I po wszystkim 2

 

– Nareszcie przybył ktoś nowy – westchnęła z uśmiechem dziewczyna. – Zjawił się książę, który mnie oswobodzi! Mnie, Barbie – najpiękniejszą lalkę pod słońcem!

 

Więc to była lalka Barbie! No, wiedziałem, że skądś ją znam! Byłem jednak jeszcze zbyt zszokowany lotem, jaskinią, psem i teraz nią, by być gotowym na jakąkolwiek wymianę zdań z przedmiotem marzeń mojej młodości. 

– Tyle lat już tu siedzę – powiedziała ze smutkiem kobieta. – Ugrzęzłam tutaj zaraz po separacji z Kenem, moim byłym. 

– Po rozwodzie? Ale… ja myślałem, że nadal tworzycie szczęśliwe…

– To były tylko pozory. Byliśmy razem na papierze i tylko z przyczyn podatkowych. Ale nastał czas, że trzeba było zakończyć tę… plastikową miłość. 

– Aha… 

– Dobrze, że przyleciałeś po mnie – usiadła z boku i sztywnymi dłońmi pogilgotała mnie niezdarnie w bok. – Ojej, to ty nie jesteś z plastiku! – krzyknęła zaskoczona. 

– Jestem człowiekiem, czyli jestem zbudowany z krwi i kości. 

– A… to nawet dobrze. Akurat obchodzę pięćdziesiąte urodziny i mamy dziś okazję do świętowania. Zatańczymy? 

 

Zaczęła mruczeć jakąś nieznaną melodię, w której rytmie zaczęliśmy obracać się w kółko. 

– Jak się tu znalazłaś? – spytałem. 

– Pewnego pięknego dnia, będą na wycieczce rowerowej… wpadłam w tą cholerną dziurę, wepchnięta przez mojego wieloletniego managera. Myślę, że mieli mnie już dość, bo stałam się starsza, pojawiły się pierwsze siwe kosmki włosów na głowie, przestałam zakładać krzykliwe kreacje i przybrałam całe pół kilograma w biodrach! A przemysł zabawkowy i szoł biznes tego nie lubi. Tam musisz być młody, wysportowany, szczupły, odprasowany i wiecznie uśmiechnięty. Czyli mieć cechy niedostępne zwykłemu śmiertelnikowi, by mógł przy tobie marzyć, że on też może stać się pięknym. 

 

Z tego, co wiedziałem z lektury taniej prasy kolorowej oraz z Internetu, mówiła szczerą prawdę. 

– A poza tym strasznie się tu zapuściłam! No, popatrz sam: nie ma dostępu do kosmetyczki, tipsy poodłaziły, a włosy wołają o pomstę do nieba. 

– Chyba nie jest aż tak źle…

– Cnota to jest moje przekleństwo – zmieniła temat. – Sięgnij mi pod rozkloszowaną spódnicę – poprosiła. – No śmiało. Sięgaj, jak mówię! – dokończyła histerycznie. 

 

To sięgnąłem. Sięgnąłem pod tę jej spódnicę. I nawet chciałem wsadzić palec za gumkę jej majtek, ale… ani drgnęły. No tak, przecież została zrobiona na wtryskarce z jednego kawałku tworzywa sztucznego. 

– I co? – spytała. – Jak mówiłam: plastikowe majtki stanowią integralną część z resztą mojego pięknego ciała. 

– Ale przecież byłaś całe lata z Kenem, twoim chłopakiem. I nie wierzę, że ani razu…

– Jak mówiłam: byłam z nim z powodów podatkowych. I dla wspólnych fotek społecznościowych, które szły z wyraźnym komunikatem w świat. On też miał ten sam problem co i ja – plastikowe slipy nie do zdjęcia. Przynajmniej nie do zdjęcia przez psa – rzuciła dziwnie kąśliwą uwagę w kierunku warującego zwierzęcia. A w chwilę później głośno zapłakała: 

 – A ja w życiu chciałabym zażyć seksu choć raz. Czy to dużo? Czy ja naprawdę mam jakieś górnolotne marzenie? Choć myślę, że pewnie raz by nie wystarczył, gdybym się w tym współżyciu rozsmakowała…

 

   Dziwny taniec z nieco drętwą w ruchach kobietą z tworzywa sztucznego trwał w nieskończoność. Chcąc nie chcąc gdzieś tam z tyłu głowy przebiegały myśli: co mnie czekało w tym podziemiu? Czy to może było już piekło? A może tylko czyściec? 

– Plastik to moje przekleństwo! – zapłakała głośno Barbie. 

– Ał! – krzyknął ktoś z boku. – Wlazłeś na moją łapę!

– O, kurwa – szepnąłem wielce przerażony i sparaliżowany strachem. 

 

Dobra Cobra – w przypływie głosu proroczego, natchnienia i nader skomplikowanego procesu twórczego, w który zaangażowane zostały różne narzędzia elektroniczne jak i zwykłe przybory piśmienne – przedstawia dziś opowieść dramatyczną, a jednocześnie jakże bliską czasom, w których żyjemy, pt.

 

I po wszystkim 2

 

Kiedy w początkach XX wieku na Węgrzech zatrzymano Maruszkę – wykolejacza pociągów – było to wydarzenie sensacyjne i absolutnie wyjątkowe.

 

   Znienacka pies, który wcześniej wyszedł z ciemności za lalką, stanął na dwóch łapach i –  ku mojemu bezbrzeżnemu zdziwieniu – przemówił ludzkim głosem:

– Myślałeś, że zwierzęta gadają tylko w Wigilię? Otóż nie tylko. Mam na imię Chlupotek, które nic ci przecież nie mówi. Wcześniej człowiek nazywał mnie Azor, ale mu się znudziłem i mnie wywalił na zbity pysk. I teraz noszę chlubne imię Chlupotek… na cześć… eee… kałużom i brudnemu błocku, które są na ulicach wszystkich ludzkich miast. 

– Chlupotek to właśnie to znaczy? – wyraziła szczere zdziwienie dziewczyna. – Dałabym głowę, że to ja tak nazwałam psa w momencie, gdy…

– Barbie, kochanie, idź odpocznij, bo znowu będziesz miała migrenę, jak zawsze zresztą, gdy nie odpoczniesz kilka razy w ciągu dnia na łóżku – powiedział znienawidzonym przez prawie wszystkie kobiety paternistycznym tonem. 

– Masz rację, tak zrobię – przyznała Barbie, po czym zniknęła w ciemności. – Nie chcemy, bym znowu miała ból głowy. 

– Projektanci dali jej boskie ciało, ale – niestety – poskąpili rozumu – wyszeptał mi pies prosto do ucha. – Ale wracając do tematu: cierpiałem pośród ludzi całe lata. Marzłem z zimna we dnie i w nocy, a w budzie hulał wiatr zza dalekiego Uralu. Dawali mi paskudne żarcie, którego żaden pies nie powinien nawet tykać. Bo co to jest, kurde, że musiałem jadać tłuczone kartofle, albo chleb biały pszenny, które to produkty – według takiej jednej ulotki – absolutnie mnie zapychają. I pewnie se myślisz, że jak dodawali trochę skórek z wędliny z fosforanami, albo tłustych skwarek, to już był raj. Otóż nie był! Ale przecież musiałem coś żreć, żeby nie zdechnąć. 

– Od wieków ludzie karmią was przecież takim gównianym żarciem i jakoś żyjecie. 

– Pewnie, kurde. Ale… Zresztą huj – zrezygnował z kontynuowania tematu. – Widzę, że chyba nie masz za grosz litości do zwierząt, ani tym bardziej proekologicznego zacięcia. A na zakończenie niecodziennej przemowy gadającego psa może jeszcze byś chciałbyś poznać prawidłowe numery toto lotka, co?  

 

Gdyby życie było takie proste…

 

*

   Chlupotek wyjął zza ucha papierosa i pstryknął zapalniczką. Po pierwszym sztachnięciu grymas obrzydzenia wykrzywił mu pysk: 

– To już nie te same marlboraski, jak kiedyś – westchnął.  

– A dlaczego?

– Bo dodają do tytoniu jakieś inne substancje chemiczne – wyjaśnił. – Ale to pewnie i tak moja wina, że mi nie smakują, bo zdobywam fajki tylko z białoruskiego przemytu. A tam pewnie ładują do składu jeszcze jakieś inne gówna, żeby były tańsze. I koło się zamyka. To już nie te marlboraski… –  dokończył melancholijnie. 

 

Chwilę pomilczeliśmy w zadumie, po czym spytałem psa o pochodzenie tej dziury, w której przebywaliśmy: 

– To ty nie wiesz? Jak umarł władca ZSRR Leonid Breżniew, to go pochowali na cmentarzu dla politycznych. Ale trzy dni później przechodziła tamtędy jakaś babka i zobaczyła wystającego spod kamiennej płyty grobu Leonida ludzkiego członka. Krzyknęła pełna strachu i pobiegła do grabarzy. Ci, aby broń Boże w żadnym wypadku nie narazić się partii, w pocie czoła wyjęli trumnę z pierwszym sekretarzem, pogłębili dół na kilka dobrych metrów i tam na powrót go wrzucili. 

– I co było dalej?

– Minęły kolejne trzy dni i znów wydarzyła się ta sama historia. Milicja otoczyła cmentarz szczelnym kordonem, a na Kremlu odbyto tajną naradę, na której zastanawiano się, co w takiej niezręcznej sytuacji należało zrobić. No, bo – bądź co bądź – to był jednak wielki uszczerbek na honorze partii komunistycznej. Wreszcie jeden mądry akademik poradził, żeby spróbowali ułożyć ciało na brzuchu. Jak postanowiono tak i zrobiono. Jednak dwa tygodnie później…

– Co stało się dwa tygodnie póżniej?

– Otóż dwa tygodnie później zadzwonił czerwony telefon z Waszyngtonu. Poproszono, aby Ruscy nie straszyli Ameryki hujem. 

– E?

– No i stąd wzięła się ta dziura. 

 

Czy miałem uwierzyć w tę tak nieprawdopodobną opowieść? 

 

   Siedliśmy przy ogniu, a Chlupotek podał do picia coś w brązowej flaszce. Był to cierpki płyn, który jednak po kilku minutach ogrzał ciało, a po następnych łykach skutecznie rozwiązał język. W akcie ostatecznej desperacji zdradziłem psu o złożonej mi niedawno niecodziennej propozycji.

– Nie bądź głupi, to jest niewykonalne – stwierdził zwierzak. – Nawet ja, nie rewolucjonista, to wiem. Ktoś chce cię najwyraźniej wrobić. Czy ktoś taki, jak ten Planisze, w ogóle istnieje? 

– Nie wiem. To znaczy: zadzwonił do mnie dwa razy, przyjechał na spotkanie eleganckim autem… To… co teraz? 

– Nie daj się. 

– Nie dać się? Chyba sobie żartujesz.

– Nie, nie żartuję. Musisz po prostu się nie dać. 

– Ty sobie, kurwa, jednak żartujesz, psie! Wyobrażasz to sobie: ja w pojedynkę kontra światowy system religijny, który owładnął cały świat? To coś, jakby… porywać się z motyką na słońce! 

– Kopernik się porwał…

– Kopernik – srernik. W tym kontekście to jest akurat dość słabe porównanie.

– Ale wiesz, właściwie to się dobrze składa, bo tak w głębi duszy to ja czuję, że chyba mogę zostać psem – rewolucjonistą – oświadczył nagle Chlupotek. – Już wyobrażam sobie te tytuły w prasie: Nieustraszony pies Chlupotek, niczym boski Che Guevara, oswobadza cały świat od religijnej zarazy. Czuję nawet, że ta myśl dodaje mi teraz sił i pcha tok rozumowania do przodu. Kto wie, może nawet zdjąłbym sobie kamień z zębów. Gdyż nic w życiu nie dzieje się przypadkiem. 

 

Nagle zmienił temat rozmowy: 

– Biegłem kiedyś przez las, kierując się moczowym psim fejsbukiem i węsząc za jakimś jedzeniem. I naraz natrafiłem na tę dziurę. Nie chciałem tu wpadać, ale jakiś zatwardziały myśliwy wziął mnie za zająca i już przeładował dubeltówkę do strzału. Skoczyłem ze strachu do tego otworu i… tak się tu znalazłem. Te blade korzonki są jadalne, czasem wpadnie do dziury jakiś zabłąkany zwierzak, więc nawet mięsko jest w jadłospisie od czasu do czasu.

– Przypomniałam sobie, że w szopie ciągle jest ta mała pilarka – krzyknęła z mroku Barbie – i może przy jej pomocy – oraz dzięki obecności człowieka, który, w odróżnieniu od psów, umie władać rękami – jakoś wreszcie zdjęlibyście we dwóch tę moją plastikową bieliznę. 

 

*

   Gdy w pocie czoła powoli zsuwaliśmy oporne majtki Barbie, Chlupotek z zapałem tworzył plan idealny: 

– Za pomocą informacji i haseł, które posiadasz, wtargniemy do siedziby Kościoła Właściwego, zwabimy Przywódcę na Barbie – której się przecież nie oprze, bo na pewno lubił się bawić lalkami, jak był dzieckiem i to są z pewnością jego pierwsze wspomnienia fantazji cielesnych. I wtedy my go zgładzimy podczas tego pierwszorzędnego, prenatalnie wymarzonego stosunku cielesnego, a później wszystko podpalimy i zwiejemy, gdzie pieprz rośnie.

– Czyli gdzie? 

 

   Naraz plastik niespodziewanie puścił i naszym ukazała się przecudna cipka lalki, o zapachu tak pięknym, że powodowani chuciami niemal od razu zaczęliśmy bić się o to, kto z nas będzie pierwszy współżył z tą sztuczną kobietą o nadzwyczaj prawdziwej waginie.  

– Odwal się, psie! – krzyknąłem ostro. – Idź se poszukaj jakiejś psicy. Ja to zrobię! 

– Ty się nie nadajesz do krycia tej dziewczyny – warknął Chlupotek, używając pazurów i zębów, by się mnie jak najszybciej pozbyć. – Jesteś tak chudy, że nawet polski ksiądz nie chciałby cię dotknąć, a co dopiero marzyć o dotyku takiej dziewczyny! 

– Ych, ty psi skurwysynu! Na ciebie ten ksiądz to by nawet nie spojrzał, bo musisz wiedzieć, że oni to wcale nie patrzą na zwierzęta i ich los. 

– Taaa? Jak bym ci powiedział, co na własne oczy widziałem na podwórzu plebanii w okolicach Szczebrzeszyna, to by ci majtki opadły do kostek, albo i niżej. Jak żeś taki mądry, to wiedz, że ja od młodości władam swym fechtunkiem zawodowo. Jak ty dokonasz może ledwie trzech ruchów pseudo frykcyjnych, ja już będę dawno po wszystkim i na dodatek zdążę jeszcze zajarać fajkę. 

– Ha, ha, ha, ha! To masz problem ze zbyt wczesnym wytryskiem?! – zadrwiłem. – Tu się nie ma czym chwalić i to nie przynosi zaszczytu, piesku. 

– Jaki zbyt wczesny, kurde! To ty mi wyglądasz na nie nadającego się do niczego wymoczka. 

– Nie wygląd świadczy o człowieku, zwierzaku. Nawet nie wiesz – bo i skąd – że w ostatnim czasie  ja to nawet trenowałem… do… mistrzostw świata!

– Cooo? Buhahaha! Kto ci w to uwierzy? Pewnie były to zawody w… w tym, no… – przez chwilę szukał jakiegoś poniżającego określenia – w dubbingu??? Hahaha! 

– I tak mam grubszego od ciebie!

– Ta? A za to ja dłuższego! 

 

To psi skurwysyn! I jaki zmyślny na dodatek! Tak mnie od tej jego ostatniej uwagi zatrzęsło, że na chwilę osłabiłem chwyt, co zwierz zaraz wykorzystał w perfidny sposób, wpychając mnie na powrót do dziury bez dna. 

– Pięknie się go pozbyłeś, mój ty zarośnięty Chlupotku – usłyszałem na odchodnym… czy raczej: odlotnym radosny głos Barbie – Ale teraz koniec z tym niesatysfakcjonującym oralnym chlupotem! Wyciągaj tę swoją świąteczną parówę i do roboty! 

– Wrrrr…

 

Z oddali dobiegły też pierwsze dźwięki puszczonej po raz kolejny piosenki Rasputin. 

 

*

   Cholera, już dość tych niesamowitych zjawisk i przelotnych znajomości! I tej przeklętej dziury, w której zostałem wbrew sobie uwięziony. Głupi Chlupotek, głupia Barbie, głupi Niedomaradzki! I głupie mistrzostwa świata w dubbingu, i Kościół Właściwy też! Wszyscy głupi! Co jeszcze mogło mnie czekać, co teraz zgotuje mi los? Ten Planisze mnie niechybnie odnajdzie i to będzie mój koniec. Nie wypełniłem zadania, do którego zostałem wybrany. Ale z drugiej strony będę się mógł bronić, że przypadkowo wpadłem do dziury i cóż mogłem zrobić. Tylko, czy to coś da? Proces pewnie będzie zamknięty, a potem szybko i bez rozgłosu wykonają wyrok. 

 

   Jakież było moje zdziwienie, gdy przez zaczopowany śmieciami otwór wyleciałem w… no właśnie, gdzie? 

Zaraz oszczekał mnie jakiś przebiegający pies, ale nie po naszemu: hau, hau – ale po zagranicznemu: woof, woof. Potem przechodzący kot zamiauczał: meow, a nie: miał. Język zwierząt budził we mnie nadzieję – czyżbym niespodziewanie dotarł do Ameryki, jak wieki temu uczynił to  jej odkrywca Krzysztof Kolumb? Kierunek nawet by się ogólnie zgadzał z tym, co mówił Chlupotek o Breżniewie i jego długim fajfusie. 

Wiedziałem, że USA to taki kraj, gdzie – jak się chce – to można znaleźć dobrą kryjówkę, pracować dorywczo za dniówki i spokojnie żyć latami bez problemów z administracją czy policją. 

 

   Wychodząc z lasu napotkałem na swej drodze waszyngtoński sklep z telewizorami, gdzie z wielkim zdziwieniem – graniczącym z szokiem – dowiedziałem się ze ściany ultranowoczesnych odbiorników, że Kościół Właściwy tak naprawdę włada tylko Polską, a te wszystkie doniesienia o jego światowych podbojach są totalną ocenzurowaną nieprawdą. A cały świat żyje swoim życiem, wolnością, demokracją i giełdą. Czego namacalne dowody oglądałem z zapartym tchem przez następną godzinę. 

Zamknięte granice, odłączenie rodzinnego kraju od Internetu i manipulacja na wielka skalę w sprzyjającej Kościołowi Właściwemu telewizji rządowej – pozwoliły wmówić polskiemu społeczeństwu, że żyje w idealnym świecie, gdzie zło zostało wytępione, a wszyscy inaczej myślący i wierzący zostali definitywnie pokonani. Cały świat dowiedział się, że my, Polacy, to Mesjasz Narodów, którego szczególna predestynacja została wreszcie objawiona po wiekach tęsknego wyczekiwania! 

 

   Uradowany takim obrotem sprawy zacząłem skakać i tańczyć na chodniku. Pod sklepem zaraz pojawił się policyjny samochód, z którego wyszło dwóch grubych, rumianych stróżów prawa. 

– Co panu tak wesoło? – spytał jeden z nich z dobrotliwym zainteresowaniem. 

– Jestem wesoły, bo okazuje się, że Kościół Właściwy nie rządzi na całym świecie!

– Oczywiście, że nie rządzi. To zresztą w naszym kraju, ostoi demokracji, byłoby niemożliwe –  powiedział drugi mundurowy. – Proszę okazać dokumenty. 

– Panowie, ja właśnie się wyrwałem z tego „właściwego” systemu religijnego. 

– A w jaki sposób, jeśli można wiedzieć?

– Przez dziurę. To znaczy – widzę panów zdziwione spojrzenia – ale to najświętsza prawda i absolutnie nie robię sobie żartów z władzy. Więc prześladowany uciekałem przed tym systemem religijnym i wpadłem do dziury, co ją Ruscy wykopali jeszcze w osiemdziesiątych latach dwudziestego wieku. I przeleciałem środkiem przez całą kulę ziemską i wyleciałem tu, w pięknej Ameryce. 

– Imigrant – szepnął pierwszy policjant. – A na dodatek może i szpieg. Proszę wyciągnąć przed siebie obie ręce – powiedział zdecydowanie głośniej. – Pojedziemy na posterunek i wyjaśnimy całą sprawę. Nasz kraj bowiem nie przepada za ludźmi nielegalnie przekraczającym naszą granicę. Nawet gdyby ci przybywali prosto z uciemiężonej religijnym terrorem Polski. I bez was cierpimy na przeludnienie, bo każdy chce się znaleźć w raju – ostoi demokracji oraz taniej benzyny – jakim  niewątpliwie są Stany Zjednoczone. 

 

W radiowozie spytałem ich o jeszcze jedną rzecz: 

– A co by było, jakbyście zatrzymali kogoś bez majtek? 

– Wtedy mógłby się zesrać.

 

To podsunęło mi pewną myśl…

 

KoNiEc

 

Dobra Cobra

marzec 2020

 

Vector image by VectorStock / vectorstock