Zachariasz i ja

 

 

Gwiazdy migotały coraz jaśniej na tle zachodzącego słońca. Przywiązany do pługa gospodarski koń, zarżał z lekka. Zmąciło to wyraz błogości rozlewający się – z powodu ukończenia kolejnego etapu prac polowych – po licu Bolesława Luparyćko, chłopa z dziada pradziada. Chcąc nie chcąc małorolny rolnik powrócił do rzeczywistości i – spojrzawszy na równo zaorane zagony, ciągnące się aż po ciemniejący horyzont – podrapał szorstki zarost na policzku. Lubił zapach ziemi. Był on dla niego zawsze nagrodą za ciężką pracę, oddechem duszy, chwilowym wyzwoleniem z kieratu trudu i samozaparcia.

 

Z zachodu powiał lekki wiatr, przynosząc z gęstego zagajnika dźwięki cichutkich pisków dziewcząt oraz nieco mdlący zapach zdrowego, świeżego męskiego nasienia, dopiero co wypuszczonego na wilgotną ziemię. 

– Zawsze się tam kurwią w tym lesie – mruknął Bolesław pod nosem.                                                                                                                                                   Osiągnął już wiek, w którym zaczął potępiać wszystko to, co kiedyś sam czynił z ochotą. Teraz pozostał mu już tylko dożywotni socjalizm – wraz ze swoimi wszystkimi zaletami, ale bez wad –  sprawy ostateczne oraz niekończąca się harówka przy oporządzania gospodarki. Nakarmić zwierzęta, wydoić krowy, zaorać, wypędzić na pastwisko, posiać, wydoić, przewrócić siano, zmienić słomę w oborze, zapędzić z powrotem, naciąć sieczki, wydoić, zaorać… Dzień podobny do dnia, niczym dwa ziarnka grochu.

 

Naraz Luparyćko ujrzał na ciemniejącym horyzoncie coś, co go wielce przeraziło i zatrzęsło nim w posadach. Tajemniczym sposobem zachodni wiatr przyniósł w te okolice dwóch mężczyzn w garniturach, jadących w oddali na fantastycznych kształtów dwuosobowej hulajnodze. Powoli przecinali drogę, wijącą się pomiędzy polami, machając rytmicznie dobrze wytrenowanymi prawymi nogami. 

 

Z emocji Bolesławowi momentalnie zaschło w gardle. Nie wiedział, co powinien zrobić, jak zareagować, kogo powiadomić o tym, co właśnie zobaczył. W nagłym ataku paniki spojrzał na swojego konia, szukając u niego pomocy, ale ten – jak gdyby nigdy nic – dalej skubał trawę, rosnącą przy miedzy i nie zawracał sobie głowy niepoważnymi ludzkimi sprawami.

– Głupie zwierzę – szepnął Luparyćko.

 

Wreszcie, gdy tajemni podróżnicy zniknęli za wzniesieniem, osłupienie opadło i chłop zrobił jedyną rzecz, którą w takim wypadku mógł zrobić. Jedyną, która wydawała się na miejscu w tak dramatycznej chwili. Jedyną w ogóle. 

Pobiegł – jak najszybciej potrafił – pod rosnące samotnie na polu, wysokie drzewo, by po chwili wygrzebać spod jego korzeni szczelnie zapakowany w onuce karabin maszynowy, trzy magazynki pełne naboi i dwa zdobyczne granaty. Schował je tam przezornie dawno temu na wypadek kolejnej wojny lub innego lokalnego konfliktu. Dziś jego zapobiegliwość została sowicie nagrodzona.

 

Przewiesił Kałasznikowa przez ramię, upchawszy z trudem resztę sprzętu po kieszeniach. I dopiero wtedy krzyknął na całe gardło:

– Niemce!!! Niemce idą!

Z powodu dużego ciężaru żelastwa spodnie Bolesława niemal od razu opadły do kostek, ukazując w całej krasie pocerowane i bardzo sprane gacie.

 

Za to okrzyk jego dramatycznego wezwania poniósł się daleko po polach, a echo odbiło go aż dwa razu od ciemnej ściany lasu, rosnącego na wschodzie.

 

   Bądźmy czujni wobec wroga narodu, który ukrywać się może wszędzie! Jego imperialistyczne knowania mają na celu ośmieszenie wszystkich zdobyczy socjalizmu. Dajmy mu odpór naszą ciężką pracą ku chwale Ludowej Ojczyzny. Wykrywajmy spiski i opieszałość tych, którym nie podoba się w naszym kraju. Z pieśnią na ustach kroczmy naprzód, by wspólnie budować nasz kraj!

Dobra Cobra znowu nocą malował paznokcie w źle wentylowanym pomieszczeniu, czego wynikiem jest jego nowe opowiadanie, pt.

 

Zachariasz i ja

 

Okolice roku 1957, gdzieś na zapomnianych, wiejskich rubieżach naszego pięknego kraju.

 

– Witajcie dostojni zagraniczni goście!

 

Powoli otworzyłem zaspane oczy, ale świadomość postrzegająca rzeczywistość wróciła dopiero po dłuższej chwili. 

Spojrzałem na lewo, gdzie miarowo pochrapywał mój wierny przyjaciel Zachariasz, z którym wybraliśmy się w podróż po kraju jego najnowszą, francuską hulajnogą. Ojciec Zachariasza, wysoki pracownik dyplomacji, miał możliwości sprawiać synowi takie drogie, zagraniczne prezenty.

 

Jako młodzi studenci postanowiliśmy udać się nowym środkiem transportu na wakacyjna przygodę. Jadąc przez miasteczka i wsie, wszędzie wzbudzaliśmy podziw i sensację naszą hulajnogą o – jak na tamte lata – nader futurystycznych kształtach. Po drodze odżywialiśmy się owocami, maślanką i świeżymi bułkami, kupowanymi w wioskowych i małomiasteczkowych sklepach spożywczych. Straszyliśmy naszym pojazdem przebiegające koty i naśladowaliśmy nieco piszczącym hamulcem świergot ptactwa. 

Podczas podróży raz natrafiliśmy nawet na ostro migdalącą się parę, którą tak skutecznie przestraszyliśmy naszym pojawieniem, że spanikowany kochaś gonił nas aż przez następne pół dnia, chcąc nam, jak to się bez ceregieli wyraził na cały głos: „nogi z dupy powyrywać”.

Wskoczyłem wtedy ze strachu na ramiona mojego przyjaciela, podczas gdy on niezawodnie odpychał umięśnioną nogą nasz importowany pojazd ku horyzontowi, gdzie czekał upragniony ratunek.

Co bym wtedy zrobił bez Zachariasza?

Wreszcie, po kolejnym długim dniu, spędzonym w podróży, zasnęliśmy pod akacją, rosnącą pomiędzy drogą a świeżo zaoranym polem.

 

  Zobaczyłem pochylonego nade mną jakiegoś mężczyznę. Z początku pomyślałem, że może chce nas pogonić za zajęcie jego kawałka gruntu, ale po chwili – uważnie obserwując jego szeroki uśmiech na twarzy – szybko porzuciłem tę zdradliwą myśl.

Facet, ubrany w kufajkę i walonki, zdjął z głowy czarny beret z antenką i ukłonił się głęboko.

 

Spojrzałem na Zachariasza, który nadal trwał w całkowitym braku kontaktu z rzeczywistością. Z jego kieszeni wystawała zagraniczna książka, gdyż pałał niepohamowaną i chorobliwą namiętnością zgłębiania wielkiej literatury w językach oryginalnych, oraz opróżniona wcześniej ćwiartka wódki Stołowej, która nawet nam posmakowała, zakąszana co raz kiszonym ogórkiem. Zdecydowanie szturchnąłem mego przyjaciela ramieniem.

– Witajcie dostojni zagraniczni goście! – powtórzył facet.

 

Spojrzeliśmy po sobie. Istotnie mogliśmy wyglądać trochę jak przybysze zza granicy. Nasze eleganckie marynarki wisiały na gałęzi drzewa, a piękna podróżna torba – uszyta  z mocnej świńskiej skóry – mogła przydawać nam nimbu obcokrajowców.

 

Mój przyjaciel pierdnął przeciągle, zadziwiająco powodując u chłopa reakcję jeszcze większej wobec nas uniżoności. 

– Pozwólcie za mną, dostojni goście – powiedział, jednocześnie wykonując zapraszający gest ręką. 

 

*

   Okolica wydała się nam dość zacofaną. Krzywe chałupy, kryte słomą, usmarkane i wybrudzone dzieci, brak słupów elektrycznych, zwierzęta biegające swobodnie po bitej drodze – to wszystko nieomylnie wskazywało na znaczne opóźnienie cywilizacyjne tego regionu w stosunku do reszty kraju.

 

Wchodząc do wsi z troską spojrzałem na Zachariasza. Jednodniowy zarost i wymięta koszula nie przydawały mu atrakcyjności ani tym bardziej miastowego prestiżu. A jednak miał w sobie ciągle to nieokreślone coś.

 

   Zaproszono nas do chałupy sołtysa, gdzie na stole wystawiono dużo mięs, pachnące bochny chleba oraz kilka butelek monopolowej wódki, chłodzonej w wiadrze pełnym zimnej wody, naciągniętej z głębokiej studni.

– Przepraszam – zagaiłem jednego ze zgromadzonych. – Czy nie można by się tu gdzieś u państwa odświeżyć?

– Odświeżyć? – zamrugał mężczyzna, najwyraźniej nie rozumiejąc, o co może chodzić.

– No, kąpiel. Czy moglibyśmy wziąć kąpiel.

Wydawało się, że nie zostałem zrozumiany.

– No, potoknąć się – wyjaśniłem.

 

Wśród zebranych nastąpiło pewne zamieszanie. Po dłuższej chwili podszedł do nas człowiek w kapeluszu, mówiąc:

– U nas się kąpiem tylko w soboty wieczorem przed niedzielą, a dziś środa przecież.

 

*

– Witajcie, zagraniczni goście! Jestem sołtysem tej wioski i nazywam się Lędźwiak Tadeusz. Na drugie mam Józef, a na bierzmowaniu dostałem Piotr. Czekalimy na was!

– A … a skąd wiedzieliście, że przybędziemy?

– Wiele pogadanek było ostatnio i prelegenci mówili o zagranicznych gościach, odwiedzających nasz kraj w celu lepszego poznania wyższości gospodarki socjalistycznej nad kapitalistyczną, która srogo wyzyskuje robotnika i nie ma takich wyników produkcyjnych, jak nasza.

 

Zachariasz wziął głęboki wdech, aby coś powiedzieć, ale trąciłem go lekko nogą. Spojrzał na mnie badawczo. Zrozumieliśmy się bez słów. 

Będziemy grali zagraniczniaków.

– Ten oto zagraniczny gość – wskazałem na przyjaciela – istotnie przybył z daleka, aby poznać zalety waszej robotniczo-chłopskiej gospodarki. Jestem jego tłumaczem, albowiem nie zna on naszego języka ni w ząb. Wysłano nas z centrali – dokończyłem tajemniczo.

 

   Wśród zebranych przebiegł wyraźny szmer zdziwienia. Mężczyźni podrapali się w głowy, a kilka dziewcząt posłało nam spod rzęs nieśmiałe spojrzenia, pełne zainteresowania. Kobiety są zawsze wrażliwe na sławę i wpływy. Szczególnie jedna z nich, stojąca pod oknem i posiadająca dość duże – kusząco wypływające z dekoltu – piersi, popatrywała w naszym kierunku zauroczonymi oczyma. 

– Jak was zwą, dostojni panowie?

– Ja jestem Remigiusz, a to jest pan Zach… to jest pan Ząchąrisz – oświadczyłem z lekka udawanym francuskim akcentem.

– A dlaczego to twój kompan nie przemówił do nas ani jednego słowa w zagranicznym języku?

– Ą efe że słi Ząchąrisz de Paris – bąknął mój przyjaciel, jakby specjalnie czekając na przyzwolenie do zabrania głosu.

– To cudzoziemiec z Francji – dodałem szybko. – Nazywa się Ząchąrisz Parisz. Mówi, że pochodzi właśnie z pięknego miasta Paryża i pozdrawia waszą wioskę, gdzie jak sądzi, będzie mógł poznać wiele technik agrarnych i wykorzystać tę wiedzę w kraju, z którego przybywa. Przekazuje też w zagranicznym języku serdeczne pozdrowienia z jego dalekiej ojczyzny, gdzie proletariusze są bardzo wyzyskiwani przez ciemiężących ich kapitalistów i obszarników.

 

Tłumaczenie zostało bardzo dobrze przyjęte przez zgromadzonych.

– Zapraszamy do stołu!

 

*

   Po obfitym śniadaniu – będących w stanie lekkiego oszołomienia alkoholowego – zaprowadzono nas do murowanego budynku, w którym stał rolniczy sprzęt mechaniczny. Z nabożeństwem zaczęto objaśniać Zachariaszowi, co to pług, siewnik, a co brona. Starając się nie udusić ze śmiechu „tłumaczyłem” zagranicznemu gościowi wszystko, co nam mówiono.

 

– Eee, pan spyta, co zagraniczny gość sądzi o naszej cywilizacji? – zagaił sołtys.

– Wotr siwilizasją et ekselą.

– Wasza cywilizacja jest znakomita – przełożyłem szybko. – Nigdy nie widziałem tyle sprzętu rolniczego w tak idealnym stanie. A niektórych maszyn dotąd wcale nie znałem! Cieszy oko, że wasza wioska jest tak zadbana, a piwo dowożą tu aż dwa razy w tygodniu. Ponadto uroda waszych pięknych kobiet jest znana daleko poza granicami kraju!                                                                                                                                            

„Przekład” wypowiedzi mojego przyjaciela wywołał żywiołową burzę oklasków wśród zebranych.

 

Później obwieziono nas po hektarach pół, objaśniając, jak rośnie owies i żyto, pokazano też, jak właściwie należy prowadzić walkę ze stonką ziemniaczaną. Z przejęciem informowano, jak to pasiasty dywersant został zrzucony w masowych ilościach przez amerykańskie samoloty do Bałtyku, by później wylec na wybrzeże i rozplenić się po całym kraju.

 

*

   Po sutym obiedzie zaprowadzono nas do oddzielnych pokoi, gdzie mieliśmy odpocząć po licznych atrakcjach dnia, a i nabrać sił przed kolejnymi. Wszedłem do przystrojonej izby, na środku której stało wielki, drewniane łoże. Wykrochmalona pościel aż skrzyła jasnością. Naraz usłyszałem pukanie do drzwi.

  • Wejść – rzekłem na tyle władczo, na ile tylko było stać tłumacza, znającego prawdziwy język Zachodu.

Przede mną stanął, ubrany w nieco schodzony garnitur, mały mężczyzna z rozlatanymi,  świdrującymi oczyma.

– Jestem powiatowym komisarzem politycznym, nazywam się Romuald Muklewicz. Doniesiono mi, że panowie przyjechali. Jest wolą decyzji rady sołectwa, abyście dobrze odpoczęli w naszych skromnych progach – oznajmił, wciągając za sobą do pomieszczenia cycatą dzierlatkę, którą wcześniej widziałem gapiącą się na nas podczas śniadania. 

 

Dziewczyna popatrywała spod rzęs z kobiecym zainteresowaniem. Jej piersi falowały nieznacznie z powodu targających nią wewnętrznych emocji, dzięki czemu w krótkiej chwili prześwit pomiędzy guziczkami bluzki uległ zdecydowanemu powiększeniu. Widząc to doznałem lekkiego ukłucia w okolicy krocznej.

Kątem oka zauważyłem wiszący na ścianie niebieskawy plakat z odezwą, będącą zawsze na czasie: „Strzeż tajemnicy służbowej. Może właśnie tobie wróg chce ją wyrwać!”

 

– Mam też, jeśli można, jedno pytanie do obywatela francuskiego – mówił dalej przybyły –  ale jako, że nie mówię w języku obcokrajowca, pytanie to chciałbym skierować… do pana.

– Tak, słucham?

– Czy tam we Francji to też palą w piecu gałęziami?

– Z pewnością.

– I węglem też, prawda?

– No, tak. Jest tam wiele kopalń węgla, które…

– To gdzie ten dym wtedy z komina leci?

 

Muszę przyznać, że zagiął mnie tym pytaniem.

– Jak to gdzie? – chciałem się upewnić, czy dobrze zrozumiałem.

– Bo, jak uczą nas w postępowych szkołach, ziemia jest okrągła – nie płaska – i jak nasz kraj leży na górze planety, to daleka Francja jest położona z boku. A z tego by wynikało, że dym powinien lecieć nie do góry, a bardziej na bok.

 

Z nagła poczułem się wewnętrznie powalony i jednocześnie zdewastowany jego prymitywnym tokiem rozumowania.

– Obiektywnie rzecz biorąc ma pan rację, lecz…

– Dziękuję panu za to zapewnienie – rzekł ucieszony. – Nawet pan nie wie, ile bezsennych nocy spędziłem, rozważając ten wielki problem!    

                                                                                                                                             

Dziewczyna, stojąca na środku pomieszczenia, co raz popatrywała na mnie z zaciekawieniem. 

 

*

– To miałbym jeszcze jedno pytanie, bo pan będzie znał odpowiedź – ośmielił się komisarz. – Otóż jak się ma w dalekim kraju – do którego odwiedzenia byłby niezbędnie potrzebny paszport, zezwalający na podróż do krajów kapitalistycznych – kult religijny, który w naszym postępowym systemie politycznym jest metodycznie wyrugowywany ze społeczeństwa.

– Kult, czyli…?

– No, religia, która, jak wiadomo powszechnie, jest przecież tylko opium dla mas.

– Tam wiara nie jest żadnym opium – odrzekłem z przekonaniem. 

– A dziewica?

– Kto?

– No, dziewica. Czy jej kult…

 

– Nie mówi się dziewica, a Dziewica! – krzyknęła przez okno jakaś umorusana kobieta, ubrana w żółty sweter i sprany waciak. Miała zezowate oczy, a jej włosy sterczały w wielkim nieładzie. Wyglądała na osobę, która od lat żyje samotnie w swoim zamkniętym hermetycznie świecie. 

 

– To jak się owa Dziewica, przez duże D mówiona, miewa? – spytała, wpatrując się we mnie intensywnie.

– Chyba… chyba dobrze – powiedziałem bez namysłu. – Ostatnio nawet powiła bliźniaki…                                                                                                                                                      Dopiero po chwili dotarło do mnie to, co właśnie rzekłem i o co właściwie pytała kobieta.

 

Jej twarz zalał czerwony rumieniec. Szybko uciekła spod okna, szczelnie zasłaniając rękami usta. Co dziwne, komisarz polityczny opuścił izbę równie szybko jak ona.

 

*

   Zostaliśmy sami. Cycatka, nie wiedząc, co właściwie dalej robić, zaczęła bawić się swoim grubym warkoczem. Zapewne oczekiwała na zagajenie rozmowy czy nawet coś więcej, ale – z powodu wielkiej nieśmiałości do płci przeciwnej – nie miałem żadnego pomysłu, co powinienem w takiej chwili powiedzieć czy zrobić. Ponadto, mimo oddalenia, czułem na sobie jej gorącą cielesność, która onieśmielała jeszcze bardziej.

 

Podczas pełnej napięcia ciszy naraz dobiegła do mnie wymiana zdań, czyniona gdzieś niedaleko na podwórzu.

– Nada ich ubit. To szpiony z Zachodu, tropiące nasze słabe punkty w obronności. Jak tylko zajmą się dziewuchami, wejdziem kupą z widłami w dłoniach i tak zakończym ich podstępne szpiegowanie.

 

– Zachariasz! – wpadłem pędem do sąsiedniej izby, gdzie umieszczony został mój towarzysz.                                                                                             Zastałem go, pochylonego nad drugą dziewczyną, i zapewniam, że nawet niewinna Ania z Zielonego Wzgórza zrozumiałaby, co się tam właśnie odbywało.

– Przyjacielu, zwiewajmy stąd! Zaraz nas przebiją widłami, bo myślą, że jesteśmy jakimiś szpiegami kapitalistycznymi!

 

W tej samej krótkiej chwili w odsłoniętego członka Zachariasza wpił się znienacka gruby giez.

– Ał! – krzyknął boleśnie mój kompan.

 

Wyskoczyliśmy przez okno razem jak bracia, potrącając w locie tę nieszczęsną, umorusaną kobiecinę w żółtym swetrze, która kręciła się nerwowo po podwórzu.

 

   Zgromadzony licznie wiejski lud zaczął nas od razu gonić, wymachując buńczucznie nad głowami różnymi akcesoriami rolniczymi. Byli szybcy. Może i udało by nam się stamtąd uciec, gdyby nie postawny ksiądz, który pojawił się na naszej drodze do zbawczego lasu.

– Stać, bo wam wpierdolę! – krzyknął donośnie. 

 

Struchleliśmy ze strachu wobec jego – nie znoszącej sprzeciwu – brutalnej retoryki. Po chwili zostaliśmy otoczeni szczelnie zwartym kordonem ludzi. Szanse na udaną ucieczkę spadły niemal do zera.

– Dziewica jest Dziewicą i nie mogła z tego powodu nijak powić żadnych dzieci – oświadczył dobitnie ksiądz.

– A gówno prawda! – odrzekła kobieta w żółtym swetrze.

– Co? – ryknął duchowny

– Cicho być, sutannik, to nic ci nie zrobię – wyciągnęła przed siebie wysoko uniesiony palec wskazujący. – Gówno prawda, że twoja dziewica jest Dziewicą, bo to ja jestem Dziewicą!

 

Chłopi jak jeden mąż, choć były wśród nich i kobiety, w zadziwieniu porozdziawiali szeroko gęby. Czegoś takiego jeszcze nigdy w życiu nie słyszeli na własne uszy. To, w co święcie wierzyli, lub – z powodu czasów materializmu dialektycznego – głęboko nie wierzyli, zostało zakwestionowane na ich oczach w oślepiający i jaskrawy sposób. 

 

Na słowa samozwańczej Dziewicy ksiądz zemdlał, waląc głośno głową w metalowy baniak, wypełniony do połowy szarym, stonkobójczym Azotoxem.

– Taki sam los spotka wasz cały wszawy kościół – wykrzyknął komisarz polityczny Muklewicz, wysuwając się przed tłum – Religia bowiem to opium…

– To ja jestem Dziewicem! – przerwał mu po polsku Zachariasz. 

 

Wszyscy zebrani oniemieli. Nikt się nie spodziewał, że dostojny zagraniczny gość przemówi, i to w ich narodowym języku, o którego prawo używania przelano w przeszłości tyle krwi.

 

– A gówno! – krzyknęła donośnie niedawna partnerka mojego kompana, skrzętnie trzymając poły rozerwanej w szale podniecenia lnianej bluzki. – Przed chwilą ten zagraniczny mnie tarmosił i znienacka zasadził mi partyzanta! Ale bez wsadu – dokończyła z dużą dozą żalu w głosie.

– Prawiczki tak nie potrafią! – odezwał się czyjś rezolutny głos. – Znaczy się, Dziewicowie, ma się rozumieć.

– Ja już nie jestem dziewicą – żałośnie załkała dziewczyna, którą mój przyjaciel wykorzystał tylko częściowo.

 

Zgromadzenie zawrzało. Jedni byli oburzeni kwestią dziewictwa Dziewicy, drudzy losem biednej dziewczyny, trzeci pochłonięci niesłychanie zajmującym rozważaniem stanu płciowego mojego serdecznego druha, a pozostali narzekali na obowiązkowy kontyngent mięsny, zarządzony przez lokalną władzę robotniczo-chłopską. 

Tłumione przez ostatnie lata instynkty nagle znalazły ujście. Ludzie rzucili się sobie do gardeł. 

 

Naraz z oddali do zgromadzonych dobiegł odgłos silnego wybuchu. Nastąpiło jeszcze większe zamieszanie.

– Niemce idą!

– Wojna będzie!

 

– Mareczku! Mareczku!!! Gdzieś jesteś, synku?

Jednak tu go nie było…

 

Ktoś pociągnął mnie za nogawkę spodni.

– Spylajmy stąd i to szybko – usłyszałem szept Zachariasza, mającego w tym momencie gdzieś klasę i prestiż, wynikające z bycia zagranicznym gościem. – Teraz mamy jedyną szansę.

 

Wskoczyliśmy na hulajnogę i wzięliśmy duży, synchroniczny zamach naszymi silnymi nogami. Ale w międzyczasie, co zauważyliśmy dopiero w tej chwili, ktoś ukradł z niej kółka. Zadrżałem. To już koniec. Pieszo nie uciekniemy za daleko. Właściwie to nie uciekniemy wcale!

 

*

   Staliśmy w niewygodnych pozycjach, mocno skrępowani sznurkiem do snopowiązałek. W międzyczasie wyszło na jaw, że silnej eksplozji winne były dwa granaty, znajdujące się w kieszeni Bolesława Luparyćko. Wybuchły, gdy ten potknął się, biegnąc ratować wieś przed znienawidzonymi Niemcami.

– Klasy uprzywilejowane, jak ci tutaj związani imperialistyczni szpiedzy – grzmiał komisarz polityczny – nie pracując wytwórczo, zagarniają przeważającą część bogactw dla siebie. Zaś klasa robotnicza i chłopska – ograbiona z owoców swej pracy – nędzę i upodlenie znosić musi! Trzeba temu trendowi wyraźnie powiedzieć: nie! I zdecydowanie stawić czoła.

 

Prosty, wiejski lud zaczął przekrzykiwać się w sprawie, jaką to śmierć należałoby nam zadać na poczekaniu:

– Utopić ich w rzece!

– Zrzucić ze skały!

– Zakopać żywcem w głębokim dole!

– Cebula lekiem na bezpłodność kobiet! – wyrwał się komuś, ni z gruszki ni z pietruszki.

– Rozstrzelać ich!

– Stary Luparyćko spiskował z nimi i też chciał wysadzić Ludową Ojczyznę!

– A dlaczego zawsze mówi się; Ojczyznę, zamiast Matczyznę – dociekał uśmiechnięty Plastuś, pokrzywiony bękart z niewiadomego ojca, ale za to z wiadomej matki.

– Cicho być, głupi.

 

To oczywiste. Zebrani szukali naszej zguby, bo byliśmy dla ich szpiegami. Tymi złymi facetami, o których w kółko trąbiła propaganda.

– Ludzie! – krzyknął mój przyjaciel. – Jeśli odgadniecie pewną zagadkę, pozwolimy wam dać się zabić. Lecz jeśli nie, rozwiążecie nas i puścicie wolno. Zgoda?

– Zgoda – odparł niechętnie komisarz Muklewicz, biorąc w myślach pod uwagę ewentualną reakcję zgromadzonej licznie tłuszczy. – Ale ostrzegam, że na szkoleniach partyjnych zaznajomiono nas ze wszystkimi sztuczkami szpiegów z Zachodu.

– Ale najpierw musicie nas rozwiązać.

 

Niechętnie, ale zgodzono się spełnić nasz warunek. Przed nami postawiono naprędce ściągniętą z domu nauczycielkę wiejskiej szkoły, która miała dać niezawodną odpowiedź na nasz słowny rebus.

– Ile to jest: cztery kilogramy dodać pięć metrów?

 

Zapadła cisza jak makiem zasiał. Nikt nie znał odpowiedzi na to pytanie. Nie wiedziałem nawet, czy zna ją mój towarzysz. 

 

Ciszę przerwał wreszcie Romuald Muklewicz, wykrzykując:

– A gówno! Jesteście szpiegami i nijak was nie wypuścimy!

– Nasz zagraniczny gość przedstawi teraz państwu niespotykaną sztuczkę! – krzyknąłem znienacka, aby przez chwilę zająć jeszcze czymś zebranych i mieć trochę czasu na znalezienie wyjścia z coraz bardziej dramatycznej sytuacji, w której się pogrążaliśmy.

– Jaką sztuczkę?

– Specjalną.

 

Zachariasz włączył się ochoczo w moją grę i zaczął szeroko wymachiwać rękami. Po chwili, dla wzmożenie dramatyzmu, wydał dość głośne:

– Uśśśś.

 

W tej chwili cnota baby w żółtym sweterku pękła, przy wtórującym jej gwałtownym odgłosie strzelającej gumy od majtek.

– Aaaaa! – krzyknęła dramatycznie kobieta. – Nie jestem już Dziewicą!

 

Tak właśnie legło w gruzach jej całe dotychczasowe życie.

 

Zakotłowało! Ludzie z niedowierzaniem obserwowali tę dramatyczną scenę, rozgrywającą się przed ich oczyma, niczym w obwoźnym teatrze, który czasami nawiedzał te okolicę. Słabsze kobiety mdlały, a kilku mężczyzn uciekło z wielkim krzykiem przerażenia.

 

Spojrzeliśmy z Zachariaszem po sobie. W chwili absolutnego porozumienia umysłów naprężyliśmy mocno nasze uda – gotowi, by w każdej chwili dokonać heroicznego aktu ucieczki. 

 

Naraz zobaczyłem, jak komisarz polityczny wyciąga z kieszeni pistolet i celuje prosto w nas dwóch. Zamarłem. 

To był koniec.

 

*

W tym momencie znienacka od strony lasu dobiegł do nas potężny, czysty głos:

– Jestem Włodzimierzem Iliczem Leninem i to ja jestem Dziewicem! I do tego Dziewicem materializmu dialektycznego! Wszyscy pędem do walki z gruźlicą!

 

Otumanieni ludzie nie wiedzieli, czy w tej sytuacji mają klękać, kłaniać się, ruszać do walki z tą straszną chorobą, a może najnormalniej w życiu udawać, że tego wszystkiego nie słyszą. Trawili w sobie dylemat: stać na baczność czy też może upaść na twarz? 

Duch Lenina przemówił do nich z lasu, a na dodatek swoim pojawieniem wyraźnie zaprzeczył idei pełnej rozdzielności kościoła prześladowanego od państwa. Ba, może chodziło mu nawet o odrodzenie wiary i połączenie tych dwóch, zwalczających się sił: narodowego katolicyzmu i marksizmu – leninizmu w jedno? 

To był pierwszy cud socjalistyczny, o jakim w życiu usłyszeli. Wykonanie kolejnych założeń planu pięcioletniego trudno było nazwać czymś innym, niż zbiorowym wysiłkiem klasy pracującej. W tej chwili niebo mówiło – z lasu co prawda, i w socjalistycznej dialektyce – ale to też nie przelewki!

 

Do rzeczywistości powrócił omdlały ksiądz, przysłuchując się niepojętym dlań rzeczom, których nijak nie mógł pojąć swoim, ukształtowanym na wzór watykański, umysłem.

 

Komisarz polityczny zaczął wykrzykiwać, że zaraz pozamyka wszystkich zgromadzonych. Nie mógł pozwolić, żeby religia, choćby nawet ta firmowana przez rzekomego Lenina z Lasu, wygrała na jego terenie. Aby więc dodać wagi słowom, przystawił pistolet do szyi Zachariasza:

– Zaraz go zastrzelę, bo jest szpiegiem – krzyknął. – Nie może Lenin jednym słowem burzyć mi tu całego socjalistycznego porządku!                                                                                      

Przeładowana broń szczęknęła z suchym trzaskiem.

 

W tej najdramatyczniejszej z chwil usłyszeliśmy donośny głos, płynący do nas prosto z nieba:

– Azaliż powiadam wam, że to ja jestem Verginietem! Mdlejcie, mdlejcie!

 

Już po chwili cała zgromadzona tłuszcza leżała pokotem na ziemi. A z nas, jakby za dotknięciem magicznej różdżki, opadł krępujący sznurek do snopowiązałki. 

Na początku nie rozumieliśmy, dlaczego nadal stoimy i nie upadliśmy na ziemię, jak reszta zgromadzonych. Ale, po chwili pełnej wahania, powoli – acz zdecydowanie – skierowaliśmy kroki w stronę rosnących w pobliżu gęstych lasów państwowych.

 

*

   Kilka minut później spomiędzy drzew wyszła Sierotka Marysia. Obejrzała leżących, sprawnie pościągała im z palców złote obrączki i pogrzebała w kieszeniach, wyjmując stamtąd drobne sumy pieniędzy i pochowane papierosy. Zebrała wszystkie fanty do swojego fartuszka i na koniec pomacała kilku chłopów, wybierając wreszcie księdza, którego krocze nigdy nie było suche, jak krocza prawie wszystkich znanych jej zakonnic. 

 

Kobieca natura zawsze pomagała dokonywać najodpowiedniejszych wyborów. Dzięki temu udało się przeżyć Sierotce w lesie przez tyle długich lat, z powodzeniem unikając tropiących ją agentów Urzędu Bezpieczeństwa, podejrzliwych partyzantów oraz ślamazarnych zbieraczy grzybów.

Marysia, używając zadziwiającej siły, sprawnie przełożyła swojego wybranka przez ramię, by po chwili zniknąć z nim za wzgórzem.

 

*

   Pod wpływem mistycznego wydarzenia, które nas spotkało, mój przyjaciel Zachariasz postanowił zostać wielkim teologiem, a jego nazwisko było później szeroko znane w religijnych kręgach naukowych na całym świecie. Z radością zasilił stan świeckich duchownych w jednym z mniejszych kościołów protestanckich.

 

Ja natomiast wyjechałem do pewnego – nie tak całkiem dalekiego – kraju, gdzie rozpocząłem zarabiać na życie jako Uciekający przed niedźwiedziem. To dobrze płatna praca, dodająca mężczyźnie tak mu niezbędnego prestiżu jak i zainteresowania u kobiet. W dodatku na emeryturę przechodzi się w tym zawodzie w wieku pięćdziesięciu lat. Tyle tylko, że trzeba się do tego czasu nieźle nabiegać. 

Ale od czego miałem silne i sprawne uda, tak dobrze uformowane jazdą na hulajnodze?

 

Dopiero po latach odważyłem się spytać Zachariasza listownie, ile to istotnie jest cztery kilogramy dodać pięć metrów. Odpisał, że dziesięć godzin.

 

KoNiEc

 

Dobra Cobra

czerwiec 2014

 

Opowiadanie dostępne także jako romantyczny audiobook:

 

Vector image by VectorStock / artshock