Sztuka przetrwania 1

  

Odkąd pamiętam nasza rodzina żyła z pracy rąk innych ludzi. Działo się tak od zawsze, nie było więc to dla mnie w pewnym wieku szokiem, traumatycznym wstrząsem czy też jakimś epokowym odkryciem. Tak po prostu było i należało z szacunkiem zaakceptować ten stan rzeczy.

Moje pierwsze młodzieńcze wspomnienie sięga wuja Protazego, który nigdy nie skalał się żadną pracą. Erudyta – mający wielką praktyczną wiedzę o życiu oraz długiego wąsa – potrafił skutecznie manipulować ludźmi. Dzięki urokowi osobistemu zdołał wkręcić się do wielu organizacji, skupiających osoby wybitne i zarazem majętne. Wuj zręcznie wykorzystywał pokłady naturalnej elokwencji, inteligencji i sprytu, aby dopiąć swoich celów. Pożyczał, inwestował, obiecywał… i zwodził. 

Ponadto jako szanowany i oddany członek lokalnej społeczności parafialnej potrafił przygarnąć do siebie mniejszą lub większą część darów czy zapomóg.

 

Babka Alojza żyła podobnie. Jako spadkobierczyni wielkiej fortuny – odziedziczonej po majętnym mężu, który zmarł w dość młodym wieku z przyczyn czysto naturalnych – też nie parała się nigdy żadną stałą pracą. Całe dnie, miast w nudnej robocie, spędzała na wyścigach, rautach, balach i herbatkach – czerpiąc stamtąd korzyści nie tylko natury sportowej, towarzyskiej czy też duchowej.

 

Dobra Cobra przedstawia dziś opowiadanie w pełni amoralne, a na dodatek zabronione do czytania przez kościół, pt.

 

Sztuka przetrwania 1

 

W życiu liczyć można wyłącznie na Boga i pieniądze. Gdyż wiara czyni cuda, a cuda czynią wiarę. 

 

   Osobiście szanuję trud człowieka pracującego. Jeśli ktoś lubi to, co robi i nie ma dla siebie innej wizji – nie stanę mu na przeszkodzie. Jednak ja – na podobieństwo całej mojej rodziny – zostałem ulepiony z nieco innej gliny.

 

W młodości, gdy potrzebowałem jakiejś małej sumy pieniędzy, podbierałem najbliższym lub przyjaciołom rodziny jedną czy dwie monety i chowałem pod zegarem lub pod doniczką na kwiaty. Wystarczyło odczekać kilka dni, ewentualnie do następnej wizyty, i gdy nikt się nie upominał i nie szukał zguby, można było zabrać łup w sposób nie budzący żadnych podejrzeń.

Gdy dorosłem i potrzebowałem nieco większych sumek, będąc w gościach potrafiłem schować komuś zegarek, cenny pierścionek czy rodową tabakierę. Jak tylko zaobserwowałem, że właściciel ze wzmożonym wysiłkiem poszukuje swojej zguby, potrafiłem przyłączyć się do poszukiwań, po czym – niby przypadkiem – samemu odnaleźć zagubioną rzecz, co wywoływało uśmiech i często odpowiednią gratyfikację pieniężną ze strony przeszczęśliwego właściciela.

 

   Teściowie odsunęli się od nas dość szybko, z przerażeniem ujrzawszy, że mam awersję do jakiejkolwiek pracy. Musiałem jednak w jakiś sposób gromadzić pieniądze, potrzebne do godziwego utrzymania w mieście. Żywność, ubrania, ogrzanie odziedziczonej po babce kamienicy, opłacanie wszystkich rachunków oraz niespodziewane wydatki – z tym wszystkim musiałem się zmierzyć w wieku dorosłym.

Z początku zacząłem rozsprzedawać cenną kolekcję znaczków pocztowych odziedziczoną po ojcu. Gdy w portfelu zaczynało brakować pieniędzy, wyjmowałem z klasera kolejną serię i udawałem się w podróż po sklepach filatelistycznych. Czasem odrzucałem ofertę sprzedaży w jednym miejscu, uważając, że proponowano mi za niską kwotę. Jednak po odwiedzeniu kilku salonów zazwyczaj udawało mi się osiągnąć założony wcześniej cel.

 

Wracając robiłem niezbędne zakupy żywnościowe, czasem kupując żonie jej ulubione miętowe czekoladki lub inny przynoszący radość drobiazg. Zdobyta kwota wystarczała zazwyczaj na dobrych kilka tygodni życia, później musiałem znów powtarzać podróż z walorami filatelistycznymi.

Oczywiście, sprzedając same znaczki, stosunkowo szybko pozbyłbym się niezbędnych aktywów. Dlatego zacząłem dodatkowo występować o pomoc do urzędu miasta, kościoła, różnych unijnych funduszy oraz innych organizacji charytatywnych. 

Niestety, klasery pustoszały jeden po drugim, a nieoddawane pożyczki zostały już dawno przejedzone. Urzędnicy też zaczęli patrzeć podejrzliwe na naszą rodzinę. Jednak i w tak zgoła coraz bardziej tragicznym położeniu nie zamierzałem rezygnować z wolności, jaką dawało mi niepracowanie.

 

*

   Z miesiąca na miesiąc byliśmy w coraz większej potrzebie finansowej. Wówczas niespodziewanie poczułem nieprzepartą wewnętrzną chęć oddawania się modłom. Próbując rozmawiać z Niebem, przyjmowałem postawę – jak mi się wydawało – idealną dla grzesznika: pełną uniżoności i zgarbioną. Z całego serca uwierzyłem bowiem, że moje prośby o powodzenie w dalszym utrzymaniu rodziny, muszą być wysłuchiwane. Starałem się je więc przedstawiać w sposób pokorny, bez jakiejkolwiek pychy, szantażu czy żebrania. Jasno wyrażałem potrzeby w duchu realistycznego dialogu pomiędzy potrzebującym, a Źródłem wszelkich łask i darów. Musiałem jeszcze znaleźć jakieś dobre, zaciszne miejsce do prowadzenia spokojnej i pełnej natchnienia rozmowy.

 

Kościoły, gdzie gromadzili się wyłącznie pozerzy i ludzie nierozumiejący, na czym polega wiara, skreśliłem już na samym początku. Wydawało im się, że wizyta, odbębniona raz na jakiś czas sprawi, że będą nazwani dziećmi Bożymi. Nic bardziej mylnego! Byłem przekonany, że z Bogiem należy prowadzić nieustanną wymianę zdań, słuchać uwag, prosić i dziękować.

Ponadto w kościołach zawsze wiało chorobliwym chłodem i szkodliwą stęchlizną.

 

   Zacząłem odwiedzać wszystkie miejskie sale, znajdując w każdej z nich zupełnie inny stan skupienia, tak bardzo potrzebny w intymnej rozmowie z Panem. Starodawne sklepienia w budynku Politechniki dawały zapewnienie, że skoro ludzie od tak dawna proszą, niemożliwym jest, aby Pan ich nie wysłuchiwał. Z kolei wielka aula Biblioteki Głównej – działała na moje serce w sposób wybitnie kojący.

Najmniej lubiłem wnętrza modernistycznie żelbetowego sądu miejskiego, nijak nie mogąc tam znaleźć odpowiedniej atmosfery skupienia i wyciszenia. Wielką przeszkodę stanowiły tam też osoby gwałtownego usposobienia, które swoim zachowaniem zbyt głośno wyrażały żal czy też szczęście z powodu zasądzonego wyroku. Ciągłe piszczenie bramki do wykrywania metali też potrafiło zniechęcić do wzniosłych kontaktów z Niebem. Najlepiej było się znaleźć w sądzie na pół godziny przed zamknięciem gmachu, gdy przebywały tam już tylko sprzątaczki i ochrona. 

 

*

   Z czasem bardzo polubiłem kontakty ze Stwórcą, doceniając pełną spokoju atmosferę, która panowała podczas szczególnej z Nim łączności. W moim przypadku nie było to li tylko klepanie w kółko tych samych modlitw, jak to robi wielu pseudochrześcijan. Należało przecież z wielkim prawdopodobieństwem założyć, że Stwórca jest Istotą, która inteligencją przewyższa swoje stworzenie. Nijak nie mogłem więc rozmawiać z Nim w sposób tradycyjnie zakorzeniony w naszej kulturze – poprzez powtarzanie w koło Macieju tego samego. To prawie, jak deklamowanie wierszyków w szkole – bez zrozumienia, tylko aby zaliczyć swoją „umiejętność” na ocenę. Albo, jak błaganie urzędnika o załatwienie jakiejś sprawy, na której nam bardzo zależy. 

 

Myślę, że już po pierwszej godzinie takiego upierdliwego różańca żaden biurokrata nie chciałby więcej z nami gadać, nie mówiąc o jakiejkolwiek szansie na pozytywne rozstrzygnięcie prośby. A co dopiero, gdy powtarza się te same oklepanie modlitwy przez całe życie. 

 

*

   Przedstawiałem Bogu swoje potrzeby, dzieliłem się obawami co do problemów życia doczesnego i dziękowałem Mu za każdy objaw najmniejszego nawet błogosławieństwa. Wierzyłem, że moje prośby, przedkładane przed Święty Tron, z pewnością zostały już wysłuchane. 

Teraz należało tylko czekać na odpowiedź.

 

   Dzięki wizytom w miejscach ukojenia zacząłem zdecydowanie lepiej sypiać, poczułem też jeszcze większą miłość do mojej żony, kobiety oddanej mi i wierzącej, iż – mimo przeciwności losu i coraz cięższych czasów – potrafię utrzymać i wyżywić rodzinę. Czyż potrzeba mężczyźnie innej podpory i towarzyszki życia? Czyż nie była ona piękną nagrodą za ufność, jaką pokładałem w Niebiesiech?

 

Niestety, trzeba jasno powiedzieć, że nasza sytuacja finansowa, z miesiąca na miesiąc, zaczynała wyglądać coraz bardziej ponuro. Nie mieliśmy już gdzie pożyczać pieniędzy, a ostatnie znaczki ojca sprzedałem jakiś czas temu. Puste klasery smętnie spoglądały na mnie z etażerki pozostałej po ciotce Kluźwiakowej, która zabarykadowała się w piwnicy, gdy tylko uświadomiła sobie na dobre, że światem kulinarnym niepodzielnie rządził glutaminian sodu. Trwało to już długich osiemnaście lat.

 

Czy niebawem mieliśmy być skazani już tylko na komornika, ośrodek pomocy społecznej czy prostytucję?

 

***

   Pamiętam, że owego letniego dnia modliłem się wyjątkowo żarliwie, przedstawiając Panu nasze krytyczne położenie. Popadłem w rodzaj swoistego odrętwienia, nie wiedząc, co powinienem dalej robić, by utrzymać rodzinę. Trwając w stanie szczególnej łączności, szybko zapomniałem o otaczającym świecie.

 

Po opuszczenie czytelni Biblioteki Głównej nie miałem ochoty na zbyt szybki powrót do czarno wyglądających spraw dnia codziennego. Usiadłem więc na ławce w parku, patrząc z pewną zazdrością na gołębie, beztrosko tupiące po żwirowych ścieżkach w poszukiwaniu jedzenia. 

Obserwując je, poczułem nagle, że oto Pan daje mi wyraźną odpowiedź na moje prośby: całe ptactwo żyje z Jego łaski i codziennie znajduje jakiś pokarm, aby się nasycić, mimo, że nie pracuje, nie żnie i nie zamartwia się o każdy kolejny dzień. I nam zatem z pewnością Bóg też nie pozwoli zginąć!

 

   Wielce uradowany tym przekazem, czym prędzej wróciłem do czytelniczej świątyni, aby tam słodko dziękować Jedynemu za objawienie jakże wyraźnego znaku, iż Jego opieka i łaska stale rozpościerają się nade mną i moją rodziną. 

 

W tym samym momencie dzwony pobliskiego kościoła uderzyły doniośle na Anioł Pański. To nie mógł być przypadek. Byłem pewien, że coś się zaraz wydarzy, że otrzymam wyraźny znak z góry, co powinienem robić lub gdzie się udać.

W niemym oczekiwaniu tego, co miało nadejść, z powrotem spocząłem na parkowej ławce. Czułem cieleśnie głęboki mistycyzm tej wspaniałej chwili, będąc jednocześnie pewnym, że niebawem znajdzie się idealne rozwiązanie naszych problemów. 

 

*

   Po chwili zza zakrętu wyłonił się śliczny piesek oryginalnej urody, który podążał powoli w moją stronę. Umaszczony nietypową przeźroczystą sierścią, mierzył może ze czterdzieści centymetrów wysokości. Wyraźnie widać było jego zdezorientowanie, wysnułem więc wniosek, że się z pewnością zgubił w ferworze miejskiego zgiełku. Niepewnie usiadł na trawie, kilka metrów od ławki i z wywieszonym językiem uważnie obserwował obcą mu okolicę. Wreszcie spojrzał mi w oczy.

 

Wyjąłem z kieszeni kanapkę, przyszykowaną przez zapobiegliwą żonę, rozchyliłem połówki białej bułki i wyciągnąłem ze środka pyszne, gotowane mięso. Powoli skierowałem dłoń ze smakołykiem w kierunku zwierzęcia.

Z początku ani drgnął, nie ufając obcemu. Lecz po dłuższej chwili wstał i powoli poruszył ogonem. 

– Chodź, mały. Chodź – powiedziałem najłagodniej, jak tylko umiałem.

Podszedł nieśmiało i ostrożnie wziął w zęby podawany kąsek, który następnie szybko połknął. Rozpoznałem w nim przedstawiciela stosunkowo rzadkiej już dziś rasy rekińczyków.

 

Z pobliskiej fontanny zaczerpnąłem wody do plastikowego kubka, który znalazłem obok kosza na śmieci. Gdy pies łapczywie chłeptał wodę, przyjrzałem się mu dokładniej. Nie ulegało wątpliwości, że właściciele dbali o niego. Był odżywiony i wyczesany, co oznaczało, że musiał zaginąć stosunkowo niedawno. 

 

Czasami hałasy wielkiego miasta, jakieś mocne uderzenie, wybuch petardy, dźwięk klaksonu samochodowego lub odgłos wypadku, mogą skutecznie przestraszyć zwierzę, które traci potrzebę naturalnego pilnowania swojego właściciela i w nagłym ataku paniki ucieka przed siebie.

 

Zauważyłem, zawieszoną na szyi, małą metalową obróżkę. Miał na imię Biolnik. Powoli odwróciłem ją na drugą stronę.

 

*

   Droga pod adres, umieszczony na psim identyfikatorze, trwała nieco dłużej, niż mogłem przypuszczać. W okolicach centrum rozpoczęto bowiem po raz kolejny remont jednej z głównych arterii komunikacyjnych. Nadłożyłem więc drogi, co zmęczyło mnie tak bardzo, że zmuszony byłem przysiąść na chwilę na parkowej ławeczce, aby dać ulgę zmęczonym stopom. Biolnik umościł się na trawie, zdany w całości na mnie. Musiał mi ufać i czuć, że chcę dla niego dobrze.  

 

Gdy dotarliśmy na miejsce, właściciele psa, starsze małżeństwo, bardzo zdziwili się z powrotu ich ukochanego pupila. Mimochodem zauważyłem, że ręce mężczyzny zaczęły wyraźnie drżeć, co uznałem za objaw wielkich emocji nim targających. 

Zostałem zaproszony na herbatę, przy której obdarzono mnie wieloma komplementami na temat mojego dobrego serca i czułości dla zwierząt. Na odchodne otrzymałem hojną gratyfikację za czas poświęcony sprawie oraz karton pysznego ciasta bezowego, którym rozkoszowaliśmy się z żoną przez kilka następnych dni.

 

   W drodze powrotnej dokonałem niezbędnych zakupów spożywczych, niespodziewanie napotykając w kącie sklepu pudło, do którego zbierano pieniądze na jakiś szczytny cel. Korzystając z nadarzającej się okazji, jaką był chwilowy brak osoby nadzorującej, sprawnie wydobyłem za pomocą drutu od wieszaka kilka większej wartości banknotów. Nie odczuwałem przy tym żadnych większych wyrzutów sumienia. 

 

Ten dzień mogłem zatem zaliczyć do wyjątkowo udanych. Czyżby moje modlitwy zostały wysłuchane w ten właśnie sposób, a nasz los ulegał właśnie powolnej przemianie? Tak bardzo chciałem w to wierzyć.

 

*

   Biolnik pojawił się w parku dwa dni później. Akurat radowałem się z pięknej pogody, tradycyjnie prowadząc tam prywatną rozmowę z Panem. W uniesieniu pytałem, czy pomysł porywania psów i późniejszego ich „odnajdywania” będzie najlepszym dla utrzymania rodziny. Zwierzak z ufnością położył nos na moim bucie, wcale nie obawiając się odrobiny pieszczoty, którą go zaraz obdarowałem. Poczęstowawszy rekończyka kiełbasą, którą miałem w torbie z zakupami, znów nadłożyłem drogi, aby odprowadzić go do domu.

 

Dwa dni później sytuacja się powtórzyła. Tym razem jednak pies, skamląc, pociągnął mnie w stronę  najbliższego bankomatu, gdzie wyprężył się i skoczył, wyrywając modnie odzianemu dżentelmenowi portfel z ręki. Zrobiło się małe zamieszanie, jednak nikt do końca nie mógł stwierdzić, co się stało. Pies miał bowiem przeźroczystą sierść i doprawdy trudno było go dostrzec w ruchu. Po niedługim czasie poszkodowany mężczyzna wsiadł do równie eleganckiej jak on limuzyny, a ja zdałem sobie sprawę, że nieszczęście nie trafiło na biednego. 

 

Jakież było moje zdziwienie, gdy kilkanaście minut później rekińczyk pojawił się u moich nóg, trzymając w zębach niedawno skradziony portfel. Położył go przede mną, z uwagą wyczekując co też zrobię. Udając, że rozwiązał mi się but, ostrożnie podniosłem ciężki przedmiot z ziemi. Z trudem zapanowawszy nad nerwowym tikiem oka, powoli otworzyłem zapinkę. Gruby plik banknotów o najwyższych nominałach sprawił, że przez dłuższą chwilę dosłownie nie mogłem złapać tchu. 

 

Czy to był ciąg dalszy tak oczekiwanego, nadzwyczaj potrzebnego i wspaniałego błogosławieństwa?

 

*

   Właściciele rekinopsa ponownie ucieszyli się z odprowadzenia zwierzaka, choć wydawało mi się, że ich oczy mówią coś zgoła innego. Wziąłem jednak ten znak za dowód wielkiego rozczulenia. Pod koniec rozmowy starsi państwo szczerze wyznali, że nie mają już sił do opieki nad energicznym zwierzęciem. Z wielką nadzieją spytano mnie, czy nie chciałbym może zostać jego nowym właścicielem. Czując szczególną radość z powodu niedawno zaobserwowanego sprytu i przydatności psa, zaoferowałem, że oddam im wszystkie pieniądze, które zapłacili uprzednio za dwukrotne odnalezienie ich zguby. 

 

Hojną ręką sięgnąłem do niedawno zdobytego przez rekińczyka portfela.

 

C.d.n.

 

Dobra Cobra

wrzesień 2015

TAkże w wersji do słuchania:

 

Vector image by VectorStock / olgacov