małgorzata walczyła z wężem strażackim, chcąc go uruchomić i poskromić potwora w końskiej sierści dużym ciśnieniem wody. Przy tym wysiłku jej piersi, mimo uwięzienia w przyciasnym biustonoszu, podskakiwały namiętnie. Andrzej, podniecony tym widokiem, pomyślał:

– Fajnie, gdyby się teraz rozebrała… 

Nic takiego się jednak nie wydarzyło, bo prawdziwe życie to nie żaden amerykański film. Siostra dalej walczyła z wężem w coraz bardziej mokrym ubraniu, a  materiał coraz ściślej oblepiał jej zachęcające kształty.

 

Ochrona zaczynała ewakuować z zagrożonego terenu pozostały personel jak i pacjentów.

   Przed oczami kucharza znów pojawiło się wspomnienie wujka. Podobno jak miał parę lat, urodził mu się braciszek, którego nazywali Chichotek, bo był bardzo wesoły i jak się go łechtało to śmiał się bardzo. Któregoś dnia bracia zostali na chwilę sami. 

– Chichotek zdechł! – Młody wujek radosnym okrzykiem powitał matkę, powracającą po niedługiej chwili z apteki. 

Bawili się i załaskotał go na śmierć.

 

*

   Bytlik podbiegł i mocno kopnął Wybrańca z całej siły w jaja. Ten zawył najstraszliwszym wyciem,  jakie kiedykolwiek usłyszało ludzkie ucho. Już miał rzucić się i rozszarpać wszystkich, stojących mu na drodze, gdy nagle – nie wiadomo skąd – na korytarzu pojawiła się pucołowata i niewinna Sierotka Marysia, która zacisnęła mocno swe piąstki i zagroziła potworowi piskliwym głosikiem:

– Zostaw nas wszystkich i odejdź stąd! 

Stała się rzecz dziwna, która czasami zdarza w filmach: oto bestia słucha głosu dziewicy.  Istotnie, potwór zaczął cofać się tyłem do drzwi wyjściowych. 

Niestety, ale całe to święte zjawisko zepsuł Andrzej, z rozpędu powtórnie kopiąc Pustelnika z całych sił w jaja. Półżywy momentalnie ocknął się z dziewiczego zamroczenia. Zawył, okrążył Marysię na dwa kroki, jak gdyby trzymała wyciągnięty przed siebie krucyfiks lub święconą wodę, i rzucił się w kierunku kucharza. 

 

   Bytlik uciekając wpadał do kolejnych pokojów, a potwór goniąc go, rozwalał ściany działowe swą potężną, nadludzką siłą. Szpital zaczynał płonąć. Jak burza przeszli przez pokoje na oddziale intensywnej opieki medycznej. Pacjenci – poodłączani od swoich życiodajnych rurek i przewodów – gasnęli jeden za drugim. 

W pokoju operacyjnym przeprowadzano akurat skomplikowany zabieg usunięcia przetoki. Chirurg ostrożnie wycinał kanał ropopochodny, oba jego ujścia i wszystkie ewentualne odgałęzienia, gdy runęła na nich ściana. Tynk i pył zasypał pacjentkę, a lekarz prowadzący nadział się w na skalpel.  Z jego tętnicy udowej popłynęła wartką bryzą świeża, jasnoczerwona krew. 

Jednym słowem: śmierć i zniszczenie.

 

   Andrzej zatrzymał się przy ostatnim oknie na ostatnim piętrze. Pustelnik nadchodził, kulejąc i prychając krwią. Bytlik chwilę szamotał się z oknem, okazało się jednak solidnie zabite gwoździami. Chwycił więc krzesło i rzucając nim rozbił solidne, podwójne szyby. Powoli starał się wyjść na gzyms, ale potwór był już bardzo blisko. Andrzej ze strachu stracił na chwilę równowagę i przeciął sobie spodnie w kroku. Kawałki szkła weszły jednak nieco głębiej, o czym człowiek w przypływie adrenaliny nie od razu się dowiaduje. 

Kucharz skoczył i wylądował na drzewie, które pamiętało jeszcze jego urodziny, podczas których czterej krzepcy położnicy dzielnie walczyli z paskudnie zaklinowanym poprzecznie noworodkiem. 

Poobijany spadł na trawę. Spojrzał w górę. Pustelnik stał na parapecie z rozłożonymi kończynami. Bytlik puścił się pędem przed siebie.

Jakaś długonoga kariatyda zatrzymała się na środku ulicy, wpatrując się z wrodzoną kobiecą ciekawością na to, co się działo przed jej oczami. Nieszczęsną po chwili zmiażdżył ogromny walec drogowy, który – z powodu złego stanu technicznego i braku działającego hamulca – stoczył z przejeżdżającej nieopodal wielkiej ciężarówki.

 

*

   Andrzej dobiegł na cmentarz. Z Sali Ostatniego Pożegnania wypływał właśnie kondukt żałobników. Grabarze ładowali trumnę z nieboszczykiem na bogato przystrojony wóz, zaprzężony w siną chabetę. Koń, zobaczywszy zakrwawionego potwora goniącego Bytlika, przestraszył się i, prychając jak oszalały, instynktownie puścił się pędem przed siebie. Drewniana trumna spadła z wozu, wieko odskoczyło a trup wypadł prosto na chodnik. Po chwili nieboszczyk zaczął się poruszać. Żałobnicy zamarli z przerażenia, wpatrując się w to nadprzyrodzone zjawisko.

– Wy faryzeusze i złodzieje! – krzyknął doniośle dopiero co ożyły, gramoląc się na nogi i otrzepując marynarkę z pogrzebowych pudrów, które ponakładano mu na twarz.

 

 Ludzie rzucili się w panice pędem przed siebie zabijając się o nagrobki i wpadając do świeżo wykopanych grobów. Dostawali ataków serca i mdleli. Żona zmarłego, ze zdziwieniem graniczącym z szokiem na twarzy, została stratowana przez galopującego siwego konia.

Andrzej chyżo umykał ulicami miasta przed goniącym go Pustelnikiem, a właściwie przed tym, co z niego pozostało. Góra zakrwawionego, śmierdzącego mięsa, gnana nieznaną siłą pędziła za Bytlikiem. Andrzej przeskoczył jakąś siatkę, rozgonił ujadające psy, które ze strachu natychmiast pozwiewały do swoich bud, i wskoczył na drabinkę, prowadzącą na szczyt najwyższego punktu w mieście – komina miejskiej elektrociepłowni. 

 

*

   Ciało Pustelnika rozkładał się już na czynniki pierwsze i pewnie tak zakończyłby swój ziemski żywot, gdyby nie wpadł na stojący na placu elektrociepłowni włączony transformator spawarki. Wysokie napięcie sprawiło, że jego ciało znów doznało wzmocnienia na wzór wzmocnienia ciała ofiary Frankensteina. Potwór z nowymi siłami rzucił się za kucharzem. 

Andrzej wspinał się piętro po piętrze do góry. Pot zalewał mu oczy, a serce omal nie wyskoczyło z piersi z powodu strachu, jak też dramatycznie wysokiego pulsu. Tylko stres i adrenalina pchały go ku górze, skąd nie było już jednak żadnej ucieczki. Ale w stanie ogromnego zagrożenia człowiek zawsze chce sobie przedłużyć życie nawet o te kilka krótkich chwil.

Bytlik ze spoconym czołem ciężko dyszał, stojąc na szczycie komina. Jedyną drogą wydawało się już tylko… Potwór wyskoczył na kucharza. Zaczęli walczyć na śmierć i życie, a może już tylko na śmierć? Straszne ciosy sprawiały, że Andrzej nie miał już sił porządnie zaczerpnąć powietrza. Słabł. Pustelnik złapał go w pasie, zgiął i szykował się do wrzucenia w czarną czeluść komina, aby tam dokończyć jego żywota wśród trujących wyziewów, popiołów i osadów smolnych.

 

Na występie, ukrytym w środku komina, stała włączona spawarka, którą pozostawili remontujący go robotnicy. Podczas szamotania elektroda zetknęła się z ciałem Bytlika, a szukające ratunku przed śmiercią dłonie przytknęły się do masy. Zaiskrzyło. W kucharza natychmiast wstąpiła niesamowita moc elektryczna! 

Z łatwością uwolnił się z objęć potwora, rozerwał go na pół i z okrzykiem, który odbił się echem po  całym mieście, rzucił go w przepaść. Od potwornego i mrożącego krew w żyłach okrzyku kucharza z drzew poopadały liście, a na farmie królików zarodowych już nigdy żadna samiczka nie porodziła ani jednego małego króliczka. 

Po kilkunastu długich sekundach lotu okrawki mięsa spadły u podnóża komina. Potwór pękł na wiele części, a jego śmierdzące wnętrzności zaścieliły podnóże komina. Pilnujące zakładu duże bezrasowe psy, głodzone przez nocnych stróżów, powyłaziły ze swoich bud i zeżarły je ze smakiem. 

Andrzej, będąc w mocy elektryczności, napiął swe mięśnie, odbił się i skoczył na oddaloną o wiele metrów od komina linę zwisającą z dźwigu. Złapał się jej i powoli zsunął poza teren elektrociepłowni.

– Mam nadzieję, że już się nie podniesie… – wyszeptał kucharz, stojąc okrakiem na brzegu potoku. 

– No, ale znów chyba muszę się umyć. Wszak trzeba myć rączki, by nie mieć rzeżączki – dodał filozoficznie, polewając swe udręczone ciało zimną, czystą wodą, spływającą powoli z okolicznych łąk po wiosennych deszczach.

 

**

   Morał tego opowiadania jest taki: w lesie można znaleźć dojrzałe jagody i piękne grzyby. Można też natknąć się na opalającego się wśród paproci nagiego, pięknie umięśnionego drwala, którego z jakiegoś powodu nie tykają komary. Ale może też tam na was wskoczyć śmiercionośny kleszcz. W ostępach można wreszcie spotkać jakiegoś strasznego potwora lub  wynaturzeńca, który może chcieć wam zrobić jakąś krzywdę, albo i dwie, a nawet zadręczyć na śmierć. A to nawet gorsze, niż głupie amatorskie nastoletnie macanki na plebanii u znajomego księdza. 

Zatem, młodzieży, w dzisiejszych czasach należy się trzymać z dala od lasu! Pieśćcie w domach swe komputery czy inne tablety albo gładźcie ekrany telefoników i za nic nie wyściubiajcie nosa za drzwi, bo świat za oknem jest teraz zły, a niedługo będzie nawet jeszcze gorszy. A z internetu przynajmniej nic na was nie wylezie. 

Chociaż, jak się tak głębiej zastanowić, to czasem potrafi wyleźć. I to w nawet dość przerażającej formie.…

 

KoNiEc

 

   Dlaczego katowany turysta szukał akurat Andrzej Bytlika, kucharza z domu weselnego o pięknej, romantyczno brzmiącej nazwie: Alfredo Mo Nami? Czy Pustelnik został przez kogoś specjalnie nasłany? Dlaczego Anna Połaszaniec – dumna, lokalna piękność, nigdy nie leciała na naszego bohatera? I po ile będzie kurs franka szwajcarskiego za dwa tygodnie? 

Być może na garść tych oraz innych pytań odpowie następna część Przygód Andrzeja – Przygody Andrzeja 2. Jednak na razie jednak jej nie ma i nie wiadomo, czy w ogóle się pojawi. Czytelnik jest więc zdany w domysłach tylko na samego siebie…

 

Dobra Cobra,

listopad 2013/ lato 2019

 

Vector image by VectorStock / vectorstock