Sztuka przetrwania 2

  

Żona nadspodziewanie dobrze przyjęła obecność nowego domownika. Biolnik w krótkim czasie zjednał jej serce, rozkochując w sobie do granic możliwości łagodnością, opiekuńczością i mądrością. Kładł się u jej nóg, gdy odpoczywała, a gdy pracowała w kuchni wodził za nią mądrym spojrzeniem, które rozsładzało jej kobiece instynkty. Nic dziwnego, że zawsze mógł liczyć od niej na najsmakowitsze kąski z obiadu.

Rekinopies z wielkim powodzeniem pomagał w odnajdywaniu zagubionych psów, kotów, chomików i innych zwierząt domowych. Za każdym razem, dzięki jego umiejętnościom, mogłem liczyć na mniejszą lub większą nagrodę od wdzięcznego właściciela odnalezionego zwierzaka. Z radością składałem Niebu hołdy za ten szczególny i wyjątkowy dar. Przez cudowne pojawienie się w naszym życiu Biolnika nie trwaliśmy już dłużej w nędzy.

 

   Czasami siadałem z rekińczykiem niedaleko któregoś z bankomatów, podczas gdy on czujnie obserwował kręcących się klientów. Uderzał niespodziewanie i skutecznie, a dzięki darowi niewidzialności z powodzeniem uciekał z portfelami przez nikogo nie złapany. Coraz częściej zacząłem przynosić do domu duże sumy pieniędzy. Dzieliłem się tymi doświadczeniami z żoną, która wraz ze mną radowała się z powodu odwrócenia naszego losu.

 

Dobra Cobra przedstawia dziś opowiadanie w pełni amoralne, a na dodatek zabronione do czytania przez kościół, pt.

 

Sztuka przetrwania 2

 

W życiu liczyć można wyłącznie na Boga i pieniądze. Gdyż wiara czyni cuda, a cuda czynią wiarę.

 

   Z zaoszczędzonych pieniędzy żona otworzyła w suterenie naszej kamienicy Studio Peelingu i Hialurorenowacji Twarzy, w skrócie SPiHT, którego prowadzenie przynosiło jej wiele radości oraz coraz wydajniej pomnażało nasze dochody. W niedługim czasie oferta zdobyła rzesze wiernych klientek, które dosłownie biły się o zapisanie na kolejny odmładzający zabieg. 

Biolnik lizał swoim językiem ich twarze i dekolty z nader wymiernymi skutkami. Składniki zawarte w ślinie psa sprawiały cuda. Panie – oczarowane nowym wyglądem – chwaliły wielce skuteczną kurację, a sława Studia rozchodziła się coraz szerszymi kręgami. 

 

Nie mogłem spokojnie patrzeć na ukochaną, pracującą w trudzie i pocie czoła. Muszę jednak przyznać, że mając inne podejście do tematu pracy niesłusznie nie doceniałem żony. Nie dość bowiem, że mądrze rozreklamowała działalność gabinetu to na dodatek w odpowiednim momencie zatrudniła młode dziewczyny, które z jeszcze większym entuzjazmem podchodziły do biznesu urodowego. Zarobionych pieniędzy wystarczało na dobre pensje dla pracownic, na zakup najnowszej generacji urządzeń kosmetycznych, a także na zamawianie najlepszych specyfików do pielęgnacji twarzy i ciał zasobnych w gotówkę pań. 

 

Z tego powodu Biolnik nie był już tak bardzo uwiązany w działalność usługową, mógł więc na powrót spędzać ze mną więcej czasu. A dzięki dobremu zarządzaniu interesem żona mogła spędzać całe dnie z mamą.

 

*

   Rozmyślając nad alternatywnymi źródłami dochodów, postanowiłem w jakiś sposób zadbać o pewniejszą finansową przyszłość. Wiedziałem bowiem, że nawet najlepszy interes sprowadzi kiedyś naśladowców, którzy mogą wyprzeć nas z rynku, oferując konkurencyjne ceny. Oczywiście nie planowałem tego robić za pośrednictwem pracy. 

 

Gdy pewnego dnia głowiłem się nad tym niełatwym zagadnieniem, Biolnik wyciągnął mnie siłą na spacer o porze, w której nigdy nie wychodził z domu. Powiódł mnie do parku, gdzie zaraz wskoczył na ławkę, zmuszając tym samym do zatrzymania. 

Po niedługim czasie obok nas usiadło dwóch mężczyzn, którzy zaczęli żywo dywagować o dywersyfikacji dochodów. Tak po raz pierwszy usłyszałem o internetowych aukcjach dla kolekcjonerów rzadkich serii i roczników whisky. 

 

   Następnego dnia poszperałem w bibliotecznych zasobach prasy ekonomicznej i zdecydowałem się wejść w ten interes. Zwrot zainwestowanych nakładów na rynku wzrósł w ostatnich latach średnio o ponad sto sześćdziesiąt procent, a w wyjątkowych wypadkach nawet o ponad osiem razy. Co ważne inwestycje były niezależne od dużych zawirowań na rynkach finansowych. Zawsze znajdowała się grupka ludzi, którzy mogli przeznaczyć wolne środki na zakup wyjątkowych butelek uisge beatha – wody życia – jak nazywano whisky z języka galeickiego.

 

Oczywiście wszystkie przygotowania do nowej działalności czyniłem w dużej tajemnicy, aby przypadkiem nie narażać sąsiadów na chorobliwą zazdrość i obgadywanie za plecami. Szczęśliwie byliśmy właścicielami kamienicy, która pozwalała nam na zachowanie prywatności. W myślach chwaliłem Pana za niepoddanie się pomysłom wynajmu części budynku, które – przyznam niechętnie – chodziły mi po głowie w okresie naszych największych tarapatów finansowych. 

 

Wielce przydatnymi w inwestowaniu w whisky okazały się przepastne piwnice, gdzie temperatura i swoisty mikroklimat idealnie sprzyjały prowadzeniu tego rodzaju działalności. Wystarczyło wstawić tylko mocne drzwi i założyć solidne kłódki. Dodatkowym atutem była też ciągła obecność ciotki Kluźwiakowej, mieszkającej tam – jak już wcześniej wspominałem – od całych osiemnastu lat.

 

*

– O, to ten pan, co odnalazł naszego Pikusia! – krzyknęła mała dziewczynka, wyprowadzając mnie ze stanu rozmodlenia, w którym się akurat znajdowałem.

 

Istotnie, jakiś czas temu Biolnik odnalazł psiaka, którego odprowadziłem do domu tych ludzi. Szybko okazało się, że ojciec małej jest prezesem schroniska dla zwierząt. Na uroczystym spotkaniu – mimo moich poważnych oporów – obwołano mnie Honorowym Przyjacielem Psów. Zaraz po ogłoszeniu tego zaszczytu  podszedł do mnie celebryta i znany piosenkarz Emejzon Śmejzon, który zdradził mi znaczenie kolorowych pasków na tubkach past do mycia zębów. Poinformował w zaufaniu, że dotyczą one składu produktu. Zielony prostokąt oznacza, że pasta została wyprodukowana z naturalnych składników – bez chemii, fluoru czy aspartamu. Kolor niebieski mówił, że w zawartości są zarówno składniki chemiczne jak i naturalne. Kolor czerwony informował o sztucznych dodatkach jak soda i tym podobne. Taka pasta jest w większości wyprodukowana ze składników chemicznych. Pasek czarny odnosił się do produktu, mającego w składzie wyłącznie środki chemiczne.

Dotąd nie znałem tej skrzętnie ukrywanej tajemnicy przemysłu dentystycznego! Później, po zakończeniu gali, wykupiłem w drogerii cały zapas pasty z zielonymi prostokątami. Pragnąłem dbać o zdrowie całej rodziny w jak największym stopniu.

 

Celebryta Emejzon okazał się być nieźle zafiksowany na punkcie schroniska. Oddawał na nie większość zarobionych pieniędzy, co z pewnością nie rokowało dobrze na jego finansową przyszłość. 

– A nie napisałbyś dla mnie tekstu piosenki? – spytał, gdy już zbieraliśmy się do domu. 

– Ja?

– No! Jesteś wielkim przyjacielem zwierząt, a tacy to zawsze mają szczególny dar i natchnienie. Wiem to po sobie – dodał nieskromnie. – To jak?

 

   Tego wieczoru przyniosłem z piwnicy jedną z najlepszych butelek, jakie miałem, zasiadłem za stołem, rozłożyłem czystą kartkę i… nic. Nie mam pojęcia, ile mogły trwać nieudane próby przelania na papier tego, co czuję. Po opróżnieniu całej whisky upadłem na podłogę. 

 

Jakież było moje zdziwienie, gdy następnego ranka obudziłem się, widząc na łóżku, obok drzemiącego rekinopsa, arkusz papieru drobno zapisany kolejnymi zwrotkami. 

 

Piosenka stała się wielkim hitem, a wysokie tantiemy od jej wykonań spływały do mojej kieszeni jeszcze przez długie lata. Nie pamiętałem tylko dokładnie, w jaki sposób ją mogłem napisać…

To był kolejny wielki cud w moim życiu.

 

*

   Pasja i motor napędowy życia winna być zawsze dziecięca, naiwna i wiecznie świeża.

Niespodziewanym, acz szczęśliwym rozwiązaniem sytuacji z kradzieżami w sąsiedztwie bankomatów był pewien wieczór, gdy rekińczyk powrócił do domu z workiem pełnym pieniędzy, przypuszczalnie zawierającym całodzienny utarg z jakiegoś dużego przedsiębiorstwa lub jednego z centrów handlowych. Suma, która nieoczekiwanie stała się moją własnością, zdecydowanie przekraczała zarobki, możliwe do osiągnięcia przez całe zawodowe życie! 

 

Zmusiło mnie to do zastanowienia nad sensownością dalszych wypadów rabunkowych. Gorąco wierzyłem, że w tym momencie Niebo daje mi wyraźne ostrzeżenie. Policja musiała bowiem już coś podejrzewać, a głupotą byłoby przecież zakładać, że zatrudniano w niej samych kretynów. Kiedyś mogła nam się powinąć noga.

 

*

   Nieraz, siedząc w fotelu i gładząc niewidzialną sierść śpiącego Biolnika, obserwowałem zagmatwany ruch uliczny. Analizując tablice rejestracyjne samochodów dość szybko zrozumiałem, że ludzie, mieszkający na północy miasta, wozili swoje dzieci do szkół na południu. Ci z południa – na północ, z zachodu – na wschód, a ze wschodu na zachód, zwiększając w sposób niepomierny natężenie ruchu na ulicach. Nawet zamieszkujący oboczne kierunki, zawsze podróżowali z pociechami na drugi koniec miasta. 

 

Spoglądając przez okno zastanawiałem się, skąd też wzięło się nietypowe imię rekinopsa. Postanowiłem dowiedzieć się tego u źródła, czyli od jego poprzednich właścicieli. Zabrałem ze sobą elegancki karton czekoladek i z dużą łatwością – mam bowiem dar do zapamiętywania miejsc – odnalazłem ulicę, na której mieszkali. Niestety, wyglądało na to, że się już stamtąd wyprowadzili. Co dziwniejsze nikt z sąsiadów nie potrafił powiedzieć, gdzie dokładnie się przenieśli. Dziwne.

 

– Panie – ktoś syknął w moją stronę. – Podejdź no pan tu.

W cieniu krzaków siedział nieźle wstawiony, starszy jegomość z bardzo rozbieganymi oczami.

– Nikt tu panu nic nie powie, bo oni wszyscy się boją – powiedział śmiertelnie poważnym tonem.

– Boją się? Czego?

– Ano tego psa, panie…

 

Przyznam, że mnie zatkało na dłuższą chwilę. Zrządzenie Opatrzności? Znak, by nie dochodzić prawdy? Co by to nie było – zignorowałem je w zarodku.

– A pan wie, gdzie się wynieśli?

– Nad morze. Heniek zostawił mi w sekrecie adres, mam go jeszcze gdzieś tutaj…

 

   Gdy po powrocie otworzyłem drzwi mieszkania, Biolnik zaczął warczeć dość niemiło, złowieszczo i nad wyraz agresywnie. Nie chciał mnie wpuścić do środka, szczerząc te swoje ostre rekinie zębce i bacznie obserwując żółtymi ślepiami. Podszedł i dokładnie obwąchał kieszenie mojego płaszcza. Na szczęście wcześniej wyrzuciłem podarowaną mi kartkę, ucząc się zdobytego adresu na pamięć.

 

*

   Postanowiłem pojechać na wybrzeże, by odwiedzić dawnych właścicieli rekinopsa. Byłem coraz bardziej ciekaw tajemnicy z nim związanej. Dotąd święcie wierzyłem, że jestem prowadzony przez Pana, a pies jest Jego darem, lecz w obecnej chwili utraciłem zdolność rozpoznawania prawdy. Czy jednak byłem na tyle godny, aby w ogóle zrozumieć ostatnie wydarzenia?

Nie wziąłem ze sobą żadnego bagażu, aby nie wzbudzać podejrzeń Biolnika. Ot, po prostu udawałem kolejne poranne wyjście do sklepu czy jakiegoś urzędu. Pies jednak, jakby coś przeczuwając, bacznie obserwował mnie tymi swoimi świdrującymi ślepiami. 

 

Wsiadłem w pierwszy pociąg, sunący na północ, by później – korzystając z nader dogodnego połączenia – szybko przesiąść się do autobusu, kończącego trasę w miejscowości, do której zmierzałem.

Nie wiedziałem, co może mnie tam spotkać. Czułem narastający stres i przyśpieszone tętno. Byłem pewien, że u celu podróży dowiem się rzeczy, z których istnienia nawet nie zdawałem sobie sprawy. 

I tak też się stało.

 

   Cztery zastępy straży kończyły właśnie gaszenie wielkiego pożaru, który niedawno strawił dom  poprzednich właścicieli rekińczyka. Żadne z nich nie przeżyło pożogi. Byłem w szoku. Ta historia powoli zaczynała przechodzić ludzkie pojęcie. Sąsiedzi, na równi ze mną przerażeni tragicznym wydarzeniem, gromadzili się na chodniku po drugiej stronie ulicy. Dowiedziałem się, że starsi państwo żyli w swoim świecie, bardzo rzadko stykając się z innymi ludźmi. Nie wychodzili na spacery, mieli ciągle zaciągnięte zasłony w oknach, nawet zakupy spożywcze zamawiali tylko z dostawą do domu. Nikt nie wiedział o nich niczego więcej. 

 

*

   Gdy tylko otworzyłem drzwi domu, Biolnik rzucił się na mnie z dziko wyszczerzonymi zębami. Zacząłem się z nim szamotać, przewróciliśmy wieszak, zrzuciliśmy też lustro, które z grzechotem rozpadło się na wiele kawałków. Z półek powypadały ręczniki i ubrania. Zwabiona odgłosami bójki żona stanęła w korytarzu jak wryta. Jednak nie zwracałem na nią uwagi, zbyt zajęty walką z psem.

 

Czułem, że walczymy na serio. Byłem pewien, że rekińczyk chce mnie załatwić na amen, poznałem już bowiem działanie jego mocy. Broniłem gardła, oganiając się od zwierzęcia coraz bardziej krwawiącymi ramionami. W pewnym momencie odskoczyłem, łapiąc po drodze solidne krzesło rodowe. Rzuciłem nim z całej siły, trafiając Biolnika w bok. Pies żałośnie zaskowyczał i upadł. Wtedy zaatakowałem go z furią, o jaką nigdy siebie nawet nie podejrzewałem. Okładałem go tym, co akurat miałem pod ręką. Podczas zamieszania przewróciliśmy stół, z którego szybko wyrwałem masywną nogę. Rekinopies skoczył mi do gardła. Wykręciłem jego szyję, uderzając pięścią w najsłabszy punkt każdego psa – nos.

– Przestań! – krzyknęła żona.

 

Nie zwracałem już jednak żadnej uwagi na otoczenie. Jedynym pragnieniem było wygranie tej śmiertelnej walki. Z impetem wpadłem na ścianę, uderzając rekińczykiem z całej siły o framugę drzwi. Zapiszczał histerycznie. Ta widoczna oznaka słabości dodała mi sił. Pies zaczął uciekać, powłócząc nienaturalnie wygiętą nogą. Dopadłem go w kącie pokoju i zacząłem z całej siły okładać ciężkim kawałkiem drewna. Przerażone oczy zwierzęcia, pełne strachu, nie mogły mnie powstrzymać od zadawania coraz silniejszych razów. Waliłem na oślep, robiąc z niego coraz większą miazgę. 

 

Żona histerycznie krzyczała, katowany pies wył jak potępieniec, a ja wiedziałem, że muszę go za wszelką cenę wykończyć. Gdy zadałem najsilniejszy z ciosów, Biolnika pisnął ostatecznie, a jego wnętrzności wypadły na dywan. Ja jednak nie przestawałem, zadając w szale kolejne razy. Byłem to winien jego poprzednim właścicielom. A może i jeszcze innym ludziom, których dotąd nie miałem okazji poznać. 

 

W którymś momencie zostawiłem wreszcie nieruchome zwierzę i upadłem z płaczem na podłogę. 

 

Obok mnie, na wyciągnięcie ręki, leżał martwy Rekinopies. Spod jego zakrwawionej sierści wyraźnie wystawały jakieś siłowniki, płytki elektroniczne, zasilacze, przewody i rzędy małych diód, błyskających na żółto. 

 

KoNiEc

DoCo

wrzesień 2015

 

Także w wersji do słuchania:

Vector image by VectorStock / Regular