Gilbert w Niebie

   

   Minął miesiąc z okładem, odkąd Gilbert odszedł po końcu świata z ziemskiego łez padołu i wyruszył w wędrówkę do Nieba. Nie śpieszyło mu się tam jakoś specjalnie, więc gdzie tylko mógł – zatrzymywał się i podziwiał zastane widoki: a to odjazdowe galaktyki, a to piękne gwiazdy, a to szlachetne planety  – mniejsze, większe jak  i te w sam raz. 

Padał obfity deszcz, gdy stanął wreszcie w strasznie długiej kolejce oczekujących na wejście do… Nieba. 

– Słaba sprawa – rzucił po godzinie stojący przed nim facet, z twarzy podobny do wrony. – Dziś wybitny korek. 

Gilbert był przemoczony do suchej nitki i być może dlatego w jego głowie nie zapaliła się lampka ostrzegawcza. 

– A zazwyczaj ile to trwa? – spytał, pociągając nosem.

– Zależy… ale dziś pada, więc chyba nocka z głowy.  Chyba, że…

– Że co?

– Tak się składa, że mam tu kumpla i przy dobrych układach moglibyśmy wejść tam już niebawem.

– A czego pan chce w zamian? – spytał rzeczowo Gilbert. 

– Podpisania takiej niewinnej umowy… coś jakby cyrografu – dodał tajemniczo. – Naturalnie ten dokument nim nie jest, hehehe – zarechotał dość sztucznie.

Niektórzy sprzedawcy tak po prostu mają i już.

 

–  To certyfikat zgłoszenia uczestnictwa w programie: „STOP, nie czyść patyczkiem ucha w środku” – wyjaśnił.

– To czym mam je czyścić? Palcem?

– Nie stawiajmy sprawy w ten sposób – poprosił wronowaty. – Podpisując ten dokument pokazuje pan Niebianom, po której stronie stoi w walce o bezpieczną higienę uszu. To słuszna walka.

– A, skoro tak…

 

Przy wejściu stała honorowa warta fizylierów księżniczki Luizy, którzy prężyli muskuły w obcisłych, czerwonych mundurach, prezentując nadzwyczaj dobrze wypolerowane karabiny. Może to oni sprawili, a może sprawił to coraz bardziej zacinający deszcz – w każdym razie Gilbert nie przeczytał wszystkich zgód, napisanych małym druczkiem? Ale czegóż właściwie powinien się obawiać, skoro właśnie wchodził do Nieba.

Cwaniaczek z kolejki zgrabnie ich ominął, podprowadził Gilberta pod omszały mur i nacisnął jeden z kamieni.

 

Dobra Cobra przedstawia opowiadanie z potrójnym dnem i potrójnym zakończeniem, w którym nasz bohater wędruje do…, pt

 

Gilbert w Niebie

 

Nigdy nie chciałem sprawić ci bólu.   

Chciałem tylko zobaczyć, jak się śmiejesz…  

Chciałem tylko być kimś w rodzaju przyjaciela. 

Prince, Purple Rain

 

2

   W niebie wszędzie lśniło jasnym światłem i być może z tego powodu Lśniący Piotr, zwany omylnie Świętym, miał założone ciemne okulary. 

– Witam pana – rozpoczął mowę powitalną. – Czekam tu już dłuższą chwilę, aby uścisnąć panu grabę! 

Czy oni wszyscy tu wszystko o człowieku wiedzieli? 

Gdy potrząsali dłońmi Gilbert rozejrzał się wokoło. Nieprzebrane tłumy waliły do nieba. I wszyscy mówili… po polsku! Choć po dłuższej chwili dało się rozróżnić także rozmowy w języku niemieckim, wypowiadanie twardą szwabachą, co go dość poważnie zmartwiło. 

– Miło mi – rzekł uroczyście Gilbert – wiele o panu… słyszałem. 

– Założę się o dwa litry mleka, że większość tych opowieści pewnie spokojnie można między bajki włożyć – odpowiedział Lśniący Piotr. – A oto pańskie nowe imię – dodał – bo dawnego tutaj nie przystoi wspominać. 

– Cirzpobig? – zdziwił się Gilbert. – Na pewno? 

– Tak wynika z ewidencji – odrzekł pilnujący bramki pomagier Lśniącego Piotra, Lśniący Mężczyzna, nerwowo kartkując znoszony brulion. – Proszę powoli podać PESEL to sprawdzę raz jeszcze. Ale nie… wszystko się zgadza. Proszę, tu jest samoprzylepna plakietka, którą proszę przyklejać przed każdym wyjściem z apartamentu, co pozwoli uniknąć wielu zabawnych pomyłek.  

– Pomyłek? 

 

Lśniący zmienił temat:

– Cirzpobigu, w powitalnej promocji, nazwanej na cześć przybyłych „Dzień dobry!” dodatkowo otrzymujesz też… bumerang.

 

Na odchodne dał też Gilbertowi samouczek języka Esperanto – bo w Niebie powinno się mówić jednym językiem.

– Proszę pana tylko o jedno: aby pan nie wywoływał burd, bo ludziom się zdaje, że jak tu trafili, to mogą już wszystko. Albowiem świeżo przybyłym potrzeba dużo siły wewnętrznej podczas pierwszych dni pobytu tutaj. No i jeszcze coś – bezcenna porada: największy wybór pocztówek z wizerunkami galaktyk znajdzie pan po lewej stronie Nieba, pomiędzy dzielnicą Islamistów,  a mostem Lecha, no, wie pan którego. Tylko proszę pamietać, że w weekendy bywają największe kolejki! – dokończył, otworzył bramkę i odwrócił się, by witać kolejnych przybyłych. 

To nie mieli tu niehandlowych niedziel? 

 

3

   Od jednego ze Lśniących Gilbert otrzymał klucze do swojego niebiańskiego domu wraz z holograficzną mapą, która zawierała wskazówki, jak tam dotrzeć. Niespodziewanie ktoś pociągnął go za rękaw. 

– Jak to bracie? I ty tutaj? – jąkał się wielce zadziwiony kaznodzieja Andrzej Zaskroniec. Mężczyzna, który swego czasu wyrzucił Gilberta z religijnej szkółki dla amatorów duchowości i nie oddał mu wpłaconego z góry czesnego za kolejny semestr nauki. Zaskroniec miał znajomości w kuratorium oraz duże zasługi dla oświaty, prowadząc przez lata w szkole ponadpodstawowej zajęcia z Wu-eFu. Motywem usunięcia Gilberta prawdopodobnie była zazdrość, bo ten miał iście magnetyczny wpływ na uczestniczące w zebraniach kobiety. 

Wierna żeńska trzódka otaczająca zafalowała.

– Siostry, zaraz napiszemy list do władz tego miejsca, że właśnie nastąpiła fatalna omyłka,… A jak trzeba będzie to napiszemy i wyżej, z doniesieniem na tego brata, że za swoje odstępstwo od zasad świętego Kościoła nie powinien znajdować się wraz z nami wszystkimi w Świętym Niebie! A teraz chodźmy, siostry,  bo przegapimy czas popołudniowego migdalenia, które jest potrzebne każdej z was, niczym powietrze… lub woda w kranie.

 

4

   Gilbert poszedł dalej. Po lewej stronie mijał duży niebiański market, w którym sprzedawali palmy zwycięstwa oraz prasę. 

– Synu! – dobiegło do jego uszu znajome wołanie z dawnych lat. Po drugiej stronie ulicy ze złota, nad którą śmiałkowie uczyli się latać w powietrzu, stał we własnej osobie ojciec Gilberta – Bęben, nazywany tak z powodu dużej otyłości brzusznej. Mężczyźni zaczęli biec ku sobie. Złoto było jednak nieco śliskie i dwaj panowie grzmotnęli się głowami. 

Gdy doszli do siebie i przestało boleć – padli sobie w ramiona. 

– Synu – wyszeptał ojciec, dysząc jakby przebiegł co najmniej ćwierć maraton. – Jakże się cieszę, że moje westchnienia zostały wysłuchane i że jesteśmy tu razem w niebiesiech. Przyznaj, że nawet w marzeniach nie spodziewałeś się mnie tutaj zobaczyć, co synu?  

Gilbert pokiwał głową 

– Raduje się serce moje, że odziedziczyłeś po mnie wiarę i mądrość – kontynuował rodzic. – Może i nigdy nie pokazywałem po sobie tej mojej głębokiej wiary w życiu codziennym, ale bądź co bądź jest to naprawdę sprawa głęboko osobista. Ale gdym już umierał, a ty robiłeś mi sztuczne oddychanie metodą usta w usta, poczułem męską słodycz pocałunku… ale zaraz pomyślałem, że to jednak – bądź co bądź – syn i zapanowałem nad pierwotnym odruchem, by powrócić i złapać cię za… Eeee, w każdym razie pragnąłem, abyśmy tutaj się spotkali i… – przerwał bo obok właśnie przechodziły dwie rozszczebiotane, młode, piękne i na dodatek nieletnie Lśniące Dziewczyny. 

– Eee, synu, to może pogadamy niebawem, co synu? – zaproponował, podając Gilbertowi dłoń. – Tylko uważaj na krokodyla, który tu grasuje. Atakuje bez ostrzeżenia i potrafi naprawdę nieźle poszarpać.

 

W chwilę później wszedł pomiędzy dziewczęta, wziął je pod ręce i zaordynował:

– Drogie panie: nóżka lewa, nóżka prawa, nóżka lewa, nóżka prawa… Widzę, że panie nie do końca mają wiedzę o synchronizacji ciał… Odeszli razem śmiejąc się radośnie. 

 

5

   Idącego przed siebie Gilberta z zamyślenia wyrwało zderzenie z murami nieba. Na kamieniach zauważył duży napis graffiti: Tu byłem – Tony Halik. W dole za blankami gęstniał tłum tych, co się nie dostali do środka. Gilbert zauważył tam nawet parę znajomych twarzy. Na samą myśl, ze im się nie udało, uśmiechnął się po polsku: od ucha do ucha.

Z kieszeni wyjął holograficzną mapę okolicy i po ponownym złapaniu azymutu skierował kroki w stronę swego nowego domu. 

Wielopiętrowy gmach miał tylko jedno wejście. Klucze pasowały do zamka. Gilbert odruchowo spojrzał na listę współmieszkańców, która znajdowała się obok domofonu. Znajdowały się tam nazwiska sławnych – aczkolwiek kontrowersyjnych ludzi – o których nikt by nie powiedział, że kiedykolwiek wejdą do Nieba.

W krzakach obok wejścia ktoś cichutko pochlipywał. Starszy mężczyzna ze schowaną pomiędzy kolanami głową płakał. Gilbert usiadł obok na złotej trawie i objął załamanego po przyjacielsku. 

– Nie myślałem, że dożyję takiej chwili – powiedział mężczyzna, ocierając oczy.  – Tak się starałem zapracować na zbawienie, tyle rzeczy czyniłem, by być bliżej wiary. Tyle z siebie dawałem wierze i bliźnim też trochę. A tu się okazuje, że zbawienie jest z łaski! Masz babo placek! Jestem tu od niedawna, a już na swojej drodze napotkałem paru typów, którzy absolutnie nie powinni się tutaj znaleźć! Wyobrażasz pan to sobie? – dokończył i znów ukrył głowę pomiędzy kolanami. 

Gilbert – głęboko wstrząśnięty tym, co go do tej pory spotkało – zemdlał. 

 

6

    Gdy się ocknął starszego mężczyzny już nie było. Pojawiła się natomiast piękna dziewczyna. Jej twarz kogoś Gilbertowi przypominała. 

– Jestem Solomia, dawniej na Ziemi używałam innego imienia. Chodziłam z twoim najlepszym kumplem do jednej klasy w liceum. Powiedziawszy to wzięła Gilberta za ręce i położyła je na swoich jędrnych, spiczastych piersiach. 

– Wiesz może, czy jest tu Kobra? – spytał Gilbert nieco ochrypłym z lekkiego podniecenia głosem. 

Dziewczyna opuściła głowę i pokręciła końskim ogonem: 

– Nie dostał się… Wiem, że byliście ze sobą związani, jak guma do żucia i włosy. Oczywiście związani przyjacielsko – dodała wyjaśniająco. – A może to on był bardziej związany z tobą, niż ty z nim… Trudno powiedzieć… Nie mi rozstrzygać…  Może dlatego nasz związek nie wypalił… Ale właściwie to ja tu w innej sprawie: pośredniczę w załatwianiu kredytów…

– Kredytów? Tutaj? 

– No tak – odparła. – Środki są zawsze potrzebne, choćby po to, żeby dobudować kilka pokoi do darowanego mieszkania. Tutejsza spółdzielnia jakoś szczególnie nie dba o przybyłych – wyjaśniła cierpliwie. – I te lokale są – mówiąc oględnie – lekko słabe: coś jak gówniane budownictwo jednorodzinne w Stanach Zjednoczonych lub Australii.  Oczywiście dają je nam tu za darmo i to jest plus, ale człowiek chciałby jednak czymś zabłysnąć przed sąsiadem, żeby go w oczy zakłuło. Co nie? A tutaj nie ma ziemskich wyznaczników prestiżu i zamożności, jak eleganckie fury z dużymi silnikami, szwajcarskie sportowe zegarki czy drogie wakacje pod egzotycznymi palmami. 

– Przecież złoto leży tu właściwie wszędzie i… 

– Od razu się tyle tego złota nie zbierze. Trzeba czasu. Ponadto to cholerstwo jest ciężkie i można sobie kręgosłup przy tym uszkodzić. No i na dodatek trzeba uważać na Lśniących Ludzi, którzy jak zauważą, że takie rzeczy się dzieją, to mogą donieść. I co wtedy? – dokończyła nieco retorycznie.  

   Gilbert z zawrotem głowy oddalił się od dziewczyny, kluczami otworzył drzwi wejściowe i wspiął się do swojego mieszkania. Gdy już znalazł się w środku, przekręcił zamek i sięgnął po złotą koronę, która stała na złotej poduszce. Usiadł na podłodze w najodleglejszym kącie pokoju, mocno objął metalowe nakrycie głowy rękami i głęboko rozkoszował się panującą dookoła ciszą. 

Wieczność dopiero się zaczynała. 

 

7

   Złota korona z brzdęknięciem wypadła z ramion Gilberta wprost na złotą posadzkę jego mieszkania. Gilbert przetarł swoje zaspane oczy. Obok niego leżała roznegliżowana Solomia, dawna dziewczyna jego najlepszego kumpla. 

– Jak się tu dostałaś? 

– To jest Niebo i każdy klucz pasuje do wszystkich drzwi. Nie wiedziałeś o tym? Jak wczoraj odszedłeś to poczułam się bardzo samotna.… Wiesz, że strasznie chrapiesz – dodała szybko. 

– Ale czy tutaj w Niebie będziemy mogli TO robić? – spytał ją, chciwie obrzucając wzrokiem jej zgrabne ciało. 

Dziewczyna milczała, bo nie wiedziała, powiedzieć. 

– No cóż, teraz tego problemu nie rozwiążemy – zdecydowała rezolutnie. – A może… on sam się rozwiąże…? – oznajmiła  zmysłowo, po czym fachowym okiem rozejrzała się po złotym mieszkaniu Gilberta.  

– Widzę, że nie masz nagromadzonego zbyt dużo złota. Widziałam go za to w bród u twojego sąsiada… tego grubaska.

 

Niby mimochodem weszła na wagę łazienkową, która leżała w kącie.

– Ojej, znów przybrałam całe sto dziesięć gramów – krzyknęła ze zgrozą, szczypiąc biodra palcami. Po czym nałożyła złotą tunikę i cicho wyszła z mieszkania.

 

Po niedługiej chwili przybiegł jego sąsiad, którego Gilbert rozpoznał od razu.

– Bedyński? 

– Tak, teraz mam na nazwisko Vader, a co?

– Beda? Nie poznajesz mnie?

– Gilbert?

– Teraz Cirzpobig. 

– To nowe głupie imię w ogóle do ciebie nie pasuje! Ale słuchaj: niedawno weszła do mojego mieszkania taka jedna fajna dupcia, ale jak zobaczyła, co akurat próbowałem robić, to zatkała usta i uciekła! 

– A co robiłeś? Bedyński zaczerwienił się, poszurał nogą i wydusił z siebie: 

– Trzy pięć. 

– Trzy pięć? – zdziwił się Gilbert. 

– No, to skrót, jak w tym kawale, gdzie w męskiej klasie uczyli, jak sikać: jeden – rozepnij rozporek, dwa – wyjmij ptaka, trzy – odciągnij skórkę, cztery – sikaj, pięć – naciągnij skórkę, sześć – schowaj ptaka. A teraz powtórz. I młody powtarza: Jeden, dwa, trzy… pięć, trzy pięć, trzy pięć… – dokończył Beda. – Może tu nikomu TO nie wychodzi… – dodał melancholijnie. – To…ja  chyba już sobie pójdę, co?

   Gilbert wyjrzał przez okno. Po złotej trawie wszędzie biegali ludzie, dźwigając do swoich siedlisk różne złote przedmioty. Po chwili pomiędzy nimi pojawił się także Beda, idąc przed siebie potykał się o złote kwiaty. 

Niebo nie wyglądało już tak majestatycznie. Nowo przybyli rozszabrowali prawie wszystko, co się świeciło na żółto. 

 

8

   Trzeba było zacząć coś robić, aby nuda nie przykryła majestatu Nieba. Następnego dnia Gilbert skierował swe pierwsze kroki na boisko, gdzie zdjął ciuchy i zaczął nago kopać piłkę. Znów poczuł tę jedynego rodzaju wolność, gdy nic nie krępuje ruchów. Poczuł też coś na kształt smutku, lub raczej tęsknoty, że nie ma tu z nim Kobry.

 

Pózniej udał się do pośredniaka, gdzie zaczął czytać oferty pracy. Młodszy pomywacz do garkuchni, Sprzątacz wspomnień ziemskich… 

– Przepraszam pana, jest nowy anons – powiedział Lśniący Mężczyzna i wywiesił lekko potłuszczoną kartkę: Poszukiwani komornicy bez doświadczenia. 

   Gilbert podszedł do okienka informacji i wyraził swój żal z powodu niemożności znalezienia interesującej roboty na całą wieczność. Lśniąca Kobieta oświeciła Gilberta: 

– A co żeś myślał, zbawiony? Wszystkie najlepsze fuchy już dawno zostały rozdzielone pomiędzy wielopokoleniowe rodziny i rody wierzących od wieków. A ty co? – spojrzała na jakiś wydruk. – Twoje nazwisko widnieje na końcu listy. Bez rodowodu… Po tych słowach powróciła do wystukiwania jednym palcem jakiegoś tekstu na klawiaturze komputera. Gilbert zauważył, że jak nikt jej nie obserwuje, to gryzie paznokcie. 

– A może chociaż chciałbym zwiedzić inne światy – nie dawał za wygraną. – Przecież Prorokini pisała, że… 

– Ależ ona pisała ku pokrzepieniu serc! – brutalnie przerwała dziewczyna. – A poresztą to wszystkie wycieczki są już zarezerwowane na wiele bilionów lat niebieskich naprzód – dokończyła i zaczęła nerwowo szurać myszą, podłączoną do klawiatury. – Ale wieczność to wieczność, więc myślę, że za entą miliardową czasu oblężenie będzie mniejsze i zdoła pan sobie wtedy kupić wycieczkę. 

 

   Rozczarowany Gilbert wszedł do kościoła i usiadł na drewnianej ławce. Cisza koiła nieco jego nastrój. 

– Synu, czy nie chciałbyś się wyspowiadać? – spytał miły głos. Gilbert podniósł oczy. Naklejka na piersi rozmówcy  informowała, że przed nim na tle obrazu, przypominającego nowoczesną sztukę pustynną z okolic Las Vegas, stał zasłużony ksiądz Natanael Ruchawko, ubrany w nieco przydługą sutannę.

– Może wyskoczymy do Cukierni pod Amorem, gdzie pogadamy o ruchu oazowym i jego unikalnym wpływie na stan dusz? – zaproponował kapłan. – Bo nie wiem czy wiesz, ale pewnego dnia dorwali mnie zamaskowani wierni i obcięli mi jajca. Rzekomo za to, że dokonywałem molestacji na ich dzieciach.

– I z takim podejrzeniem się pan tu dostał?

– Ależ ja głaskaniem zachęcałem je tylko do dalszej nauki. Nawet sam pan papież bronił mnie później i oświadczył, że nie dokonywałem tych czynów i że to był tylko spisek zeświecczonych rodziców, aby  sądownie wyciągnąć forsę z Kościoła. I się wyspowiadałem, a święta spowiedź to piękna rzecz! Podczas niej kapłan użył słów naprawy, czym zmazał moje wszystkie winy i przewiny. I teraz jestem tutaj. W sumie to miałem nadzieję, że jajca mi tu szybciej odrosną… – dokończył z nutką żalu. 

 

Gilbert przystanął w miejscu zwanym Kuchnią Opolską. Dziś dawali pierogi Otello – hit Nieba, po który tłoczyli się nie tylko przybyli ludzie, ale też Lśniący lokalsi i lokalski. Ale nie chcieli mu dać zimnego mleka, bo zimne z zasady jest przecież grzeszne. Musiał więc zadowolić się ciepłym, z pływającym na nim kożuchem. Do tego wziął pieroga o rozmiarze XXL – tak wielkiego, jak duży talerz. W nagrodę dostał duża dolewkę coli. 

 

9

Po smażonym posiłku usiadł ciężko, opierając się plecami o płot. 

Nieopodal – przy pomalowanym na czerwono automacie z wielkim napisem: UMOCZ SE – stała urocza hostessa. 

– A co znaczy na końcu to: se – spytał dziewczynę. 

– Sobie.

– Sobie? – zdziwił się Gilbert. – Ja takiego słowa nie znam. To chyba jakieś mazurzenie. 

– Zapraszam, żeby sobie pan umoczył – zaprosiła dziewczyna, której sukienka wyglądała niczym ubiór na wojskowy bal ojców i córek, tyle, że z dziurami. 

– Umoczył?

– No, finalnie doznał orgazmu.

– A dlaczego nie mogę bezpośrednio, metodą unikalnej… indeksacji, czy raczej iniekcji prosto w szparę jakieś dupci, których tu jest dużo i wszystkie sprawiają wrażenie dość chętnych. 

– To tylko pozory. Ich pragnienia z ziemskiego życia nie zostały zagłuszone. Ale nic z przeszłości się tu nie udaje, bo na przyjemność jest tutaj nałożone embargo. 

– Embargo?

– No, znaczy: zakaz. 

– Znam znaczenie tego słowa, bo wychowano mnie w komunie i wtedy ciągle były jakieś embarga. Ale tutaj? W najcudowniejszym z cudownych miejsc? Cudowniejszym nawet od… klasztoru w Częstochowie.  

– Model biznesowy UMOCZ SE polega na ścisłej współpracy Niebiańskiego Regulatora oraz Urzędu Od Ceł i Podatków. Grzesznej przyjemności można zaznać tylko za złoto. 

– Złoto?

– I bogactwo – dodała gwoli wyjaśnienia. –  Ludzie zapobiegliwi zawsze zbierali pieniądze, aby w tym pięknym miejscu mieć na orgazmy. A wszystkim się wydaje, że aby mieć na zakup ziemskiego jachtu, śmigłowca czy super fury. 

– Acha, a więc ja, żyjąc ubogo z miesiąca na miesiąc, nie kradnąc ani nie wymuszając łapówek, nie byłem wystarczająco zapobiegliwym… Ale jestem przynajmniej zdesperowany! – krzyknął, wyskoczył do góry i chwycił dziewczę w objęcia. 

 

– A ja bym chciał podzielić się zgoła inną historią – przerwał Gilbertowi mężczyzna w marynarce. – Byłem wykładowcą w katedrze rolnictwa zaawansowanego Wyższego Uniwersytetu Rolniczego w Bronkowicach – uczelni wielokrotnie nagradzanej i wielce  zasłużonej dla nauki. To właśnie tam dokonano miedzy innymi słynnego odkrycia ostatniego genu gleby, które zrobiło furorę na całym świecie. I muszę zdecydowanie zaprzeczyć niejednokrotnie dramatycznym doniesieniom prasowym,  jakoby nasz kraj wysycha… a właściwie: wysychał. Otóż badania moje – i moich szacownych kolegów naukowców – niezbicie dowodziły, że ilość opadów corocznie ma ten sam poziom, tyle, że rozłożony w innym okresie czasu. A cały medialny szum wywoływały grupy interesów rolniczych, by za pomocą takich argumentów otrzymać większe dopłaty do upraw. 

Przez chwilę trwała cisza, po czym hostessa oswobodziła się z objęć Gilberta, a na  jej twarzy znów zakwitł uśmiech.

– A…  może pan chciałby sobie umoczyć?

– Co? – spytał wielce zdziwiony profesor. – Czy już zawsze będzie mnie prześladował problem wodny? Nawet tutaj? 

 

10

   Gilbert w milczeniu zawrócił do swojego mieszkania. Wspinając się klatką schodową przechodził obok mieszkania Bedyńskiego, z którego dochodziło nieutrudzone i doniosłe skrzypienie materaca.  

Piętro niżej huknęły drzwi. Gilbert wyjrzał zza balustrady. Za zbyt duże nagromadzenie złota w mieszkaniu niebiańscy komornicy zabierali właśnie sąsiada z dołu.  Świadkiem tego zdarzenia była także pewna kobieta, ubrana w zimową czapkę. 

 – Gilbert? – wyraziła zdziwienie. – Przepraszam, że jestem w nakryciu głowy, ale nie umyłam włosów… 

– Ale ja… pani nie znam. Kim pani jest? 

– Wszystkim mówię, że jestem Dziewicą Orleańską i pochodzę z okolic Orleanu. Ale tak naprawdę to jestem tą Anną Z. – to mnie lizywałeś w szkole, ale nie chciałeś uprawiać seksu. Pamiętasz? Wyjaśnij, co cię wtedy wstrzymywało od konsumpcji mego ciała?

– Eee… – wydukał nieskładnie Gilbert, zastanawiając się gorączkowo, co powiedzieć.

– Ja myślę, że to był nie ten feromon…

–  O, dokładnie tak! – ucieszył się, znajdując w jej podpowiedzi wyjście z sytuacji. Śmierdzącą jak zepsuta ryba szparę można wszak nazwać „nie tym feromonem”.

– Jestem tu, ale podczas ziemskiej wędrówki zabrakło mi tego jednego, jedynego w swoim rodzaju istotnego doświadczenia – stosunku płciowego z mężczyzną – kontynuowała Anna Z. – Myślę więc ostatnio intensywnie, jak to jest, gdy się obcuje z drugą osobą? No, ale przecież nie znajdziemy w Niebie odpowiedzi na to pytanie – dodała z uśmiechem – bo przecież nikt, kto tu jest, nigdy tego nie robił, bo inaczej by go tu nie było, nieprawdaż? – dokończyła naiwnie. –  Dziękuję, że mnie zbawiłeś…

Mężczyzna odetchnął głęboko.

 

   Z załadowanym do tobołka całym swoim skromnym dobytkiem, z którym przybył, Gilbert udał się do bram Nieba: 

– Chciałbym wyjść stąd – oświadczył prosto. 

– He, nie e e m ma m m m mowy! – odrzekł jąkając się młody pryszczaty Lśniący Człowiek. – D… o… wy… y… jścia stąd u… u…. u… upraw… w… wniają ty… y… y… y… ylko specjalne wizy wy… y… y…. jazdowe! – dokończył z trudem, Po czym wyjął miecz ognisty i pogroził nim Gilbertowi przed nosem. 

Gilbert wszedł w gąszcz złotych krzaków, podłożył tobołek pod głowę i zasnął. Wieczność dopiero się zaczynała.

 

11

   Gilbert przebudził się, kiedy tylko wzeszło słonko. Leżał w krzakach niedaleko jednej z bram Nieba. Opadające złote liście przykryły jego ciało i dzięki nim przespał noc w cieple. Przetarł oczy i spojrzał wokoło. Do środka wkraczała właśnie kolejna grupka ludzi. Nieśli ze sobą bagaże, całe stosy wypchanych waliz. Zatrzymali się nieopodal miejsca, gdzie leżał Gilbert. Na szczęście nie zauważyli go. 

– No, to cło z głowy – powiedział jeden z przybyłych. 

– Przemycik nie tuczy! – zażartował drugi. 

Sprawnie zaczęli dzielić się bagażem. Nieszczęśliwie jedna z toreb pękła i wysypała się jej zawartość: piękne katalogi z samochodami, modą i magazyny ze śmiało roznegliżowanymi dzierlatkami. A oprócz tego wybór książek oficjalnie zakazanych do czytania, wydanych przez małe, niezależne wydawnictwa. Przemytnicy szybko zebrali rozsypany towar i odeszli. 

 

Gilbertowi zachciało się wyć i pewnie by to zrobił, gdyby nie podeszli do niego trzej ładnie ubrani młodzieńcy z naręczem książek: 

– Jesteśmy kolporterami – wyznał z dumą pierwszy z nich. 

– I sprzedajemy natchnione książki – kontynuował drugi. 

– Proszę, oto zestaw dla pana – dokończył trzeci. – Jeśli po ich lekturze zechce pan wstąpić do naszego Kościoła, to serdecznie zapraszamy na spotkanie. Oto wizytówka. 

Młodzieńcy odeszli, pozostawiając książki w złotych okładkach. 

 

12

   Gilbert wygrzebał się z góry złotych liści, przeczesał fryzurę, podciągnął złocone kalesony i spodnie ze złotymi lampasami. Trochę zgłodniał i postanowił poszukać czegoś do przekąszenia. 

   Niedaleko ustawiona był wózek z sojowymi hamburgerami. Mile uśmiechnięta Lśniąca Dziewczyna podała Gilbertowi pokarm. Machała przy tym skrzydłami, które sprawiały, że drgało jej całe ciało oraz jej piękne piersi. Ketchup polał się Gilbertowi po brodzie i kapnął na białą szatę. Anielica roześmiała się słodko, wzięła serwetkę i pochyliła się, aby zetrzeć plamy. Gilbert zuchwale zajrzał w jej dekolt… i z przerażeniem odkrył, że Lśniące Dziewczyny nie nosiły staników! 

Po tym doświadczeniu osunął się na złotą glebę i długo nie mogł przyjść do siebie zafascynowany widokiem, który dane mu było zobaczyć. 

 

Ocknął się z zadumy dopiero wtedy, gdy nieopodal przebiegał dziki tłum. 

– Co jest? – spytał jednego ze śpieszących. 

– Dzielą dary! 

Anielica odjechała już ze swoim wózkiem, więc Gilbert mógł już pozbierać myśli i wstać z jako taką godnością. Szybko podążył za znikającymi za zakrętem ludźmi. 

 

  Na Rynku napotkał tłoczących się wokół drewnianych skrzyń. Lśniący Ludzie – wraz ze Lśniącym Piotrem – rozdzielali paczki z darami. Jedni dostawali ubrania, inni soję w puszkach, a jeszcze inni lekarstwa. Nagle Lśniący Piotr zmarszczył brwi i zaprzestał wydawania fantów. Aniołowie też wyglądali na zdziwionych zawartością kolejnej otwartej skrzyni. 

Gilbert przepchnął się przez tłum i zajrzał do środka. Wewnątrz leżały równo poukładane paczki prawdziwych… mięsnych konserw. Nikt z zebranych nie wiedział, co z tym fantem zrobić. 

Dopiero Gilbert – wiedziony duchem dawnych ziemskich nakazów, mówiących, że mięso jest wysoce grzeszną potrawą, której nie wolno było na Ziemi spożywać w piątki – wywrócił całą zawartość i rozdeptał puszki. Lśniący Piotr odetchnął, uśmiechnął się do Gilberta i z trzaskiem drewnianych desek otworzył łomem kolejne wieko.

Lud znów wyciągnął ręce. 

 

13

– Łapanka! ŁAAAPAAANKAAA! – krzyczał facet, podobny do Janosika. 

Gdy później siedzieli bezpiecznie w krzakach, pierwszy odezwał się góral. 

– Już, kurwy, skończyły łapać…

– No… a pan to może jest…? 

– Nie, już nie… Zmienili mi tutaj imię, teraz nazywam się Grzeberdych. 

– A… aha. 

– A myślisz pan, że tu ma kto pracować? – szybko zmienił temat juhas. – Każden by tylko chciał leżeć jajcami do góry i spijać śmietankę bumelanckiej wieczności, a tu przecież ktoś musi posprzątać, poukładać, oczyścić filtry, udrożnić rury, wywieźć gówienko… Dlatego urządzają łapanki. Naprawdę myślał żeś pan, że to się samo tu zrobi? 

– No… Nie zastanawiałem się nad tym… jeszcze. 

– A widzisz pan – zatriumfował Grzeberdych, po czym dodał nieco bardziej konfidencjonalnie: – A nie masz pan może ochoty na pieczyste? Tyle zwierzątek tu lata… zapolowalibyśmy, tylko nie wiem, jak się tutaj oprawia taką bestię… Może pan to wiesz? 

Gilbert zaprzeczył ruchem głowy. Żeby Janosik nie wiedział takich rzeczy? 

 

14

   Gilbert poszedł dalej. W swej niebiańskiej wędrówce nieopacznie zbliżył się do budynku z kosztownymi zdobieniami na ścianach. 

– A, zapraszam do środeczka – rzekł bogato odziany stróż, stojący przed wytwornymi drzwiami, nad którymi widniał napis: „Klub Zbawionych Fiołek”. Cieć już wyciągał z kieszeni klucz do drzwi, gdy przypomniał sobie, że nie spytał przybyłego o jedną nader istotną rzecz: 

– No, ale masz pan przy sobie Niekończący Karnet uprawniający do wstępu do Klubu? 

– Nie sądzę. 

– To jest Klub Zbawionych Fiołek! Klub elitarny! Nie każdy może tu wejść. Niekończące Karnety – duma i chluba wydawcy kart – są ściśle reglamentowane rodzinnie oraz pomiędzy osoby polecone przez rodziny. Pozwolisz pan, że spytam, czy może znasz pan kogoś, kto może cię polecić? 

Gilbert spojrzał do góry. Z okien pierwszego piętra wyglądała triumfująco uśmiechnięta twarz kaznodziei Andrzeja Zaskrońca.

– Nie sądzę, abym kogoś takiego znał – odpowiedział prostodusznie Gilbert i odszedł stamtąd ze opuszczoną głową. Po chwili zaczął padać deszcz. 

 

15

Po pewnym czasie Gilbert natknął się na grupkę młodych ludzi z długimi włosami: 

– O widzimy, żeś pan jest – podobnie jak my – zdołowany tą całą niebiańską atmosferą – zagaił jeden z młodzieńców. 

– To przyłącz się pan do naszego zespołu kontestującego! – zachęcił drugi.

Chłopcy zaczęli rozkładać sprzęt: trzy gitary, perkusję i kolumny. Potem włożyli wtyczkę do gniazdka i zaczęli śpiewać.

 

 

Spotkałem dziś Grażynę

I rozpłakałem się

Zabrała mnie do domu

Nie było wcale źle 

 

Lecz kiedy zobaczyłem 

Przepiękną matkę jej

Od razu zrozumiałem 

Upadek duszy mej 

 

Oj, mamuśki, oj mamuśki 

Od Bałtyku aż do Tater

I to mleczko, moje mleczko 

Gorące jak ten krater

 

I gdy Grażyna wyszła

Zakupić jakiś fant

Mamuśka zakręcona 

Oparła się o rant 

 

I ze świstem westchnęła

A po mnie przeszedł dreszcz

Zaczęliśmy ugniatać

To ciasto w duży deszcz 

 

Oj, mamuśki, oj mamuśki 

Od Bałtyku aż do Tater

I to mleczko, moje mleczko

Gorące jak krater

 

A potem była kawka

I córka młoda jej 

Została nadal czysta

Jej mama za to nie

 

Próbowaliśmy wałkować 

To ciasto aż do dna

Lecz nic z tego nie wyszło

Tra lala lala la 

 

 

Na początku solówki nastąpiło nagłe zwarcie instalacji elektrycznej i biedni chłopcy padli na złotą glebę rażeni prądem.

Awaria zasilania trwała w Niebie aż zachodu słońca. 

 

16

   Po południu – wraz z zachodem słońca – miał się rozpocząć pierwszy weekend Gilberta w Niebie. Wielu ludzi z piknikowymi koszykami w dłoniach, udawało się na zieloną trawkę. Inni w lśniących strojach pędzili na dyskoteki i do pubów, aby właśnie tam radośnie spędzić ów wieczór i cały nadchodzący weekend. 

Gilbertowi zrobiło się duszno na piersi. 

– Chodź ze mną, Cirzpobig – powiedział Lśniący Piotr i pociągnął Gilberta w pobliskie krzaki. 

– Nic nie bój, ja też w strachu – uspokoił go. – Wiem, że czujesz się tu coraz gorzej. Ale widzisz, Cirzpobigu, u ludzi stare nawyki są nie do odrestaurowania. Będą czynić tu to samo, co na Ziemi, a nie ma żadnej czarodziejskiej różdżki, która by to zmieniła. Ale… obserwowałem cię i mam dla ciebie wyjście z tej całej sytuacji! – mówiąc to Lśniący odgarnął krzaki i przed ich oczami pojawiły się jakieś zmurszałe drzwi, zawieszone na niebiańskim murze. W zamku zgrzytnął klucz, a w chwilę później Piotr pchnął Gilberta przez otwór lekko, acz zdecydowanie…

– Aha i pamiętaj, unikaj smażonych potraw – dobiegło go z tyłu.

 

   Po drugiej stronie znajdowało się Prawdziwe Niebo! Baranek pasł się z wilkiem, a lud radośnie piał hymny! Wokoło chadzały tabuny niepoczętych, kopy wyabortowanych, tysiące tysięcy niewinnie wyrzuconych z korporacji, a pośród nich biegały tryliony zwierzaków domowych: psów, kotów, świnek morskich, chomików, królików, szczurków i innych rybek, a także patyczaków tudzież ujeżdzanych koni. Oraz porwana przez Tonyego Halika córka wodza Azteków – Montezumia Virginietta zwana Czystą, znana z tego, że od rana lubiła popijać czterdziestodwuprocentową wódkę, pędzoną z błękitnego  kaktusa. Cały ten tumult otaczały tumany kurzu.

Stał tam także wyprężony influencer Olgierd, znany z tego, ze był… Olgierdem.  

– Co to za syf mnie otacza – wykrzyknął oburzony. – W Niebie powinni znajdować się tylko influencerzy, otoczeni tymi, którym influencują.  No i może jeszcze celebrytki – głupie istotki, które święcie wierzą we wszystko, co im influencer powie. I jak w takich warunkach mam pracować bez wytchnienia w Ministerstwie Influencji, które ma zapewniać wszystkim tu zamieszkałym natchnienie?

 

Gilbert odwrócił wzrok, by podziękować Lśniącemu Piotrowi za przeniesienie do właściwego Nieba i poprosić o klucze do nowego domostwa, ale nie zauważył ani jego, ani tym bardziej drzwi, przez które przed chwilą przeszedł. W tym miejscu widniał tylko duży napis: Tu byłem – Tony Halik. 

Oraz znak drogowy z przekreśloną nazwą miejscówki, z której wyszedł: Czyściec.

 

17

– Synu!

Gilbert odwrócił swą głowę w stronę, skąd dochodził ów znajomy głos. Poprzez falujące na zielono trawy biegł ku niemu w zwolnionym tempie – jak w filmie – Bęben, a jego obfity brzuch podskakiwał w rytm skocznych kroków.

– Synu – rzekł przybyły – widzę, że moje westchnienia znów zostały wysłuchane! Znalazłeś się właśnie we właściwym Niebie. Gratuluję! Teraz razem będziemy mogli… – przerwał, bo obok zobaczył przechodzące dwie rozszczebiotane, młode, piękne i na dodatek nieletnie Lśniące Dziewczyny. Uśmiechały się przyzwalająco. Ojciec Gilberta podbiegł do nich, wziął je pod ręce i odwracając głowę rzucił na odchodne: 

– Synu, spotkajmy się później co, synu? Tylko zaklinam cię: uważaj na krokodyla, który tu grasuje. Ta wredna bestia atakuje bez ostrzeżenia i potrafi naprawdę nieźle pokąsać.

 

Po czym zwróćił się do dziewcząt:

– A wy, moje drogie: nóżka lewa, nóżka prawa… Widzę, że panie nie do końca mają wiedzę o … 

 

18

   Naraz całym Niebem zatrzęsło straszliwe trzęsienie ziemi. Wszystko zaczęło się walić i spadać. Natychmiast zrobiło się także zimno, a na dodatek ktoś mocno trząsł Gilberta za ramię. Obrazy stawały się coraz mniej kolorowe i wyraźne… 

– Janusz, Janusz! – wołał dobrze znany kobiecy głos. Gilbert otworzył zaspane oczy. Nad nim stała jego mama, z uniesioną kołdrą w ręce: 

– Janusz wstawaj, przyjechał twój kolega! 

Gilbert leniwie ziewnął i zaczął przecierać swe pięknie zielone oczy. 

– Zaraz wam podam placek drożdżowy, posmarowany masłem i miodem – powiedziała jego mama. – Oraz zaparzę też herbatę marki POSTJ taką, jaką lubisz: z cytrynką i koniecznie obficie zalaną słodkim sokiem wysokocukrowym, wyprodukowanym na bazie wysoko stężonego czystego koncentratu przemysłowego. 

– Znów ten Kobra będzie mi wciskał kit, biedę i zabobon – jęknął dramatycznie Gilbert. – Za jakie grzechy… Chyba już czas zmienić przyjaciela.

 

W tym momencie spod łóżka wychynął czarniawy cwaniaczek, podobny do wrony, spotkany swego czasu w kolejce do Nieba. W ręku trzymał podpisany przez Gilberta cyrograf.

 

Spod kołdry – otulającej jeszcze przed chwilą ciało Gilberta szczelnym i ciepłym kokonem – niespodziewanie wypadł bumerang.

 

KoNiEc

Dobra Cobra

Dawno, dawno temu i w lutym 2022. 

 

Vector image by VectorStock / Free-Graphics