Tysiąc pięćset sto dziewięćset 2

 

– Schudłaś – rzekł zaskoczony chłopak, którego miałam przejąć pod bramą pałacu królewskiego. – Ostatnim razem, jak cię widziałem…

– To dieta kapuściana Kwaśniewskiego – przerwałam mu, nie wiedząc, czy czasem nie brnę za daleko. – Dieta czyni cuda… jak widzisz – dodałam przyjacielskim tonem. 

– Ale, że aż takie?

– No wiesz, samozaparcie kluczem do sukcesu! 

Kurwa, dlaczego nie przeczytałam akt tego zlecenia życzeniowego do końca. Najwyraźniej ten koleś był tu ustawiony z jakąś babką, którą miałam odbić. Mimowolnie wydęłam brzuch i powiedziałam: 

– Widzisz, ile jeszcze tłuszczyku zostało? 

Mężczyźni to głupie istoty i można ich przerabiać na tyle sposobów, na ile masz tylko ochotę. 

– Nastąpił renesans myśli i nagle ludzkość odkryła, że Ringo Starr był świetnym perkusistą – próbowałam obejść temat. – Choć przez ostatnie czterdzieści lat panowała opinia, że jest muzykiem marnym, nie potrafiącym zagrać najprostszych rzeczy. 

– A kto to ten Ringo Starr? 

– Y… Taki jeden.

  Najpewniej jest klientem lokalnej księgarni Samotny Komiks, gdzie zakompleksieni chłopcy spędzają mniej lub więcej czasu na wertowaniu półek z rysunkiem bohaterskim jak i i grafiką bardziej niebohaterską. Choć to drugie jednak o wiele rzadziej, bo najbardziej chodzi im o oglądanie supermocy w akcji. Dla dziewczyn miejsca tam nie ma. 

– W każdym razie mówię o tym renesansie, ażebyś wiedział, że kobieta może się odmienić szybko, bo… – przez chwilę szukałam odpowiedniego słowa – …kobieta jest zmienną. Tak, kobieta jest zmienną i potrafi z pomocą diety kapuścianej zrzucić  trzydzieści… – dojrzałam na jego twarzy błysk  niedowierzania. Zdecydowanie licytowałam za mało i nie doszacowałam problemu. 

– Przepraszam: czterdzieści… parę kilo w kilka dni. 

Nie czekając na ciąg dalszy tematu rozmowy wzięłam chłopca za rękę i wtuliwszy się piersią w w jego bok pociągnęłam go jak najdalej od wrót pałacu królewskiego. 

   Widać,  że nie był przebojowy. Nieuprasowana koszula i spodnie, choć czyste, wskazywały na jakąś ułomność lub nawet nieudacznictwo. Ale jak na nieudacznika był jednak trochę za młody, więc pewnie musiał wynieść jakąś skazę z rodzinnego domu. Albo był leniwy. Ponadto smarowanie pach mdłym octem, żeby nie śmierdziały, jest trochę słabe. Może nie śmierdział groszem? 

Kątem oka spostrzegłam, że z ciekawością zagląda mi w dekolt. Więc improwizacja na planie, poparta kuszącym rowkiem między piersiami, potrafi zdziałać na facecie cuda. Co zawsze można przewidzieć. 

Postanowiłam kuć żelazo, póki gorące. 

– I jak tam? – zaćwierkałam, niczym głupia nastolatka, by jak najbardziej zbliżyć się do jego poziomu umysłowego. 

– Nie rozumiem, dlaczego podałaś mi adres bramy tego pałacu. Chciałaś mnie oszukać? Nie przyjść na spotkanie? 

– Tak to jest, gdy kobieta zapatrzy się w mężczyznę – łgałam w najlepsze. – Pomyślałam, że fajnie będzie spotkać cię pod tą bramą. Jest ładna i… dobra do selfienia. Nie uważasz? 

– Faktycznie, jest bogato zdobiona i chyba dobra do cykania samofotek… 

– Jak się układasz do snu, to śpisz tak, jak  pozwalają na to warunki – dokończyłam chyba trochę za mądrze. – Czyli chcę powiedzieć, że jak się nie ma pałacu, to najlepiej umówić się pod…  jakimś pałacem. Co nie? 

 

Dobra Cobra prezentuje dziś opowieść współczesną, dramatycznie opisującą modernistyczne losy ludzkości oraz pojedynczych jednostek w świetle otwartych granic i szans, jakie daje dwudziesty pierwszy wiek, pt

Tysiąc pięćset sto dziewięćset

Część druga

Życie bywa bardzo różne. Raz szerokie, raz podłużne. 

 

9

– To co tam? – zagaiłem rozmowę z dziewczyną, spotkaną przy bramie pałacowej, gdy siedzieliśmy w kawiarni, położonej przy cichej uliczce. 

– A bo ja wiem… – odrzekła trochę nieskładnie. – Żeby mnie tak wrobić w majowy weekend – wyszeptała z pasja. 

– Co? 

– Nic. 

– E – jęknąłem – to może opowiem coś o sobie, dobrze? Byłem typem chłopaka, którzy są określani: obserwator nieba. W klasie inni pilnie słuchali nauczycieli i brali czynny udział w lekcji,  a ja gapiłem się w okno. To samo było, jak kiedyś wylądowałem w szpitalu. Do tego stopnia, że jak zauważył to czujny personel medyczny i jak wypisali jakiegoś ozdrowieńca, który opuszczał placówkę, to przenieśli mnie na jego łóżko przy oknie, abym nie musiał w kółko wstawać z mojego, ustawionego w głębi sali.   

– Życiem ludzkim rządzi przypadek… – chciała rozwinąć myśl, ale jej nie słuchałem. 

– Obawa mojej matki przez herezją oraz spętanie lękiem wobec poprzeinaczanych prawd nie dawała mi szans na poznanie prawdy.

– Jakiej prawdy? 

– Matka miała mnie już dosyć. Jednak z krajem nie utraciłem więzi i każdego dnia staram się gadać po polsku co najmniej godzinę. Wielokrotnie sam do siebie, co zawsze budzi ciekawość otoczenia. Bo dobrze jest mieć ziemską ojczyznę niedaleko siebie. 

   Pewnie zaczęła się zastanawiać, czy czasem nie jestem jakimś rewolucjonistą, opozycjonistą, terrorystą czy… kim tam jestem naprawdę.

– Nigdy nie czułem lęku ani przed innymi, ani tym bardziej przed rodziną, i głośno mówiłem o moich ostatnich odkryciach. 

– A co takiego odkryłeś? – udała zainteresowanie. 

– Że ludzie w naszym powiecie zaczynają masowo umierać.

– A masz na to jakieś dowody? – spytała. – No, naturalnie, że masz, bo inaczej nie wytropiłbyś tego wszystkiego. 

– Ogólnie dostępne statystyki potwierdzają coraz większą umieralność ludzi w naszej okolicy.

Pochylił się nad ekranem telefonu i szybko wstukał w wyszukiwarce kilka zdań. 

– Tu masz te dane. O, tu jest… 

– Jakie są przyczyny śmierci? – przerwałam mu. 

– Umierają głównie ludzie młodzi. I co najciekawsze zupełnie zdrowi. Zadziwiające, że ta tajemnicza epidemia wcale nie dotyczy osób starszych, tak jakby oni byli na nią uodpornieni. Dotąd główną przyczyną zgonów była niewydolność serca. A teraz idzie kolejna fala, w której prym wiodą różne rodzaje raka. 

– To przebiega błyskawicznie – ciągnąłem dalej. – Dodając do tego rewolucję wirtualną i cyfrowe technologie, na naszych oczach zmianie ulegają niemal wszystkie obszary życia społecznego, co dodatkowo głęboko ingeruje w psychikę ludzką. Włącznie z prawdopodobieństwem przemiany ludzkiej natury na poziomie genetycznym. 

– To jakieś czyste szaleństwo! – wykrzyknęła. 

– Ale widzisz te dane, prawda? – wskazałem na ekran. – To nie jest jakiś kit. – Na naszych oczach ludzie z niewiadomych przyczyn tracą kontrolę nad swoim życiem. Oczywiście można myśleć, że to ta pandemia i szczepionki… 

Całkowicie nie wiedziała, co ma w tym momencie powiedzieć. Na pewno słyszała o teoriach spiskowych, według których rządy świata planują zacząć likwidację przeludnienia na Ziemi. Ale żeby to się rozpoczęło akurat teraz, gdy zaczynała mieć zdolność kredytową? 

– A co na to twoja matka? – umiejętnie zmieniła temat. 

– Gdy jej tylko to oznajmiłem to następnego dnia zapisała mnie do dobrego dermatologa, chirurga szczękowego, na siłownię i zaczęła karmić wegetariańską dietą buraczaną. A gdy to nie poskutkowało i nadal gadałem o tych nadwymiarowych zgonach, wysłała mnie za granicę. Że niby tam będę bardziej bezpieczny. 

 

Naraz zobaczyłem mojego ojca, kroczącego z dumnie podniesioną głową w naszą stronę. 

– Synu, wracamy do kraju! – zaordynował. 

Podbiegłem do niego, żeby nie robić na ulicy sensacji. 

– Rzuciłem ten cholerny teatr we Włoszczowie i scalam rodzinę – dodał gwoli wyjaśnienia. 

– Jestem z tamtą dziewczyną – wskazałem ręką na kawiarniany stolik 

Ojciec obrzucił ją taksującym spojrzeniem.

– Daj sobie z nią spokój – powiedział półgębkiem. – To przecież jakaś kurewka. 

– Kurewka?  A skąd… ty to możesz… wiedzieć? Przecież… jej wcale nie znasz. 

– Wystarczy popatrzeć – dokończył rodzic autorytarnie. 

Pracownica Usług Pomocowych pomachała do nas ręką, jednak po kilku szczerych gestach opuściła dłoń. Zrozumiała. 

Po chwili już jej nie było na placu. 

10

   Ojciec akurat wstąpił do Akademii Muzycznej, a ja siedziałem sobie w pobliskim parku, wystawiając twarz do słońca. Niespodziewanie podeszła do mnie ta dziewczyna, którą poznałem niedawno w kawiarni w Barcelonie. 

– To ty jesteś tą osobą, którą spotkałem wtedy przy hostelu… – powiedziałem, rozpoznając ją bezbłędnie po nieziemskim zapachu oryginalnych perfum.

– I co z tego? – odpowiedziała obcesowo. 

Nie na takie słowa powitania byłem przygotowany. 

– No jak to co? – odparowałem wzburzony. – Miedzy nami narodziło się wtedy coś wyjątkowego… 

– Co znowu wyjątkowego? O czym ty mówisz?

– Naszym życiem kieruje los. Do tej pory Mogłem zakończyć życie co najmniej kilkakrotnie: w wieku prenatalnym, podczas aborcji, zaraz po urodzeniu z powodu jakiejś śmiertelnej choroby, lub w wieku dorastania, gdybym został pogryziony przez groźnego psa. Ewentualnie przypadkowo zastrzelony przez myśliwego, polującego na wymierającą kuropatwę, lub łasego na świeże mięso niedźwiedzia. Ojciec mógł mnie przez przypadek przejechać traktorem, matka, która miała zawsze tyle spraw na głowie, zapomnieć nad stawem, do którego wtoczyłby się wózek ze mną w środku. 

Ośmielony wziąłem głębszy oddech, by kontynuować myśl. 

–  Koledzy podczas zabawy w Indian mogli mi uszkodzić tętnicę zaostrzoną drewnianą strzałą, a z rany chlusnęłaby potokiem fala krwi nie do zatrzymania. W szkole mogłem przypadkowo wypaść przez okno na asfalt, wylany na boisku trzy piętra poniżej. Samochód z pijanym kierowcą mógł mnie przejechać za każdym razem, gdy szedłem chodnikiem. Biegając po dworzu mogła na mnie spaść szczepionka przeciw wściekliźnie lisów, którą zrzucają z samolotów, która natychmiast złamała by mi kark. Możliwe też jest, że przypadkiem zaklinowałbym się w… 

– Gadasz jakieś straszne głupoty – przerwała poirytowana. – Skąd ci się to bierze? 

– To dla ciebie są głupoty? – zaparło mi dech w piersiach. – No, w każdym razie chcę powiedzieć, że życie jest wypadkową różnych szczęść i nieszczęść oraz zbiegów okoliczności. To, że mimo tylu zagrożeń przeżyłem aż do dzisiejszego dnia i że się spotkaliśmy wtedy Hiszpanii, świadczy o tym, że…

– Że masz w życiu szczęście – przerwała mi inteligentnie. – Gadasz tak, jak najęty, bo jesteś z gołodupkiem bez majątku i … obycia. Nie liczysz się we współczesnym świecie. 

– Jak… tak… można? – odpowiedziałem, nie mogąc złapać tchu z zaskoczenia tym, co właśnie powiedziała.  

– A można. Historia mojej rodziny mówi, że do historii przechodzą tylko wybitne jednostki. I nie są to aktorzy, czy muzykanci, bo teraz istnieje jakaś moda na gloryfikowanie tych rozwiązłych zawodów, pochodzących rodem z niskiej sfery społecznej. A nawet jeszcze niższej, z czego w ogóle nie zdajesz sobie sprawy. 

Poruszyła ręką, jakby chciała mi coś pokazać.

– Ludzie zamożni kształcą swe dzieci i dbają o ich rozwój, a ty co? Zamiast się pionie uczyć biegałeś po dworze i bawiłeś się w Indian i kowboi? Tylko na tyle było cię stać. Życie nie jest fair, ale trzeba w nim próbować się wspinać w górę, a nie w dół. 

– Ale należy docenić to, że mimo wielu  teoretycznych zagrożeń, mój cud życia przetrwał – brnąłem dalej w swoim wątku. – A to wspinaniu w górę, o którym mówisz, świadczy naszym wspólnym przeznaczeniu… 

– Wiesz, o czym to, według mnie, świadczy? 

– N… nie. 

– Że tata miał rację, jak mówił, że wyglądasz na takiego, co wali konia. Księżniczki się z takimi nie zadają. 

Słowa potrafią dokopać. Uderzony jej wypowiedzią straciłem równowagę i upadłem na chodnik. 

– Jesteś księżniczką?! – spytałem wielce zdziwiony. 

– Oryginalną, bo z dziada, pradziada.

Naraz ktoś wyciągnął do mnie dłoń. Ostre słońce uniemożliwiało natychmiastową  identyfikację dobrego Samarytanina, który pojawił się nagle i to dosłownie znikąd. Kości, potłuczone od upadku na twardy beton, sprawiały ból. 

– Co to za kolejna dziewczyna? – ostro spytał ojciec. 

W tamtej chwili – z powodu mętliku w głowie, wcale nie wiedziałem, co mu odpowiedzieć. 

11

   Szybko nastała wiosna, którą każdy kocha i uwielbia z powodu roztaczającej się wokoło obietnicy ciepła po długiej zimie. W tej porze roku okrutne dziewczęta opuszczają jednych chłopców dla drugich. Co bardziej romantycznie usposobieni nastolatkowie płaczą po kątach i całymi latami cierpią wielkie katusze duszy. Inni, nastawieni do życia mniej romantycznie, uczą się, że dziewczęta trzeba traktować instrumentarnie i należy je wykorzystywać, gdy tylko nadarzy się ku temu okazja. A gdy się nie nadarza, to trzeba ją sprowokować, żeby się nadarzyła.  

Pokochałem cośrodowe wyprawy z ojcem do parku. Zrezygnował z funkcji dyrektora i nie musiał już więcej jeździć do głupiego teatru we Włoszczowie, gdzie wszystko szło nie tak. Śpiewacy nie chceli śpiewać, tancerze nie chcieli tańczyć, dziewczęta nie chciały się rozbierać na scenie – zamiast pracować wszyscy oczekiwali tylko na podwyżki gaży podstawowej i spełnianie coraz bardzie wyimaginowanych praw z zakresu ogólnoświatowego ruchu MeToo. 

Bo aby być skutecznym dyrektorem Operetki trzeba mieć grubą skórę i trzymać zespół w stalowym uścisku. Każde najmniejsze ustępstwo czy choćby jakaś oznaka słabości od razu zostanie wykorzystane przez pracowników, którzy wysuną nowe żądania płacowe. A skąd tę forsę brać?

Przez całe zawodowe życie ojciec wierzył w slogan, że Sztuka jest zazdrosna i nie toleruje zdrady. Jednak ostatnio zauważył, że w istocie Sztuka ma to w dupie.

 

Wiosną słońce coraz bardziej przypiekało, drzewa zaczynały wypuszczać zielone listki, ptaki świergoliły wesołe trele, służby miejskie kosiły trawę i przetykały odpływy w fontannie, a rowerzyści w coraz większych stadach pędzali swymi stalowymi rumakami, rzucając wyzwanie wiatrowi oraz spacerowiczom. 

   Chadzamy do parku zawsze we środę. Około południa. Po niedzielnym szczycie kanikuły, poniedziałkowym sprzątaniu wekendowego syfu i po wtorkowym wysypie emerytów, którzy z niewiadomych przyczyn wylęgają do parku właśnie w ten dzień, środa jest wręcz idealnym dniem na spacer. Można wtedy liczyć na spokój i puste ławeczki w najbardziej urokliwych miejscach. 

 

Była jedna rzecz, która sprawiała, że każde wiosenne środowe przedpołudnie było dla mnie przyjemnością: wraz z jednym facetem – Bosmezjuszem Poliwenturą –  zaczęliśmy chadzać do parku we trójkę. Aby truć gołębie. Orzechami, maczanymi w cyjanku i kukurydzą, nasączoną strychniną. Poliwentura gdzieś zdobył te specyfiki i z oddaniem mieszał wieczorami ziarno z trucizną w swej skromnej kawalerce. 

Co środowy dreszcz emocji, towarzyszący gładzeniu gołębi, dodawał mi adrenaliny na cały następny tydzień. No i w dal odeszły wspomnienia, związane z tymi dziewczynami. Bo co się smucić, skoro życie jest takie piękne na wiosnę.  

Jakaż była nasza radość, gdy co rusz znajdowaliśmy nowe truchła gołębi, zaściełające krzaki, ulegające rozkładowi za betonowymi  murkami i czerniejące pod stalowym ogrodzeniem parku. Musieliśmy tylko uważnie trzymać się przepisów, które uświadomił nam pan Bosmek, by podczas trucia zachować przynajmniej półtora metra odstępu od innych spacerowiczów. Mówił, że wtedy żadna straż miejska się do nas nigdy nie przyczepi. 

Obserwując spacerowiczów byłem pewny, że na swój sposób są nam wdzięczni. Parkowe ławki były coraz czystsze, a placyk zabaw dla dzieci był niezasrane ptasimi ekskrementami. I generalnie wokoło coraz mniej śmierdziało gołębim gównem. 

Z tygodnia na tydzień ptaki coraz mniej gromadnie podfruwały po zatrute ziarno. 

12

   Mijały tygodnie, wiosna niezauważalnie przeszła w lato. Nie było już czego truć. Pan Poliwentura gdzieś zniknął, w tajemniczy sposób zaczęli także znikać lokalni działacze Ostatniego Pokolenia, a ojciec wrócił do pracy naukowej na Akademii Muzycznej. 

Zaszył się w zaciemnionych salach uczelni, aby doszlifować wymyśloną przez siebie Teorię Odstępu, naukowo wyliczając odległości, jakie powinni zachowywać śpiewacy, aby się wspólnie nie opluwać podczas wykonywania operetkowych arii.

A ja siadywałem w cieniu drzew i całymi dniami wsłuchiwałem się w mniej lub bardziej fałszywe dźwięki instrumentów, dochodzące z pootwieranych okien szkoły podczas czerwcowego szczytu egzaminacyjnego.  

I obserwowałem ludzi, w czym wreszcie nie przeszkadzały mi okoliczne gołębie.

   Sieciowa restauracja szybkiej obsługi Blip powinna być raczej nazywana barem szybkiej obsługi, gdyż podawane tu jedzenie jest przed podaniem rozmrażane i mieszane z różnymi kolorowymi proszkami, sypanymi do potraw z przemysłowej wielkości worków. Prawdopodobnie nawet w przydrożnych barach ze świerzonką podają lepsze żarcie, niż tu, bo przynajmniej przygotowane z naturalnych składników. 

– Chadzam w przebraniu staruszki i nie rzucając się w oczy codziennie cię obserwuję – wyszeptała mi nad uchem starsza pani, dosiadając się do mojego stolika w dwoma kubkami kawy. 

– Dlaczego to robisz? – odparłem bezbronnie.

– Bo pomyślałam sobie, że mój papuś może nie ma racji. 

– W czym? – zainteresowała mnie. 

– No, że jesteś…. –  spąsowiała na policzkach. – Ten no… W każdym razie bardzo podoba mi się, że mordujesz gołębie. 

Wziąłem podany przez nią kubek i wypiłem kilka łyków kawy, aby pozbierać myśli.

– Co? – zaoponowałem. – Skąd to wiesz? To znaczy… – szybko szukałem w głowie jakiejś wymówki. – Przepraszam, ale muszę pójść do… kibla. 

W głowie wirowało mi ze strachu, że ktoś poznał mają tajemnicę i teraz pewnie pójdę  siedzieć do więzienia. 

13

   W toalecie pachniało dość przyjemnie syntetycznymi kwiatami. A muzyczka, dobiegająca z głośników, miała sprzyjać intymnej atmosferze odprężenia jak i relaksu. Czyli tego wszystkiego, co jest potrzebne do wydania dwójeczki. Niestety pomieszczenie nie posiadało okien, przez które można by się wydostać na zewnątrz. Widać los tak chciał, aby ta staruszka mnie wydała policji. 

Zrezygnowany wyciągnąłem ze slipów ptaka, aby oddać się jedynej możliwej w tym monecie czynności: rozkoszy odlania się, gdy..  

– Spylaj stąd, gdzie pieprz rośnie – syknęła pracownica Usług Pomocowych, wyskakując z kabiny. – I to szybko! 

– Ale dlaczego?! – krzyknąłem przerażony. Wokół mnie rozgrywało się coraz większe wariactwo. 

– Ta stara bidulka, co tam ci szeptała w restauracji, to Letycja Anabela we własnej osobie. Księżniczka Pomarańczu, czwarta w kolejce dziedziczka do tronu Wielkiego Państwa Holendrów. Zafiksowana przez filmy kryminalne na mordzie. 

– O, ku… rwa – zakląłem pod nosem.   

– To jej rodzina wynajęła mnie, abym cię wtedy odciągnęła od ich pałacu. 

– Ale… 

– Pewnie chcesz spytać: ale po co? – przerwała mi w pół słowa. – Bo mają z nią problem: jest na lekach, a gdy przestają działać, dziewczynka nawiewa z domu, znaczy: z pałacu. Podróżuje i brata się że zwykłymi ludźmi. A w rodzinie królewskiej, pochodzącej ze starej dynastii orańskiej, to jest nie do pomyślenia. Mimo 21 wieku i internetu. 

Nagle drzwi się otworzyły i obok nas stanął piękny mężczyzna, z gatunki tych pięknych, którzy występują w telewizji luba na reklamie. Uśmiechnął się szeroko, a blask jego śnieżnobiałych zębów wypełnił cała łazienkę. 

– Czy… czy… Pan to… – probowała wyjąkać zaskoczona pracownica UP. – Czy… 

– Cześć. Tak, to ja – uśmiechnął się przystojny, wysoki, opalony i ładnie przypakowany mężczyzna po trzydziestce, drapiąc się dobrze wyuczonym gestem po klacie. – Jestem celebrycki aktor Dyba Wołmotowicz. Mam elegancki dom, Jeepa i psa. Umiem też zrobić dziecko – dokończył, skromnie opuszczając oczy. 

Zauważyłem, że pracownicy Usług Pomocowych natychmiast wystąpił pot nad górna wargą. 

  14

   Pocałowali się namiętnie na moich oczach. Znałem z internetu wypowiedzi tego celebryty, że do aktorstwa nie trzeba kończyć szkół. Wystarczy być medialnie uzdolnionym. Na moich oczach bohater telewizyjnego hitu Wesołe przygody smutnej liliputki  rozpoczął iście podręcznikowy pokaz, jak należy całować z języczkiem w sposób prawidłowy. 

Po dłuższej chwili trwania pary w uścisku naraz życie gwałtownie przyśpieszyło. Pracownica Usług Pomocowych kopnęła pięknego kolanem w jaja. Tak mocno, że wybałuszył głupio gały i z wyrazem niedowierzania na twarzy powoli upadł na posadzkę. 

– Powinien używać nici dentystycznej – dziewczyna podsumowała pocałunek i szybko zaczęła ściągać Dybie spodnie.

Patrzyłem na to, co się wyrabiało i nie wierzyłem własnym oczom. Będą się teraz na moich oczach oddawać pokazowemu seksowi? 

Znikł wszelki ślad zbytecznych szat – jakby napisał wieszcz. Ale nie napisał, bo nie zdążył, bo do łazienki wszedł jakiś facet, ale szybko się zmył, gdy tylko zobaczył, co się tu wyrabia. 

– Pomóż mi! – krzyknęła pracownica Usług Pomocowych, mocując się z czerwoną koszulką celebryckiego aktora. 

Wspólnie ściągnęliśmy ją z bezwolnego korpusu Wołmotowicza.

– Teraz ją zakładaj! – rozkazała. 

Cóż miałem robić? 

Wyszliśmy z łazienki pod rękę. 

– Tylko nie patrz w jej stronę – ostrzegła mnie nie znoszącym sprzeciwu głosem. 

Manewrowaliśmy pomiędzy stolikami, zapełnionymi ojcami po rozwodach, którzy mieli akurat widzenie ze swoimi dziećmi. Wylałem komuś colę, kogoś potrąciłem, ale udało się bez wzbudzania większej uwagi wyjść z lokalu. 

Stanęliśmy za drzewem, by obserwować, co się będzie działo w środku restauracji Blip. 

15

   Po kilku minutach w lokalu zrobiło się duże zamieszanie. Pewnie ktoś znalazł w kiblu obnażonego celebrytę i podniósł alarm. Z mimowolnie otwartymi ustami obserwowałem scenę paniki, rozgrywającą się za panoramicznymi szybami, gdy dziewczyna Pomocowa dotknęła moje ramienia:

– Spójrz na nią. 

Księżniczce Oranżu, siedzącej przy oknie, dziwnie napuchła twarz, a z ust zaczęła toczyć pianę.. 

– O, kurde. A ja piłem z nią tę kawę… – wyszeptałem, oddychając  

– Chyba za jej pomocą chciała cię otruć… Ale zdaje się pomyliła kubki. 

Jednak w zamieszaniu nikt nie zwracał na księżniczkę uwagi. Po chwili przed restaurację  szybkiej obsługi zajechała karetka na sygnale, do której naprędce wsunięto nosze z ciągle omdlałym Dybą Wołmotowiczem. 

 

Później siedliśmy w zacienionej parkowej alejce, a ja nie wiedziałem, co w ogóle powiedzieć. Ostatnie godziny mojego życia były zbyt bogate w wydarzenia. 

– Co ty na to, jak byśmy razem założyli działalność gospodarczą? – spytała pracownica Usług Pomocowych

– Ja się za bardzo na niczym nie znam i nie mam żadnej smykałki do handlowania – powiedziałem asekuracyjnie. 

– Ależ mi nie chodzi o handel. Załóżmy firmę dobroczynną, która będzie zabierała seks tym, którzy mają go za dużo, i oddawała go potrzebującym. 

– To tak można? 

– A dlaczego by nie? – odparła nieco zaczepnie. – Robin Hood tak działał I nasz swojski Janosik też. A tak się składa, że mam pewne doświadczenie w bardzo podobnej dziedzinie. Tyle, że teraz sto procent zarobku szło by do nas, a nie do personelu kierowniczo – zarządzającego. 

– To znaczy: dokładnie ile… tej forsy… by szło ? – spytałem ostrożnie. 

– Jakieś tysiąc pięćset sto dziewięćset. 

– A.. aha – odparłem zmieszany, bo nie wiedziałem, czy się ze mnie nabija, czy też może naprawdę istnieje takie powiedzenie księgowe. – Ale jak to.. coś… to znaczy: ten seks i jego rozdawanie, w ogóle jest możliwe? To znaczy, chciałem spytać, jak taka działalność będzie mogła przynosić ten wymieniony wcześniej zarobek? – sprostowałem. – Przecież myślimy tu o tej gorszej, nieudanej części społeczeństwa. W domyśle: niezbyt zamożnej i wykonującej podrzędne zawody. 

– Poprzez reklamę? 

– Reklamę? Ale w jaki sposób? 

– No, przed każdorazowym oddaniem seksu osobie, której go brakuje, lektor będzie odczytywał teksty reklamowe. Nawet nie wiesz, czego zdolne są wysłuchać osoby, którym brakuje intymnych zbliżeń. 

– A ja… Co ja bym miał tam robić? 

– Ty byłbyś właśnie tym lektorem. 

 

KoNiEc

Dobra Cobra

24 czerwca 2024

 

Vector image by brgfx on Freepik