Tysiąc pięćset sto dziewięćset 1

 

Henryk Piśwod – był dumnym i sztywnym, jak kij w dupie, dyrygentem i kierownikiem muzycznym Operetki Włoszczowskiej. Został nim przez zwykły życiowy przypadek. Albowiem dzięki dobroci władz centralnych, które dekretem sprzed lat nakazały zatrzymywać się na tamtejszej stacji pociągom ekspresowym, miejscowa ludność miała doznać przy tej okazji także muzycznego odrodzenia. 

Włoszczowa nie słynęła dotąd z jakichś wysmakowanych atrakcji kulturalnych. Wynik robiły tylko wesela, regularnie organizowane zabawy w Domu Strażaka i coroczny festyn miejski z okazji dni Włoszczowy.  

   Pewnego dnia, w drodze do Krakowa, Henryk Piśwod doznał zatrucia pokarmowego w wagonie restauracyjnym bezpośrednio po spożyciu pokarmu o nazwie Śniadanie Małopolskie. Pierwsze objawy niestrawności poczuł podczas krótkiego przystanku pociągu na stacji Radom. W okolicach Kielc brzuch mężczyzny bulgotał, niczym gotująca się zupa. Oczy coraz bardziej łzawiły, a napięte mięśnie odbytu desperacko utrzymywały sraczkę w trzewiach. Błagał ekspedientkę o szklankę wódki dla zdrowotności, ale ta zasłaniała się przepisami, że nie może podawać mocnego alkoholu przed trzynastą. 

– Pijus jeden – mruknęła pod nosem, gdy w pośpiechu wybiegł z wagonu.

   Na krótkim postoju na stacji Włoszczowa Północ – gdzie nikt nie wsiadał, ani tym bardziej nikt nie wysiadał – dyrygent wyskoczył na peron, łudząc się, że świeże powietrze uratuje w jakoś sposób gastryczną sytuację. 

Niestety, akurat nastała pora na podorywki i okoliczni rolnicy wywozili na pola gnój ze swoich obór. Co przepełniło czaszę organoleptycznego cierpienia i nagle Henryk poczuł nieprzepartą  potrzebę udania się do kibla. Nie miał już sił, aby wspinać się na stopnie wagonu, mięśnie odbytu nie wytrzymały by takiej próby. Ruszył więc niezdarnym truchcikiem do kolejowej ubikacji, pomalowanej na biały kolor. 

Gdy znalazł się we wnętrzu i stanął na narciarza nad betonowa dziurą, nie zdążył rozpiąć paska u spodni, gdy wypłynęły żeń wszystkie złogi wraz ze wspomnieniem firmowego śniadania. Ulgi, jaka nastała po defekacji, nie można było przyrównać do niczego innego, co znał i przeżył. No, może tylko do pierwszych doświadczeń cielesnych, prowadzonych w wieku młodzieńczym, a zakończonych wspaniałą ciszą, której nagle doznał po zrzuceniu płciowego ciężaru z podbrzusza. Ale to było dawno i trudno było w tak ciężkiej chwili na dokładne porównanie odczuć. 

   Gdy umęczony próbami dokładnego podmycia się w kranie z zimną wodą i stresem, związanym z tym, że ktoś w każdej chwili mógł zawitać do ubikacji, wreszcie wyszedł wolnym krokiem na peron, ze zgrozą zauważył, że pociąg zdążył już dawno odjechać. W tej samej chwili dwóch policjantów – zaalarmowanych przez monitoring, że po dworcu przemieszcza się podejrzany obywatel – wzięło go pod ramiona. 

Na nic zdały się próby wyjaśnienia zaistniałej sytuacji. Piśwod już miał okazać dokument tożsamości, gdy zdał sobie sprawę, że wszystkie rzeczy osobiste odjechały w skórzanej walizce w stronę Krakowa. Zaczął się szamotać, co przywołało kolejną falę niekontrolowanej sraczki. Co naturalnie stało się przysłowiowym gwoździem do trumny Henryka. Zawieziono go do policyjnego Pomieszczenia Wytrzeźwień, zdarto odzież i wbrew woli dokładnie obmyto lodowatą wodą z węża. 

28 maja 2018 r. przedstawiciele Krajowego Mechanizmu Prewencji Tortur przeprowadzili wizytację prewencyjną Pomieszczenia dla osób zatrzymanych lub doprowadzonych w celu wytrzeźwienia Komendy Powiatowej Policji we Włoszczowie. Izba dysponowała sześcioma   takimi miejscami. W czasie wizytacji w pomieszczeniu przebywały dwie osoby, z czego jedna była właśnie zwalniana.

Kontrola zakończyła się wynikiem pozytywnym i dopuszczono ją do dalszego funkcjonowania, a regulaminowe metody pracy policjantów nie budziły zastrzeżeń. 

Obsługa Pomieszczenia za nic miała desperackie krzyki dyrygenta, tak głośne, jakby właśnie wykonywał najpiękniejszą arię swojego życia. Przeszkoleni pracownicy byli przyzwyczajeni do takich reakcji. W pewnym momencie zatrzymany mężczyzna jęknął i bez czucia osunął się na terakotę okrywające podłogę. 

 

Dobra Cobra prezentuje dziś opowieść współczesną, dramatycznie opisującą modernistyczne losy ludzkości oraz pojedynczych jednostek w świetle otwartych granic i szans, jakie daje dwudziesty pierwszy wiek, pt

Tysiąc pięćset sto dziewięćset

Część pierwsza

Życie bywa bardzo różne. Raz szerokie, raz podłużne.

 

2

   Bosmezjusz Poliwentura – przez znajomych zwany Bosmek, miał jedno wielkie marzenie: aby wszyscy ludzie po sześćdziesiątce umarli i nie truli już więcej dupy zdrowej, młodszej wiekowo części społeczeństwa. W wymarciu wcale nie tak starych – jak by się wydawało – seniorów, Bosnek upatrywał rozwiązanie problemów opieki zdrowotnej i społecznej, a także zakończenie procesu wypłacania emerytur, bo jak dotąd utrzymanie ZUS-u nie pozwoliło żadnemu rządowi zamknąć budżetu na plusie. Z powodu czego cierpiał sam Poliwentura, bo na jego zdrowotne potrzeby nigdy nie było forsy, a na ubezpieczenie mógł leczyć tylko cztery przednie zęby. Za to na pocieszenie zawsze mógł liczyć na darmowy instruktaż higieny jamy ustnej. Jeśli naturalnie na zakładzie opieki zdrowotnej przybywała akurat higienistka dentystyczna. 

Gdyby starcy powymierali, zniknęłyby wreszcie kolejki do lekarzy i w razie grypki można by było iść do przychodni zdrowia jak w dym, będąc pewnym, że zostanie się na sto procent przyjętym w ciągu najbliższej godziny. 

Albowiem Bosmek był w wolnych chwilach rzeźbiarzem-amatorem i oczekiwał od rządu choćby podstawowego wsparcia zdrowotnego, aby w przyszłości nie musieć niepotrzebnie odrywać się od pracy twórczej na rzecz głupiego bólu zęba, który zazwyczaj przychodził znienacka. 

Po kryjomu Poliwentura bym zagorzałym przeciwnikiem Ostatniego Pokolenia, leszczowskiej organizacji, skupiającej w swych szeregach ludzi młodych, którzy wyrażali  swoje idee w znanych miejscach za pomocą farby i kleju Kropelka, którym się przyklejali do ścian czy podłogi.  Aby protestować zupełnie jak dzieci w piaskownicy. 

3

   Obok mnie przysiadła utyta dziewczyna, pachnącą nieziemsko jakimiś oryginalnym zapachem. Na pewno jest samotna i nie ma brania – pomyślałem – a buteleczkę perfum pewnie ukradła z którejś ekskluzywnej drogerii, których było kilka w najbliższej okolicy, 

– Cześć – powiedziała. 

– Cześć – odparłem i dalej patrzyłem beznamiętnie przed siebie. 

Natychmiast potrzebowałem kawy, bo ledwie widziałem na oczy. 

Cieszyłem ciało porannym słońcem, które rozgrzewało zmarznięte kości. W zbiorczej sali schroniska młodzieżowego trudno się dobrze wyspać. Ktoś w kółko łaził do kibla, ktoś inny głośno chrapał z sąsiedniego łóżka, drzwi skrzypiały, gadano przez komórki, piszczały alerty portali społecznościowych i messengerów, wiały przeciągi… 

Dobrze, że chociaż mogłem sobie prać brudne rzeczy w automatycznej pralni, położonej w piwnicach tego niezbyt ekskluzywnego hostelu. Rano zawsze były suchutkie i na dodatek mocno pachnące świeżym detergentem. W miarę możliwości zawsze starłem się rozwieszać schnącą odzież bez załamań, abym później mógł je szybko ubrać i jako tako wyglądać na mieście. O żelazku nie mogłem przecież nawet marzyć w takim miejscu. Zresztą od najmłodszych lat nie miałem prasowane, matka była zazwyczaj zajęta innymi sprawami, co pewien czas urządzając ojcu kłótnie bez wyraźnego powodu. Była uzależniona od jego zarobków i chyba było jej z tym źle. 

Nie zatruwałem sobie myśli, co dziś zjem na śniadanie. Przecież najpierw musiałem na nie zarobić trochę grosza na ulicy. 

Jednym z porannych olśnień przypomniałem sobie, że z wczoraj miałem parę drobnych w kieszeni. 

– Choć na kawę  – zaprosiłem siedzącą obok. Uśmiechnęła się promieniście. 

   Chodziła jak kaczka, turlała się z nogi na nogę przy wydatnej pomocy dużych bioder. Uda tarły jedno o drugie, co nigdy nie jest czymś przyjemnym do słuchania. Szczególnie, gdy kobieta nosi rajstopy, które wtedy wydają taki odgłos podobny do tarcia materiału o materiał. Akurat było ciepło, ale jak jest zimno to słyszysz u takiej wizg rajstop po obfitych udach.

W drodze miałem wrażenie, że ktoś nas obserwuje. Z raz czy dwa odwróciłem głowę, aby się rozejrzeć. Wydawało mi się, że jacyś dwaj dobrze zbudowani faceci zawsze podążali za nami w tłumie innych przechodniów. Ale przecież to z pewnością musiał być przypadek. Bo kto by się nami mogł interesować: prostym chłopakiem i utytą dziewczyną, idących wśród spieszących do pracy tłumów?  

Zadziwiająco władczym głosem zażyczyła sobie organiczne latte z mlekiem roślinnym, w kubku z produkcji fair trade, co sprawiło, że mnie zostały tylko grosze na zwykłą czarną. 

Przy stoliku zalała mnie potokiem pytań.  

Była ciekawa, jak daję sobie radę żyć, gdzie trzymam mrożony kawior i w którym miejscu mam piwnicę z leżakowanymi winami? Jak walczę z  obawą, ze ktoś z tłumu może mi ukraść z ręki drogi zegarek, wysadzany masą perłową? 

Ale ma fantazję – pomyślałem – z cierpliwością odpowiadając na jej coraz bardziej nietypowo śmieszne i zarazem głupie pytania. 

Jej pra pra wujcio Klejtus, zwany przez rodzinę Brudasem – bo mimo szlacheckiego urodzenia przez całe życie się nie mył – tak śmierdział, że w kościele ludzie zatykali dzieciom nosy, a wielu mdlało. A jak przejeżdżał konno pośród upraw tulipanów, rolnicy uciekali w popłochu, kwiaty chyliły pąki, a stonka ziemniaczana odlatywała z sadzonek na Wschód. 

Mimo swojej ekstrawagancji wujcio Klejtus należał do najbardziej prestiżowego klubu właścicieli filatelistycznych rarytasów: Club 100 de Monte Carlo de l’Elite de la Philatelie, którego członkiem między innymi była niedawno zmarła brytyjska królowa Elżbieta II. 

Gdy Klejtus zdobywał wybrankę swego serca, posyłał jej dużo listów. Zabawne, ale na kopertach naklejał mnóstwo znaczków, z których każdy wujcio osobiście polizał i własnoręcznie przyklejał na kopertach. To zawsze schlebiło jego ukochanej, rozumiała bowiem, że ma na nią prawdziwą ochotę, poświęcając mnóstwo cennego czasu oraz śliny na czynność naklejawczą. Rozumiała też siłę ukrytego podtekstu lizania i od tego nieraz zrobiło się dziewczynie gorąco na całym ciele. Oraz na sercu.

– Teraz nie ma takich mężczyzn… – dokończyła nostalgicznie dziewczyna. 

– Przyjedź do mnie – powiedziała po pewnym czasie, budząc się z letargu zamyślenia. Po czym wstała i poszła w swoją stronę, a za nią tych dwóch dobrze zbudowanych facetów w ciemnych okularach. 

4

   Henryk Piśwod obudził się wiele dni później, w jednoosobowej izolatce na łóżku powiatowego szpitala w otoczeniu najbliższej rodziny, która wcześniej zgłosiła zaginięcie dyrygenta. 

W kącie stał, mnąc drżącymi dłońmi czapkę, burmistrz Włoszczowy z nietęgą miną. Miał przed sobą nie lada zadanie, aby ułagodzić gniew wysoko postawionego pacjenta i furię jego rodziny. 

W tym momencie przełożona pielęgniarek wniosła metalowe wiaderko z markowym szampanem, który w trybie pilnym został zakupiony w Krakowie przez umyślnego posłańca. Bąbelki ułatwiły długie Polaków rozmowy, wyjaśniające komedię omyłek, która spotkała dyrygenta. 

   Sam Piśwod w czasie śpiączki doznał odrodzenia moralnego i po wybudzeniu zapragnął porzucić dotychczasowe dostatnie i pewne życie. Ofuknął najbliższych, że robią niepotrzebny skandal, po czym przyjął zaproszenie burmistrza do odwiedzenia strzelistego gmachu nowowybudowanej Operetki Włoszczowskiej. 

Gdy dyrygent stanął w progach pachnącego nowością budynku, poczuł nieodpartą chęć dokonania tu pozytywistycznej pracy u podstaw i poprosił o umożliwienie mu pokierowania tym nowo powstałym przybytkiem kultury. Burmistrz nawet w najśmielszych marzeniach nie mógł przypuszczać, że ktoś z takim doświadczeniem scenicznym będzie chciał u nich  coś zrobić. 

Gmach Operetki postawił litościwy rząd ostatniej kadencji, który w swym programie pochylał się nad prostymi ludźmi, potrzebującymi pomocy i opieki ze strony Państwa. Naturalnie budowa gmachu przyniosła korzyści pewnym ludziom, powiązanym centralnie z władzą, i dokonano tu wielu malwersacji finansowych, ale mieszkańcy zamiast skandalem byli bardziej zaaferowani samą strzelistą budowlą. Do tej pory tylko Kościół kojarzył im się z tak wystawnymi budynkami. 

Gdy tylko Henryk Piśwod wkroczył do gmachu włoszczowskiej Operetki poczuł coś na kształt spełnienia, a nogi zachwiały się pod nim tak mocno, że aż musiano go podtrzymać. Odebrał to jako bezpośrednie przesłanie od podkasanej Muzy, czyli z samej centrali Kultury, mieszczącej się gdzieś w sferach niebieskich, których nie nawiedzały nawet wojskowej myśliwce.  

Dyrygent od razu przystąpił do działania. Pościągał z Warszawy kwiat artystów i zaplecze znających się na swoim fachu techników. Szybko założył szkółkę operetkową w Włoszczowie i ogłosił lokalne  przesłuchania. Niespodziewanie w okolicy znalazło się kilka dobrze rokujących talentów, które czerpały swe nauki z filmików, zamieszczanych w internecie. 

   W następnym sezonie wystawiono Cudowny Świat Czardasza, przedstawienie, które zgromadziło w foyer włoszczowskiej Operetki wielotysięczną publiczność. Krytycy nie szczędzili pochwał, a ludzie walili na przedstawienia z całego kraju. Wreszcie peron dworca we Włoszczowie Północ zapełnił się pasażerami, a nawet trzeba było uruchomić dodatkowe składy, powracające przed północą w kierunku Warszawy i Krakowa, by zawieźć do domów usatysfakcjonowaną kulturalnie publiczność. W mieście szybko wybudowano pięciogwiazdkowy hotel i elegancką restaurację, podają najlepsze mrożone wódki w całym województwie. 

5

   Podróż zajęła mi kilka dni. Tirowcy nie zawsze są chętni, by zabierać obcych na podwózkę. Ale po dwóch dobach wreszcie uśmiechnęło się do mnie szczęście: jeden Skandynaw wracał na Północ z hiszpańskim ładunkiem owoców.  

Z jego pobróżdżonej twarzy wybierało wieloletnie doświadczenie w kierowaniu sześćdziesięciotonowymi zestawami. Na drodze widział niejedno, stał w niejednym korku i niejeden raz pauzował na obskórnych parkingach. Naturalnie, jeśli akurat było tam jakieś wolne miejsce dla jego ciężarówki. 

Podczas podróży opowiadał o swoim dawnym przyjacielu, którego zwali Zielonolistny – wojującym ekologu, który potrafił przerwać nawet stosunek cielesny z kobietą, by ratować zagrożoną planetę. Ekolog pozostawał pod wielkim wpływem Grety Thunberg, która dziś  skończyła już 18 lat i teraz już się na nią nie patrzy, jak na nadzwyczaj świadome ekologii dziecko, a raczej jak na pełnoletnią wariatkę klimatyczną. 

Oczywiście Zielonolistny był ewangelistą aut na prąd, ale skąd ten czysty prąd brać, skoro w Europie ponad jego połowę wytwarza się z węgla? I jak wielkie jest zanieczyszczenie Ziemi wydobyciem i utylizacją rzadkich metali, służących do produkcji akumulatorów. Nie licząc ponadnormatywnego zużycia opon, spowodowanego większym ciężarem aut na prąd. Gminy bogatej Północy coraz częściej zakazywały ładowania aut elektrycznych, co  sprawiało, że nadmierne obciążenie sieci wywalało zasilanie całych osiedli, wiosek i małych miasteczek. 

Zielonolistny kupił nieatrakcyjną działkę, położoną przy lesie i pochyloną na północ, w związku z czym przez większość czasu teren był zacieniony. Ale było tanio i rośliny nie schły!

Nasadził rzodkiewki, kartofle, zielony groszek…. wykopał studnie, aby mieć wodę za darmo. Postawił 200 litrowa beczkę na wysokiej konstrukcji i pomalował ją na czarno. Pompa lała wodę ze studni, a ta się ogrzewała się od słońca. Od wiosny do późnego lata miał zapewnioną ciepła wodę za darmo. 

Obłożył ściany drewnianej chałupy pustymi półtoralitrowymi plastikowymi butelkami, zakupionymi w punkcie skupu surowców wtórnych, a od strony elewacji położył folię antywiatrową. Uszczelnił grunt pod drewnianą podłogą keramzytem, a poddasze wdmuchiwaną celulozą. Zimą w domu zrobiło się bardzo ciepło, a do jego ogrzania do 20 stopni w największe mrozy wystarczał jeden grzejnik elektryczny. 

Wybudował ziemiankę, gdzie całą zimę przechowywał kartofle, jabłka i marchew w stanie świeżym aż do późnej wiosny. Jednak nie cieszył się z tego wszystkiego zbyt długo. W następnym roku Covid zabrał go do ziemi. 

6

– Wreszcie weekend! – cieszyłam się, jak głupia, przy zakładowej recepcji. – Ostatnie życzenie tygodnia spełnione! 

– Jest jeszcze jeden klient, kochaniutka – oznajmiła kierowniczka bez litości, patrząc na mnie surowo znad okularów. – Właśnie dzwonił. Najważniejszy, więc rozumiesz…

– A Lola nie może? – spytałam z nadzieją. 

W tym tygodniu obrobiłam z dwieście procent normy, nie dziwiła więc moja niechęć do dodatkowej pracy. 

– Wiesz, że jest na macierzyńskim. 

– Ta to się zawsze umie ustawić – rzuciłam z przekąsem. 

– Co tam mamrocze pod nosem? 

– A nic takiego… 

– To duże szczęście, że w ogóle zaszła w ciążę… – oznajmiła kierowniczka. –  Zazdrościsz, prawda? – dokończyła zimno. – Powtórz to – dodała nieznoszącym sprzeciwu tonem. 

– Zazdroszczę Ta. Taaa… Wiadomo. A Zenobia? 

– Na wyjeździe. Służbowym. 

– A… 

– Powiedz od razu, że szukasz wymówek – przerwała mi szybko. – Idzie weekend i znów chcesz się nachlać? 

Co miałam w tym momecie powiedzieć? Co mogłam powiedzieć? 

– Więc nie zawracaj mi tu dupy, bierz w rączkę służbowy tablet życzeniowy i w drogę. 

  Właśnie taki los spotyka wydajne jednostki, które zaprzedały swe duszę firmie. Jak bym była sierotką, niepotrafiąca pracować i ślizgającą się na innych, nie brali by mnie do wszystkiego. Kto wie, może wtedy nie brali by mnie do niczego. Czyli… pewnie by mnie wywalili z roboty. A tak… sama sobie zgotowałam ten los. Ale przecież potrzebowałam pieniędzy, żeby na czas opłacać wynajęte mieszkanie, położone w samym centrum. 

Z pochyloną głową wzięłam elektronikę, narzuciłam płaszcz i wyszłam. Nie stać mnie było nawet na to, żeby wymownie trzasnąć drzwiami. 

Życie zawodowe „wróżek” – jak nazywałyśmy siebie w swoim gronie – które spełniają wszystkie życzenia, nie jest usłane różami. Oprócz szczerzenia uśmiechów, musimy jeszcze przestrzegać całego regulaminu Usług Wspomagawczych Dla Tych, Którzy Wierzą, że Marzenia Mogą się Spełnić, Spółka Komandytowa. W skrócie: UWDTKWżMMsS. Nazewnictwo trochę skomplikowane, ale grunt, że firma działa i płaci pensje na czas. My nazywałyśmy to Usługi Pomocowe. 

Regulamin mówi jasno, że biednemu nie mogę podarować miliona, mogę mu co najwyżej dać bon na obiad. I absolutnie żadnej gotówki do rączki, którą mógłby przeznaczyć na jakieś szkodliwe używki. Z kolei perski książę dostanie wszystko, czego tylko jego dusza zapragnie. Jeśli  będzie chciał mieć nowy samolot – dostanie go, jeśli diamenty, – załatwię mu je. Takie bowiem są przepisy w naszej firmie. Biednemu zawsze wiatr wieje w oczy. Ostatnio jednemu potentatowi z branży naftowej załatwiłam większe wydobycie ropy z szybów, bo narzekał na brak gotówki przed kolejnym wyjazdem do kasyn Las Vegas. 

   Tak, Lola potrafiła się ustawić, wdzięcząc się do milionera, by w odpowiedniej chwili z nim zaciążyć. Kto ją tam wie, może nawet mu nie dała, tylko fachowo zrobiła ręczną robotę i po wszystkim wlała nasienie do swojej pochwy. Teraz jej dziecko będzie przepustką do lepszego świata. Nawet gdyby bogacz ją pogonił, to będzie łożył do wieku dorosłego na małego Kazika lub małą Kunegundę. Ale Lola zawsze wiedziała co, jak i kiedy i posiadła sztukę wzorowego omamiania mężczyzn. Więc pewnie najbliższe lata spędzi w dużym domu na jakiejś egzotycznej wyspie, przerywając je z letnimi pobytami w luksusowym apartamencie w Monte Carlo czy Paryżu. Do czasu, aż żona bogacza nie wmiesza się w romans małżonka. Te bogate suki potrafią być naprawdę śmiertelnie niebezpieczne. 

   Osobiście zwlekałam z ostateczną decyzją matrymonialną na wypadek jakiegoś przypadkowego pspotkania księcia urody nienagannej, acz niewątpliwej. Przecież wianuszek fatygantów zawsze dobrze robi na kobiece ego. Jednak czas mijał, a odpowiedniego kandydata nie było widać na horyzoncie. 

7

   Z obwodnicy dotarłem na miejsce późną nocą. Do swojej wcale nie tak małej budy przygarnął mnie stróż parkingowy przy Zuilingstraat. Człowiek o dobrym sercu. Poczęstował herbatą i ciasteczkami z konfiturą. Z panoramicznych okien stróżówki miał piękny widok na oświetlony, wybrukowany kostką plac, położony pomiędzy starymi kamieniczkami i jakimś czteropiętrowym biurowcem z poprzedniej dekady. 

Pytał, co tu porabiam, a ja zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że zaprosiła mnie tu dziewczyna. 

– Też kiedyś miałem dziewczynę, piękną jak marzenie. Była jedną z pierwszych osób w tym mieście, które nie spożywały mięsa. Na szczęście ten żywieniowy nawyk spotkał ją w dorosłym życiu i nie cierpiała z tego powodu na brak mazi w stawach kolanowych. Bo wszystko już jej się tam zdążyło ostatecznie wykształcić.

Stróż podrapał się po głowie. 

– I jak mowię: wszystko, to mam na myśli wszystko – zapewnił. -.Nie musiałem drobić w dorastających cycuszkach, niekształtnych i jeszcze nie proporcjonalnych. Tu dostałem wystawny bufet, który obrabiałem każdego wieczoru z wzajemną przyjemnością. Jednak naszym związkiem targnął dramat. Dziewczyna często wyjeżdżała służbowo i wtedy zawsze zostawiała mi pod opieką swojego kota. Nie powiem, był utrzymany, żadnych pcheł ani innych przypadłości. Zawsze miał u szyi uwiązaną taką ładną czerwoną wstążeczkę.  

Kot Sanne, bo tak miała na imię moja ukochana, z racji przyzwyczajeń kulinarnych swej pani, też dostawał tylko karmę bezmięsną. Mało, że cierpiał podczas jej każdego wyjazdu z tęsknoty, to na dodatek praktycznie nic nie jadł. 

Któregoś dnia zakupiłem w sklepiku normalne żarcie dla kota i wtedy nastąpił cud. Zwierzak zeżarł ze smakiem trzy miski  mięsnej zwykłej karmy, a potem uspokojony zwinął się przy mojej głowie w kłębek i zasnął.

Zacząłem szukać informacji o żywieniu kotów i wychodziło czarno na białym, że one prowadzą dietę mięsną. Co zresztą każdy człowiek wie bez jakichś specjalnych poszukiwań. 

Obrzucił tęsknym wzrokiem stojące samochody. 

– Trochę trwało to całe dokarmianie kota, nim zdecydowałem się porozmawiać z Sanne na ten temat. Po burzliwej kłótni, w której zarzuciła mi nieetyczne zachowanie w stosunku do niej i tego, co wyżywała na talerzu, zabrała swoje rzeczy i więcej jej nie widziałem. 

– To smutne. A co kotem? 

– Też już gdy go nie widziałem. Pewnie szybko zdechł. Nie raz w samotne, parkingowe noce, wyrzucam sobie,  że może niepotrzebnie zacząłem temat z tym żywieniem zwierzaka. No, ale przecież w związku zawsze najważniejsza jest szczerość. Co nie? 

Skąd miałem to wiedzieć? 

C.d. n.

Dobra Cobra

24 czerwca 2024

 

Vector image by brgfx on Freepik