Nagląca potrzeba 2

 

– Szybko, proszę pokazać, co pan wiezie na pace tej ciężarówki! – rozkazała Luella. 

Podeszliśmy z tyłu samochodu i jednym ruchem odsłoniłem wodoszczelną plandekę. 

– To jest ten towar, co go wieziemy do gminy. Ten… dichloro…difenylo…trichloroetan. 

– Przecież to jest fentanyl, ośle! – krzyknęła wyraźnie przerażona Naczelniczka. – Taka kokaina, ale w wersji turbo – dodała. – Skąd pan to ma? 

– Pani na pewno się myli – zaprzeczyłem.- Wysłano nas z gminy i wiozę azotoks z tego starego magazynu, położonego za tymi wzgórzami… jakieś pięćdziesiąt kilometrów stąd. 

– O, … (tu wypowiedziała jedno z najstraszniejszych polskich przekleństw). 

– Dlaczego przeklina pani tak przepotwornie strasznie?! – wykrzyknąłem oburzony i jednocześnie porażony, wzdrygając całym ciałem na niemalże śmiertelną wymowę tego najgorszego z najgorszych arcybluzgów. 

– Niech pan ucieka stad jak najszybciej! – krzyknęła. – Ci ludzie mogą pana zamordować, albo i nawet gorzej. 

– Ale kto?  

– No, oni. Dilerzy narkotykowi. 

– A co oni mają wspólnego z azotoksem? 

– To jest fentanyl, a nie azotoks. Azotoksu już dawno nie ma. Wyrzucili go i teraz jest tam magazyn narkotyków. Tamto oddalone miejsce jest wręcz idealne do przechowywania towaru: leży na uboczu, nikt się tam nie kręci, w czym skutecznie pomaga także rozsiewana legenda o Przeklętym Wzgórzu. Proszę stąd uciekać! 

– A pani?

– Ja muszę tu zostać. 

– Przecież panią też zlikwidują, jak tylko zobaczą, że zniknął im cały towar. 

– Cały towar? Przecież tak na oko na pace jest tylko jakaś jedna tona…

Wyjaśniłem na szybko, że jechaliśmy na trzy samochody i zabraliśmy z magazynu wszystko, co tam było, żeby tylko ratować grunty orne i całe okoliczne rolnictwo przed straszną plagą mega stonki. Po czym wziąłem Luellę na ręce i na siłę wsadziłem do szoferki. 

– A te babki, które tam mieszkają, to kto? – spytałem, zapalając silnik ciężarówki. 

– Kurwy dla kurierów i ochroniarzy. Musi być przecież jakiś wentyl bezpieczeństwa w tym stresogennym fachu. 

– Wszystkie są narkomankami? 

– Yhm. 

– Wiadomo. Były takie nieobecne w tym swoim chocholim tańcu. 

– Miałam na głowie naprawdę duże dostawy, a nie niańczenie tych kurewek. Wystarczy, że trzeba je było raz dziennie zaganiać do szprycowania. Oczywiście w stopy, żeby nie miały śladów kłucia na rękach – dodała gwoli zawodowej dokładności. 

– A pani mi wciska tu kit o jakimś Świętym ogniu… 

– Musiałam za wszelką cenę bronić tajemnicy tego miejsca…

 

Dobra Cobra przedstawia opowieść ze wszech miar dramatyczną, gdzie  występują wielkie mikro i makro zagrożenia, które tradycyjnie spotykają bohaterów, a ci tradycyjnie są zmuszeni za wszelką cenę je przemóc, a nawet pokonać przy użyciu wszelkich dostępnych pod ręką sił, aby przeżyć i móc dalej godnie żyć, pt. 

Nagląca potrzeba

Część 2

Biada temu, kto wyrusza i nie powraca.

Oskar Miłosz

 

– Ale akcja – powiedziałem, przekrzykując nieco przygłośny występ finalistów Powiatowego Konkursu Gry na Instrumentach Pasterskich. 

– Ale to jeszcze nic – mruknął Pan Staszek. – Najgorsze miało dopiero nadejść. 

   Nie miałem pomysłu, jak stamtąd uciec, ale wiedziałem, że z pewnością powinniśmy oddalić się z tego miejsca na jak największą odległość. Modliłem się, żeby tylko nie zabrakło nam paliwa, albo żebyśmy nie wpadli w jakąś niewidoczną dziurę.

Prowadziłem ciężarówkę przed siebie, a Luella – trzymając głowę między kolanami – przeżywała coś na kształt załamania nerwowego: 

– Jak zobaczyłam, w jaki sposób jeździł traktorem i jak równo orał bruzdy w ziemi, spytałam: – Ożenisz się ze mną? I w tym momencie spotkałam się oko w oko z męską goryczą: – Nie ty pierwsza i nie ostatnia o to zapytujesz. 

– Ja bym się zbytnio nie zamartwiał takimi drobiazgami, faceci na prowincji gadają różne głupoty – powiedziałem, co ją – nie wiedzieć czemu – bardzo rozjuszyło. 

– Ty nic nie wiesz! – wykrzyczała mi prosto w twarz. – Był taki jeden facet, który mnie uwiódł w młockarni! I nawet mi się to podobało, bo choć wbrew mojej woli sprofanował misterium kobiecego ciała, to wreszcie ktoś się mną zainteresował. Mówiąc po rybacku: było branie, a kobiety – tak jak ryby – to wprost uwielbiają. 

Przerażony wypuściłem kierownicę z rąk i od razu wpadliśmy w jakiś dół. Nagle zrozumiałem, że Zofia Ślapeta jednak przeżyła! Bo lekarze po wypadku w młockarni nie dawali jej zbyt dużych szans. 

– I w ten sposób ominęło mnie dyskusyjne szczęście, jakim jest zamęście… – dokończyła Luella. 

   Gdy jej słuchałem ogromny kamień wyrzutów sumienia spadł mi z serca. Wyskoczyłem z kabiny i zacząłem tańczyć obok samochodu z całych sił. Skakałem, machałem rękami, przytupywałem, robiłem kółka, śmiejąc się przy tym z całych sił. 

– Zwariował pan? – spytała Luella, wychylając głowę z szoferki. – Czy to raczej działanie tego… Świętego ognia…

– To żaden Święty ogień. To…

W tym momencie – w wyniku przedziwnego współdziałania czasu, przestrzeni i pecha – z mgły wynurzył się duży pojazd terenowy w czarnym kolorze. Kobieta natychmiast zbladła na twarzy. 

 

16

– Dzień dobry – powitał nas najbardziej przystojny facet, jakiego kiedykolwiek widziałem w życiu. Ubrany był w białą koszulę i elegancką marynarkę, a w jego zielonych oczach czaiła się śmierć. 

Milczeliśmy, drżąc na całym ciele, na co przybyły wyjął spod marynarki duży pistolet, odbezpieczył go i ostrożnie podszedł do ciężarówki. Szybkim ruchem odsłonił brezent i obrzucił wzrokiem pakę. I już wiedział wszystko. 

– Luello – powiedział zimno – a ja tak ci ufałem…  

– Jorge, to nie jest tak… bo ten tu facet przywrócił mi właśnie mowę…  

– Przed chwilą widziałem zerorożca! – wykrzyknął znienacka Spierdalaj, wyskoczywszy przy nas w najmniej spodziewanym momencie. Kobieta krzyknęła przeraźliwie, zaskoczona nagłym pojawieniem się intruza. 

– Zerorożca? – spytał meksykanin, celując teraz w chłopaka. 

– Znaczy: Złotego Jelenia – skorygował cymbał.  

– Jesteś tego pewien? Przecież jelenie mają różki. 

– Ten jeleń ich nie miał!

– A ten… to…. to on! – wydusiła wielce zdziwiona Luella, rozpoznawszy Sperdalaja. – To ten głupek, który… 

– Który co? – dociekał Jorge. 

– Wtedy nad ranem przyszedł głupi pomocnik i włączył maszynę, żeby ją przewiać przed następnym dniem pracy – jej dolna warga wyraźnie zadrżała. – Przewiać! – zaakcentowała. – Tamtego dramatycznego dnia we wnętrzu młockarni straciłam nie tylko kobiecą cześć, ale też głos oraz urodę. A cóż jest warta kobieta bez urody? Przecież tylko przez nią jest oceniana, bo w pracy dostajemy i tak mniej forsy, niż mężczyźni, zatrudnieni na równorzędnym stanowisku… – pociągnęła nosem. – Tamtego dnia na pogotowiu wyglądałam, jakbym spadła z Drzewa Brzydoty, łamiąc po drodze jego wszystkie gałęzie. Mój wygląd płoszył konie! – dokończyła dramatycznie. 

Jorge słuchał wywodów kobiety z coraz większym zainteresowaniem. 

– To i nie dziwne, że nie zdołałam odmówić twojej hojnej ręce… – skłoniła nieznacznie głową w stronę narkotykowego bossa –  która w zamian za szefowanie temu miejscu opłaciła wiele drogich operacji plastycznych, które z miesiąca na miesiąc zdołały jako tako przywrócić mój dawny blask. 

Wzięła głębszy oddech.

– Cierpiałam całymi miesiącami, jadąc na bardzo silnych środkach przeciwbólowych, podczas gdy moją twarz naprawiano coraz to nowymi operacjami plastycznymi. Niestety, one nie zdołały naprawić duszy, którą od wypadku ogarnął czarny, dojmujący smutek, większy nawet od słowiańskiej tęsknicy. 

Wyprostowała plecy: 

– Ale dziękuję losowi, że dał mi takie wyzwanie, bo dzięki niemu jestem dziś piękniejsza, niż byłam kiedykolwiek wcześniej. Bo trzeba przyznać, że przez lata, spędzone za biurkiem, zebrał się u mnie tłuszczyk w okolicach… 

Jorge stanął przed uśmiechniętym Sperdlalajem i powiedział dobitnie:

– Jak nie zobaczymy tam tego Złotego Jelenia, to będziesz mi ssał jaja. I sumie, jak go zobaczymy, to też będziesz ssał, bo swoim głupim uczynkiem sprowadziłeś na tę kobietę wielkie cierpienie i należy ci się jakaś kara. 

– Zobaczymy go! – krzyknął przygłup. – Jest cały złoty i teraz właśnie skubie trawę! Chodźcie za mną, to go ujrzycie! 

Co ten baran wymyślił? Nigdy w życiu nie słyszałem o takim dziwowisku. W tym momencie  poczułem zacieśniający się krąg podejrzeń. Pragnąłem w duchu, abym nie został rozpoznany przez Luellę. 

   Meksykanin machnął pistoletem i posłusznie pobiegliśmy skrajem zagajnika, trzymani przez cały czas na muszce. Imbecyl nic sobie z tego nie robił i wesoło leciał pierwszy, podśpiewując na cały głos:

Złoty Jeleń – wszystkich to marzenie, 

Złoty Jeleń – jeleń nad jelenie,

Idziemy go schwytać i o nic nie pytać, 

Zapewni nam szczęście inne niż… 

Trudno powiedzieć, skąd znał taką przyśpiewkę: z przedszkola, z podwórka, czy może sam ją ułożył. Tym zerorożcem zdołał zaintrygować nawet groźnego wysłannika z dalekiego Meksyku. 

 

17

   Mimo najszczerszych chęci Spierdalaj za nic nie mógł znaleźć cudownego zwierzaka. 

– Zerorożcu! – nawoływał coraz głośniej. – Przecież przed chwilą tu byłeś. Dlaczego się przed nami chowasz, Jeleniu? 

– No cóż… Chciałeś mnie okłamać. 

– Ale gdzie tam! O, pan zobaczy tutaj. To są ślady jego kopytek…

Jorge złapał idiotę za włosy i zmusił go do uklęknięcia. 

– Teraz będzie mi ssał jaja – powiedział władczo, rozpiął spodnie i przystawił lufę pistoletu do skroni imbecyla. 

Odwróciłem głowę przy odgłosie pierwszych kilku głośnych mlaśnięć, nie mogąc patrzeć na tak wielki akt poniżenia. Spojrzałem w lewą stronę, napotykając zdziwiony wzrok Luelli. 

– Przecież to ty… – wyszeptała. – To ty wtedy… w młockarni… 

   W tym samym momencie Jorge wydał mrożący krew w żyłach krzyk zranionego samca, a jego broń wystrzeliła z ogłuszającym hukiem. Spojrzeliśmy w tamtą stronę dokładnie w momencie, gdy wiotkie ciało Spierdalaja osuwał się na ziemię. 

– Aaa! – krzyczał Meksykanin. – Ten pacan odgryzł mi jaja! 

Luella podbiegła pierwsza. By mieć lepszy dostęp do rany ściągnęła mu spodnie z kostek. Krew bryzgała wszędzie dookoła, gdy tylko próbowała ucisnąć ranę. 

– Odejdź, bo ciebie też zabiję! – jęczał Jorge. 

– To kto ci wtedy pomoże zatamować krwotok? 

– Sam sobie…

– Czym? – przerwała mu w pół słowa kobieta. – I jak? Wszyscy mężczyźni to idioci…  

Boss narkotykowy upadł na wznak, a Luella zaczęła obwiązywać mu krocze. Ale – jak na moje nikłe doświadczenie medyczne – w jakiś powolny i zarazem dziwny sposób. Najpierw długo zaciskała koszulę wokół jego brzucha, później przewiązała paskiem jedno z przedramion i na koniec przez kilka minut uciskała kolanem klatkę piersiową. Mimo to z rany nadal wypływała ciemnoczerwona krew, tyle, że coraz wolniejszym strumykiem. 

– Już się zatrzymuje… – powiedziała spokojnym tonem. – No, prawie gotowe.

Ale Jorge z minuty na minutę był coraz słabszy. Już nie miał siły się podnieść, stracił też chyba czucie, bo nagle zaczął się uśmiechać. Wtedy kobieta kopnęła jak najdalej od nas leżący obok pistolet. 

– Może trzeba zatamować żyły w miejscu odgryzienia? – zasugerowałem. 

– Jemu już nic nie pomoże… – szepnęła. – Zbyt duży upływ krwi… 

– Przecież ty… go…

W tym momencie Spierdalaj niespodziewanie drgnął kończynami. 

 

18

   Imbecyl kaszlnął, dotknął ręką skroni, od której jakimś cudem odbiła się kula i wypluł z ust niedawno odgryziony worek mosznowy Meksykanina. Podbiegłem do niego ze słowami wyrzutu: 

– Coś ty najlepszego zrobił? 

– To nie ja! Mam w głowie Bolesława Prusa i on cały czas mną kieruje.  

– Bolesława… Prusa? – wydukałem zaskoczony. 

– Dokładnie – potwierdził idiota. – Jakbym nie skorzystał z jego porady, żeby jednak wziąć do paszczy, to już byśmy wszyscy tu nie żyli – dokończył z dużą dozą przenikliwości. – Zupełnie jak ten biedny Wokulski, który całymi latami nie mógł się doczekać, aż Izabela wreszcie weźmie do…  

No, tak… ale… wtedy nie było tak nowoczesnych czasów, jak obecnie…

– Spierdalajmy! – przerwał mi Spierdalaj i popędził przed siebie w coraz bardziej gęstniejący deszcz. 

 

19

   Gdy ciało Jorge odpływało w wodne odmęty, zabrane przez kolejną wznoszącą falę powodzi, popatrzyłem na Luellę. Kobieta podniosła sukienkę i powiedziała: 

– Nie zmarnuj tej chwili, ja cię bardzo proszę. Zrób to, co wtedy w młockarni…

Sparaliżował mnie. I z tego powodu nie mogłem ruszyć ani ręką ani nogą. 

– I przestań wreszcie kochać mnie tylko oczami! – dodała wyzywająco. – Zamiast tego zasmakuj dziewczyny… – powiedziała i zrzuciła ubranie, ukazując ciało… naznaczone szramami, wyrwami, przekolorowaniami i ubytkami. 

Niestety, po wypadku chirurgia plastyczna najwidoczniej skoncentrowała się tylko na jej twarzy, resztę ciała łatając jedynie grubą dratwą. Widząc iście frankeinsteinowski efekt niełatwo było myśleć o niej, jako o przedmiocie pożądania. 

– Pryszczyca! Pryszczycaaaa! – przerwał nam jakiś facet, wpadając na polanę, krzycząc nawiedzonym głosem. – Uciekajcie!!! 

Ślapeta szybko zakryła się leżącą sukienką, po czym z niedowierzaniem zamrugała oczami: 

– Czy pan jest… ?

– Tak, jestem obecnie rządzącym prezydentem naszego pięknego kraju, położonego od Bałtyku aż do Tatr – przedstawił się przybyły. – Choć nie wiadomo jak długo to określenie  się utrzyma, bo po przekopie Mierzei Wiślanej – tej światłej inwestycji, którą zafundowali nam nasi poprzednicy, a która teraz zarasta trzciną i glonem morskim – podejmujemy rękawicę i postanowiliśmy pójść o krok dalej – powiedział i kontynuował bardziej konfidencjonalnie: 

– Zdradzę państwu, że we wczorajszym tajnym głosowaniu rząd zdecydował o przeniesieniu Tatr z południa na północ, a dokładnie o wrzuceniu tych gór jakieś dziesięć kilometrów w głąb Morza Bałtyckiego. To pozwoli nam na szybką zmianę klimatu w naszym kraju i odtąd już zawsze ciepłe powietrze będzie napływać do nas bez oporów z terenu Węgier i okolicznych gorących krain. I wreszcie położymy koniec gównianej pogodzie i wiecznemu zimnu! A nad morzem będziemy mogli zażywać dwóch  atrakcji w jednym: poplażować się lub wskoczyć do łodzi, przepłynąć te parę kilometrów w morze i tam szusować na nartach po zaśnieżonych stokach przeniesionych Tatr. 

Zamurowało nas. 

– Co się tak państwo dziwicie? – ofuknął nas prezydent. – Naukowcy obliczyli, że w trzy lata przy pomocy trzydziestu trzech tysięcy ciężarówek spokojnie przewieziemy cały urobek w okolice Łeby, Darłowa i Kołobrzegu. A później statkami wrzuci się to do ponad miarę zasyfionych wód Bałtyku. Tylko musimy jeszcze jakoś spacyfikować tych jebanych Górali… no i tych czepiających się wszystkiego zielonych, plagi tej ziemi… Ale powolutku… 

– A jak się sklei w całość te rzucone w odmęty morskie skały? – spytał rzeczowo Spierdalaj, który znów zjawił się przy nas. 

– Mądre pytanie – pochwalił go prezydent. – Oczywiście lawą, przywiezioną prosto z Wysp Kanaryjskich i Islandii. Z tego co wiem, to mają tam jej poważny nadmiar. 

   Dalekosiężność – jak i wizjonerstwo obecnej władzy – sprawiły, że opadła mi szczęka. Ale… może faktycznie dzięki temu zabiegowi już niedługo zimą w Białymstoku będzie plus dziesięć stopni? 

– A w ogóle to skąd pan się tu wziął, panie prezydencie? – spytała Luella.

– Uciekłem ochroniarzom. 

– Uciekł pan…

– A co, kurde! – przerwał jej wódz narodu, prężąc tors. – Jak ma się jaja, to można takie rzeczy robić. Ha ha! 

– I nie boi się pan tych deszczy… i powodzi? – spytałem, walcząc w sercu o poproszenie go o autograf. 

– Deszcze – sreszcze! – prychnął. – Tyle żyjecie i nie nauczyliście się jeszcze dzielić wszystkich informacji przez dziesięć? 

– A to jest taka zasada? 

– Otóż jest. A wiadomości kłamią – zaakcentował wódz Narodu – co wiedzą nawet małe dzieci. Teraz nie ma żadnych powodzi, a jest tylko spisek oszalałych mediów, które za wszelką cenę pragną utrącić obecny – dobrotliwie władający nami rząd – i przy tej okazji sprzedać kolejny gówniany wielominutowy blok reklamowy. Oczywiście robią przy tym wielkie zamieszanie, żeby reklama szła jeszcze lepiej. A teraz proszę za mną, bo musimy odstrzelić to zapryszczone stado jeleni – dokończył prezydent. 

– Nie możemy tego zrobić! – natychmiast krzyknął Sperdalaj. – To przecież są złote jelenie! 

 

20

   Hurgot wirników dużych śmigłowców, które nad nami znienacka zawisły, był wprost nie do zniesienia. Po chwili z wnętrza wyskoczyła gromada agentów w czarnych marynarkach i z wycelowaną w nas bronią. 

– Nie ruszać się i ręce do góry! Bo inaczej wszyscy zginiecie!

– Panowie powinni  zabić tych dwóch facetów! – krzyknęła Luella, wskazując na mnie i na Sperdalaja – ale mnie proszę oszczędzić.

– Opuśćcie broń – rozkazał prezydent. – Ci ludzie mnie… uratowali! 

Powiedziawszy to wręczył kobiecie bukiet begonii, szybko wyjęty zza fotela pilota.

– Begonie! – prychnęła bez szacunku do majestatu władzy. – Co za szkaradztwo! Taki Wojciech Jaruzelski świata roślin: nieprzyjemne, apodyktyczne i wszechobecne. Jak bym miała czas, to nocami powyrywała bym je z każdej doniczki przy ładnie utrzymanych domkach i z betonowych donic na skwerach miast. 

– Ma pani jaja – przyznał z uznaniem prezydent. 

– Jestem Lu… Zofia Ślapeta – wyciągnęła do niego rękę.  

– A ja jestem prezydentem tego kraju. Prywatnie Czesław, dla przyjaciół Czesio. 

Uścisnęli dłonie. 

– Co tu robisz, Zofio? A może mogę do ciebie mówić per: Zosia? 

– Długo by opowiadać, Czesławie… Czesiu – poprawiła się, po czym zmieniła temat:  

– Ale ty masz pomysły… te przenosiny Tatr…

– A, to to jeszcze nic – wódz kraju zbył jej entuzjazm. – Największy numer, za który będą mi dziękować wszyscy Polacy, mieszkający w kraju i za granicą, zrobię w drugiej kadencji. Pogramy z rządem tak umiejętnie, że Unia Europejska dokona szybkiego Unioexitu i sama z własnej woli wyjdzie ze struktur niepodległej, niezależnej i niezawisłej Polski. Od wtedy nasz kraj nie będzie już więcej ciemiężony idiotycznymi nakazami i prawami, ograniczającymi naszą suwerenność, za to rozkwitniemy ponad miarę i zaczniemy stanowić trzon liderów świata. I wreszcie będziemy rozdawać karty przy niewielkim stole władców Ziemi… – rozmarzył się i przesunął palcami po nodze Ślapety. Zofia trzepnęła go po ręku.

– Jestem twoim prezydentem! – ostrzegł ją. – I należy mi się całkowite oddanie. 

Po czym zaczęli się migdalić. 

 

21

   Zażenowany spuściłem wzrok. We wnętrzu maszyny wszędzie leżały porozrzucane książki. Spojrzałem na tytuły pierwszych z brzegu: 

Co pije krowa – przydatna wiedza z psychologii życia codziennego, Czesałam ciepłe króliki, Łosoś zwątpienia, Kiedy to czytasz jest już za późno… Z niedowierzaniem odkrywałem nazwy coraz to egzotyczniejszych wydawnictw: Zamykamy, ale ładne mogą zostać dłużej, Śmierć ma 143 cm wzrostu, Poradnik hodowcy aniołów, Mężczyzna, który zjadł boeinga, Wątek poboczny, czyli na czym polega metafora mężczyzny z dwoma śledzionami… i coś tam jeszcze z bardzo kolorowa okładką… Weterynarze mogą latać 

Taa… poddając się tak ambitnej lekturze można mieć odjazdowe pomysły polityczne. 

– Zapewne się zastanawiasz, jak rozpoznawać dobre woluminy – przerwał moje obserwacje prezydent, na chwilę puszczając partnerkę z uścisku. – Otóż wszystko, co ma na okładce kota, biuściastą dziewczynę albo zamek w tle, to zwyczajny szajs. W życiu trzeba wybierać tylko dobre rzeczy…  

   Pod wodą znajdowała się już połowa kraju. W zamontowanym na pokładzie turystycznym telewizorze pokazywali na żywo, jak samochody i drzewa płyną ulicami, zamienionymi w coraz szybsze bystrza. 

Gdy helikopter wzniósł się nad zalanymi terenami, prezydent wyjął gitarę i zaczął śpiewać balladę o tym, jak to za młodu był najśliczniejszym chłopakiem w całej wsi i lubiły go wszystkie czyste dziewczyny oraz ich mamusie. Czyste dziewczyny…  cóż, pozostały czyste, za to ich mamusie… 

   Oderwałem wzrok od prezydenckich popisów i zacząłem uważniej obserwować dramat rozgrywajacy się w dole. Zobaczyłem, jak woda porywa pozostawioną w dole ciężarówkę z narkotykami i auto, którym przyjechał Jorge. W chwilę później Wioska Kobiet zwaliła się w błotnisty nurt rwącej rzeki. Lecieliśmy w kierunku odwrotnym, niż nasza marszruta po azotoks, więc nieco później minęliśmy na dużej wysokości cel naszej podróży – feralny magazyn. Był cały otoczony wodą i nie trudno było przewidzieć, co go niebawem spotka.  

   Ale powódź oznaczała, że może przeżyję konfrontację z ludźmi od narkotyków i może później już nikt nie będzie mnie chciał szukać. Ufałem, że narkobossowie zrozumieją, że to woda porwała wszystko i tylko ona była jedyną przyczyną ich wielomilionowej straty. I to ona, i tylko ona, spowodowała śmierci ich szefa. 

Spojrzałem w stronę Zofii Ślapety, która pozwalała wodzowi wsadzać rękę między swoje uda. Ona może nie przeżyć tej przygody. Jak tylko pojawi się w mediach u boku prezydenta kraju – od razu zostanie rozpoznana. I tamci ludzie z pewnością po nią wcześniej czy później przyjdą. Czy wtedy mnie wyda? 

Za to na pewno przeżyje powódź Spierdalaj, tulący do piersi młodego złotego jelonka, zabranego dopiero co z lasu. Pewnie się nie spodziewał, że jak tylko wylądujemy, służby zaraz mu odbiorą zwierzaka, który najpewniej pójdzie na eksperymenty medyczne. Ale dzięki temu, że chłopak jest głupkiem, nikt go nie zlikwiduje, ani nie zamknie w domu wariatów na resztę życia. Bo nawet, gdyby zaczął się skarżyć, to kto uwierzy imbecylowi?

 

22

Gdy tylko wylądowaliśmy na wojskowym Okęciu, Ślapeta zaskomlała:

– Czesiu, muszę szybko do kibla.  

Zgodnie z przewidywaniem Spierdalajowi odebrano złotego jelonka, a prezydent przybił  ze mną mocną piątkę, wręczając przy tym bogato ilustrowane wydanie Lalki… Bolesława Prusa.

– To bardzo wizjonerska opowieść – powiedział na pożegnanie. – Gdyby tylko ludzie chcieli ją czytać w dzisiejszych czasach… W każdym razie laboratoria w całym naszym kraju z nieustanną siła poszukują formuły do wyrobu platyny z zapisków tego szarlatana Geista, które dziwnym zrządzeniem losu przechowały się w stanie niemal nietkniętym w piwnicy jednej z kamienic na Montparnasse w Paryżu. 

   Zofia nie wracała przez dłuższy czas. Później widziałem, jak prezydent posłał po nią ochroniarzy, ale ci szybko wrócili z niczym. Gdy się zbieraliśmy, ciągle trwały poszukiwania zaginionej.

 

KoNiEc 

Dobra Cobra

Styczeń 2022

 

Vector image by VectorStock / Robot